Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą życie. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 20 marca 2012

"Forever Young"


Let's dance in style, let's dance for a while
Heaven can wait we're only watching the skies
Hoping for the best, but expecting the worst
Are you gonna drop the bomb or not?
Let us die young or let us live forever
We don't have the power, but we never say never
Sitting in a sandpit, life is a short trip
The music's for the sad men
Can you imagine when this race is won
Turn our golden faces into the sun
Praising our leaders, we're getting in tune
The music's played by the mad men

Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever and ever?
Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever young?

Some are like water, some are like the heat
Some are a melody and some are the beat
Sooner or later they all will be gone
Why don't they stay young?
It's so hard to get old without a cause
I don't want to perish like a fading horse
Youth is like diamonds in the sun
And diamonds are forever
So many adventures couldn't happen today
So many songs we forgot to play
So many dreams swinging out of the blue
We let them come true

Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever and ever?
Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever young?

Forever young, I want to be forever young
Do you really want to live forever, forever?

Tyle Bernhard Lloyd, Marian Gold i Frank Mertens, czyli Alphaville.


Czyż nie piękny dzień dzisiaj mamy?:)

Pewnie, że nie chciałabym żyć wiecznie. W wizjach, które znam z fantastyki, żyjący wiecznie żałują tego rozwiązania.
Sama od siebie będę zapewne żałować, że się starzeję. Na razie jednak cieszę się z tego procesu. Jak byłam mała, to usłyszałam, że im ktoś starszy, tym mądrzejszy i poszłam tym tropem.

Maddy Bowen

Całkiem sporo czasu zajmuje dojście do tego, co w prosty sposób wyraziła postać z filmu "Blood Diamond", Maddy Bowen (odtwarzana przez piękną Jennifer Connelly):

"I prefer my life".

czwartek, 9 lutego 2012

Przydasie

Słowo "przydaś" poznałam, kiedy przyjechałam do Łodzi. Wcześniej rzeczy, które zostawia się na wszelki wypadek nie miały dla mnie odrębnej nazwy.

Sama przeprowadzka, chociaż obawiałam się jej, przebiegła sprawnie. Stało się tak dzięki grupie znajomych, którzy właściwie odwalili za mnie robotę. (Chwała Wam!) Nie myślcie jednak, że mi się upiekło. Otóż, żeby rozpakować swoje rzeczy, musiałam spakować własność poprzednich mieszkańców. Prawdopodobnie była to para staruszków. Ich duch nie unosi się w mieszkaniu, za to zostało po nich mnóstwo "przydasiów". To, co każdy z nas - ku utrapieniu rodziny - pozostawi. (Trzeba przecież przejrzeć wszystkie papiery, schowki i pojemniki. Tak na wszelki wypadek, bo może znajdzie się sto milionów w studolarówkach, arcydzieło, które będzie można sprzedać albo po prostu wyłowi się cenną sentymentalnie pamiątkę.)

Niektórzy mają tendencję do zbieractwa, inni nie. Jestem z tych pierwszych (może dlatego, że z lekcji historii zapamiętałam wyrażenie "zbieractwo i łowiectwo"). Powoli postaram się przechodzić do obozu nie-gromadników. Potrzebujemy różnych rzeczy, ale można pracować nad zminimalizowaniem ich ilości. Po co mi 20 pustych słoików albo zapasy mąki na 2 miesiące? W najbliższym czasie wojna raczej nie wybuchnie, chociaż co kilka lat warto analizować, czy jakaś hydra czająca się w pobliżu nie podnosi łbów.

Wyjmując rzeczy starszych państwa z półek i przenosząc je do schowków w przedpokoju czułam się nieswojo. Nie napiszę "dziwnie", bo zbyt często używam tego słowa. "Nieswojo" brzmi - w kontekście pakowania i wypakowywania - odpowiednio. Przecież te rzeczy nie są moje, a to ja musiałam je posortować i poprzekładać. Oczywiście, niektóre z nich były brudne, czy zepsute - to tylko jeszcze wyraźniej pokazuje, że ktoś ich używał, potrzebował. Inne od dawna były nieruszane. I tak się zastanawiałam, kim byli ci ludzie, jakich mieli przyjaciół, gdzie spędzali wolny czas, co planowali jeszcze zrobić, jak patrzyli na swoje życie, po co im były plątaniny kabli i sznurków, sterty reklamówek, czy kilkadziesiąt kieliszków. Takie standardowe myśli - zapewne - towarzyszące podobnym sytuacjom. Od dawna nie wynajmowałam mieszkania, ale z tego co pamiętam, pierwszy raz zdarzyło mi się znaleźć aż tak wiele rzeczy należących do poprzednich mieszkańców.

Gdy umieramy wszystko się kończy. Przestajemy istnieć fizycznie, zostajemy tylko we wspomnieniach albo - jeśli byliśmy twórcą - w swoich dziełach, dziełkach, pracach. W przedmiotach codziennego użytku i przydasiach nas nie widać. Nie dla obcych.

Kiedy skończyłam nieswoją czynność, jaką było sprzątanie po staruszkach, zrobiłam sobie długą przerwę. Nie chodziło o uczczenie zmiany chwilą ciszy. Oprócz refleksji na temat tego, że pozostanie po mnie kupa niepotrzebnych nikomu rzeczy, doszło do mnie, iż lubię przechadzki po muzeach i grzebanie w archiwach, a jednak nie potrafię ze znalezionych materiałów zbudować obrazu życia człowieka, którego już nie ma. Czasem tylko dociera do mnie zamazana wizja przeszłości - tak było w ogrodzie Pałacu Herbsta w Łodzi, czy przy stole konferencyjnym zamku w Pszczynie. Uboga wyobraźnia, nie w pełni wykorzystująca zgromadzone informacje? Zapewne. Przecież nie można mieć wszystkiego. Za to wiem już, dlaczego tak bardzo lgnę do filmów i książek pełnych opisów - znacząco poprawiają pracę tego, co w uproszczeniu nazywamy wyobraźnią.

środa, 24 sierpnia 2011

"Ostatni brzeg"

Kanada, lata sześćdziesiąte XX wieku. Niedawno skończyła się II wojna światowa. Szkoła na przedmieściu. Jedenastoletni a może trochę starszy chłopiec: Max Gluck. Tak nazywał się chyba zresztą ten serial - "Max Gluck" (z umlautem nad "u"). Opowiadał o zróżnicowanym środowisku kulturowym, narodowościowym, wyznaniowym, materialnym i politycznym Kanady. Był odcinek, w którym dzieci wysyłały do parlamentu propozycje nowej flagi państwowej (taki konkurs rzeczywiście miał miejsce i to jemu zawdzięczamy identyfikowanie Kanady z pięknym liściem klonu na białym tle, ograniczonym dwoma pasami czerwieni). W innym odcinku dzieci przygotowywały prace dotyczące wojny nuklearnej. Miały to być modele schronów. W trakcie przygotowań do wykonania zadania zdarzyło się, że tytułowy bohater spotkał na swej drodze kogoś, kto opowiedział mu o koszmarze Hiroszimy i Nagasaki. Chłopak zaczął szukać opracowań dotyczących broni jądrowej i na tej podstawie przedstawił na lekcji makietę ruin szkoły. Opisał, jak wygląda wybuch bomby, co stanie się i w jakim promieniu w ciągu sekundy, minuty, godziny, tygodnia po katastrofie. Potem przedstawił dane mówiące o tym, jakie są szanse przeżycia w prowizorycznych schronach - tych, których makiety pokazywali wcześniej jego koledzy. Klasa słuchała w ciszy. Potem wszyscy rozeszli się do domów - smutni, pokonani. Tak to mniej więcej wyglądało.

Kadr z "Ostatniego brzegu"

Australia, lata pięćdziesiąte XX wieku. Na 6 pozostałych kontynentach nie ma już żywych ludzi. Doszło do konfliktu nuklearnego pomiędzy USA i ZSRR. Chmura atomowa zbliża się do Australii. Rząd wydaje obywatelom tabletki i zastrzyki z trucizną. To film "Ostatni brzeg" z 1959 roku w reżyserii Stanleya Kramera (na podstawie świeżej wtedy powieści Nevila Shute'a), z Gregorym Peckiem w roli kapitana okrętu podwodnego z napędem... atomowym.

Jak zachowują się bohaterowie? Różnie. Większość nie panikuje ani nie popada w obłęd. Nie ma też zamieszek, morderstw, kradzieży. Przecież niedługo i tak wszyscy zginą. Wielu ludzi ściąga na wybrzeże. Robią sobie wakacje. Żyją pełnią życia - w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Sami wybiorą moment śmierci najbliższych i swojej. Ale to stanie się dopiero za jakiś czas. Na razie po prostu cieszą się tym, co jest. Tak zapamiętałam ten film. Nawet jeśli w rzeczywistości fabuła wygląda nieco inaczej, to w mojej pamięci przedstawia się jako wspaniała wizja wymierającej, a jednak wielkiej ludzkości, pojmowanej nie jako abstrakcyjny byt, ale jak najbardziej realny zbiór wyjątkowych jednostek.

Zimna wojna i stałe zagrożenie przerodzeniem się jej w wojnę atomową pozostawiło trwały ślad w kulturze. Nie tylko political i science-fiction karmiły się tym tematem. Był on obecny także w kryminałach czy historiach romantycznych. Przecież w latach 1950. mówiło się wręcz o histerii, która ogarniała ludzi żyjących po obu stronach żelaznej kurtyny. W 1962 roku strach spotęgował kryzys kubański. Nic dziwnego, że znalazło to swoje odbicie w wytworach kultury.

Co byśmy zrobili, gdybyśmy wiedzieli, że niedługo czeka nas wszystkich śmierć? Każdy z nas jest niepowtarzalną jednostką i chociaż w tłumie (niekoniecznie w sensie jego fizycznego istnienia) tracimy swą indywidualność, to jednak wiele filmów, książek, opowiadań i komiksów pokazuje, że w tak niezwykłej sytuacji, jaką są ostatnie miesiące, tygodnie, dni i godziny przed wielką katastrofą, jaką byłoby wymarcie człowieka, większość z nas zachowywałyby się całkiem spokojnie i godnie. Oczywiście najpierw doszłoby do histerii (no bo jak to?! wszyscy skazani na śmierć? za nic? zupełnie przypadkiem, bo ktoś nacisnął atomowy guzik?), potem jednak przyszłaby racjonalizacja: przecież to nie tylko ja, wszyscy są skazani, a skoro już to wiemy, to pogódźmy się ze straszną wiadomością i przeżyjmy w spokoju tych kilka tygodni, czy miesięcy. Bez nadziei na ocalenie, ale za to z pewnością maksymalnego wykorzystania tego, co zostało. Ale nie tak, jak wyobrażają to sobie ci, którzy posądzają człowieka o najgorsze. Nie wiem, co na to psychologia i badania naukowe, w każdym razie w wizjach tworzonych przez artystów bylibyśmy życzliwi, godni, szczerzy, nawet lekko uśmiechnięci. A potem przyszłaby ta chwila - jeśli mielibyśmy taką możliwość - kiedy trzeba zdecydować się na samobójstwo bądź czekanie na chorobę popromienną. To byłyby okropne momenty, które każdy przeżywałby sam. Następnie wszystko by się skończyło - w ludzkim sensie. Ziemia nadal kręciłaby się wokół Słońca, a karaluchy myszkowałyby po rozpadających się, zarastających siedzibach wymarłego gatunku.

niedziela, 21 sierpnia 2011

A gdyby jutra nie było?

Pamiętacie takie zdanie o tym, że trzeba dzisiaj żyć tak, jakby jutra miało nie być? Ktoś z Was tak żyje? Ja nie. Bo jutro zawsze jest. To takie podchwytliwe. Możnaby rzucić wszystko, skończyłyby się sukcesy, porażki, myśli, uczucia, plany, problemy (rzeczywiste i te wydumane). Ponoć, gdybyśmy wszyscy zaczęli żyć pełnią życia, to niczym byśmy się nie przejmowali, powstałby chaos, wzrosłaby przestępczość, zniknęłyby ograniczenia moralne, społeczne. Może zajmę się tym w jednym z kolejnych wpisów. Zasadniczo jednak, dopóki nasze Słońce nie zacznie ostatniego stadium swego istnienia, jutro będzie. Trzeba jeno go dożyć. Swoją drogą, jak nie będzie ludzi, to kto będzie nazywał coś "jutrem"?

Wracałam dzisiaj do domu i zastanawiałam się, czy wiem coś więcej o samobójcach. Pamiętam, że w liceum, kiedy daleki znajomy powiesił się, uznałam to za tchórzostwo. Przecież trudniej żyć, a dużo łatwiej pożegnać się ze światem. Potem coś w moim rozumowaniu się zmieniło. Tylko co? Na ten przykład: co za drań może to robić swojej rodzinie?! Przecież zwłoki trzeba zidentyfikować! I żeby to jeszcze rodzina. Ktoś zupełnie obcy, kto natknie się na ciało, może mieć przez to traumę do końca życia. Samobójca jako winny zbrodni? Po co wyrządza krzywdę sobie i innym? O co tu chodzi?


Dorastanie do zrozumienia

Był taki serial nadawany w polskiej telewizji publicznej w latach 90. XX w. Opowiadał o Doogie'm Hauserze, lekarzu medycyny, który w wieku 16 lat miał prawo leczyć i wypisywać recepty, ale nie mógł napić się piwa. Przypominało to paradoks z czasów wojny w Wietnamie, kiedy do poboru stawali amerykańscy 18-latkowie, którzy nie mogli jeszcze legalnie kupić alkoholu czy zagłosować, ale za to mogli zabijać i zginąć walcząc za demokrację gdzieś w azjatyckiej dżungli. Szesnasto-, czy osiemnastolatek, nawet jeśli jest geniuszem, ma ograniczone prawa. Ograniczenia zależą od tego jakie dany nastolatek ma obywatelstwo i gdzie mieszka. Chociaż nadal na świecie popularny jest proceder wykorzystywania do pracy dzieci, a w niektórych kulturach pary mogą łączyć się po przekroczeniu nieznacznego nastoletniego wieku, to jednocześnie w krajach rozwiniętych coraz wyżej podnosimy poprzeczkę uznania młodego człowieka za zdolnego do zrozumienia pewnych rzeczy czy podjęcia decyzji. Nieprzypadkowo, kiedy ludzie zaczęli prowadzić bardziej zorganizowany tryb życia wspólnotowego, małymi społecznościami rządziły rady starszych. Przetrwało to do dzisiaj w formie izb wyższych dwuizbowych parlamentów, np. w Polsce. Posłem może zostać u nas wybrany 21-latek, jednak do starania się o miejsce w Senacie wymaganych jest lat 30. (Prezydent musi mieć co najmniej 35 lat na karku.)

W zasadzie trwa odwieczna walka między starszymi, którzy – uogólniając – są bardziej zachowawczy, czyli mniej skłonni do zmian i zrozumienia kolejnych rewolucji, a młodymi, pragnącymi szybkiego postępu i za nic mającymi autorytety. Aż w końcu młodzi sami przekraczają trzydziestkę, czterdziestkę czy pięćdziesiątkę i stają się zachowawczy. Tak to się mniej więcej toczy i będzie toczyło nadal.

Dyktatorzy co jakiś czas zamykają szkoły wyższe w swoich krajach, bojąc się zamieszek i rewolty. Z polskiej historii najlepiej zapewne znane są sceny z "Człowieka z żelaza" Andrzeja Wajdy, w których to oglądamy konflikt pomiędzy ojcem i synem, a szerzej – pomiędzy polskimi robotnikami i studentami. Młodzi idealiści uczelniani wyszli na ulice w ’68 i wtedy ci drudzy, czyli robotnicy, nie pomogli im, a nawet niejeden przyłożył studentom pałką. W zamian studenci zachowali się bardzo powściągliwie w czasie grudnia ’70. Oczywiście twórcy filmowi aż za bardzo uprościli tamte wydarzenia, ale takie są prawa filmu, który nie może być zbyt długi. Teraz z kolei ja przedstawiam to w uproszczonej wersji, ponieważ taki zarys konfliktu robotnicy-studenci z przełomu lat 60. i 70. wystarczy. Chodzi mi o wyraźne różnice między młodszymi i starszymi.

Jak pewnie zauważyliście, od kilku lat, kiedy w Chinach zmienia się przywództwo na szczycie partyjnej drabiny, mówi się o młodych technokratach. Tyle, że taki Hu Dzintao miał w dniu mianowania na prezydenta ChRL 60 lat. Mniej więcej w tym samym wieku był Wen Jiabao. Dopiero od 5 szczebla poniżej na tej drabinie zaszczytów Komunistycznej Partii Chin zaczynają się 40-latkowie. Przecież tak naprawdę nikt nie wyobraża sobie, że na czele państwa, czy to demokratycznego, czy autorytarnego stanie 20-latek. Byłoby to po prostu śmieszne. Dlaczego? Przecież może się zdarzyć taki swoisty geniusz polityczny, Mozart wśród polityków, który karierę zacznie w wieku 10 lat, pisząc eseje dla internetowych gazet i portali. Nie można tego wykluczyć. Tę wizję przyhamowuje coś innego niż brak inteligencji i talentu u dwudziestolatka. Cóż to takiego? Brak doświadczenia życiowego, a więc i mądrości.

Na początku XXI wieku największe zasługi dla pokoju na Bliskim Wschodzie położył Ariel Szaron, emerytowany generał oskarżany o przymykanie oczu, a nawet wydanie rozkazu dokonania masakry w palestyńskich obozach w Sabrze i Szatili w czasie wojny izraelsko-libańskiej w latach 1980. Kiedy jako premier zdecydował o likwidacji osiedli izraelskich w Strefie Gazy miał blisko osiemdziesiąt lat i kilka niefortunnych decyzji politycznych na koncie. Do wysiedlania stawiających opór izraelskich osadników wysłał wojsko i policję. Jego decyzji złagodzenia polityki wobec Palestyńczyków i wprowadzania w życia szczątków planu pokojowego dla Bliskiego Wschodu nie należy zawdzięczać tylko i wyłącznie naciskom Białego Domu. Szaron musiał przejść bardzo długą drogę, by zrozumieć, że najlepszą z możliwych opcji współistnienia Izraela i Palestyńczyków nie jest walka, tylko porozumienie. (Swoich zamierzeń niestety nie dokończył. Po udarze mózgu, od kilku lat pozostaje w śpiączce.)

Kiedyś, czytając o rewolcie 1968 roku, wydawało mi się, że na Zachodzie był to zryw młodzieży, która wszystko miała zapewnione przez rodziców, a więc po prostu w głowach im się poprzewracało i z nudów chcieli niszczyć fabryki i wprowadzać wszędzie komunizm. Dopiero z upływem czasu zaczynam rozumieć, że to nie takie proste. W ogóle, rok 1968 w światowej historii pozostaje dla mnie niesłabnącym fenomenem, bo przecież przez całą Ziemię coś się wtedy przetoczyło. Skupmy się jednak na rewolcie w krajach zachodniej Europy i w Stanach Zjednoczonych. Otóż łatwo przypomnieć sobie teraz słowa o tym, że kto za młodu nie był socjalistą, ten na starość będzie tyranem, ale kto na starość pozostanie socjalistą ten będzie głupcem. To nam nieco ułatwia sprawę. Za młodu, między - powiedzmy - osiemnastym a dwudziestym-szóstym rokiem życia, czyli w latach studenckich, ma się w sobie ponoć najwięcej idealizmu. Można przechować go aż do późnej starości, jednak większość absolwentów po odebraniu dyplomu chce po prostu ułożyć sobie życie, zarobić na kredyt na mieszkanie i samochód, założyć rodzinę i spokojnie żyć. Dzięki temu zresztą kraj się bogaci. Tak właśnie hippisi zamienili się w japiszonów, czyli ludzi w garniturach, z domkami na przedmieściach. Dopadła ich rzeczywistość - za coś trzeba było żyć. Większość filmów pokazujących tamte czasy niesie w sobie tę nutę smutku i rozgoryczenia wywołaną odejściem młodych postrzeleńców od wyznawanych ideałów. Ale przecież warto też przyjrzeć się początkom tego całego zamieszania. Otóż w 1945 roku skończyła się II wojna światowa. Przez wiele lat trwała odbudowa dobytku materialnego, a także produkcja nowych obywateli. Wojna odebrała przecież życie wielu milionom, dalsze miliony skazując na kalectwo. Koniec lat 50. to było już świętowanie sukcesów gospodarczych. Nawet jeśli chudobiednie i z okresowymi kryzysami, to jednak udawało się pokonywać przeszkody i bogacić siebie i kraj. Stąd spokój z jakim społeczeństwa Europy Zachodniej i Stanów Zjednoczonych wkroczyły w lata 60. Tyle że wtedy po dwadzieścia albo 20-kilka lat zaczęli mieć ci, którzy urodzili się pod koniec wojny i tuż po jej zakończeniu. Nie nosili żadnej związanej z nią traumy. Nie rozumieli, że o ten dobrobyt materialny, który ich otacza stoczono ciężką walkę. Z zazdrością patrzyli za to na Kubę, Związek Radziecki, Chiny. Nie mieli pojęcia jak straszny jest totalitaryzm i jak wielką cenę płaci się zwykle za ustrojowe i gospodarcze eksperymenty. Za to chcieli, żeby ludzie byli wolni i równi, żeby nie było podziałów na bogatych i biednych, mądrych i głupich, żeby wszyscy byli dobrzy i żeby starzy politycy, nie mający pojęcia o życiu, nie blokowali nieuchronnego postępu. Młodzi pragnęli żyć pełnią życia, nie przejmując się tym co będzie jutro czy za 10 lat. Wystarczała im dobra książka, gitara, trampki, ognisko, śladowe ilości jedzenia, duże używek i nie znająca ponoć żadnych ograniczeń miłość. No i wielogodzinne rozmowy o życiu, filozofii i religii. Krótko mówiąc - chcieli niemożliwego. Buntując się przeciw okowom społeczeństwa, jak nazywali różne ograniczenia, tak naprawdę korzystali z tego, co im to społeczeństwo zapewniło: z pokoju, dostatku (wielu z nich pochodziło z klasy średniej), edukacji, dostępu do dzieł kultury i mądrych profesorów. Czy można ich za ten niesamowity bunt i jego błędy winić? Przecież oni nieśli tylko idee, które zaledwie na chwilę zniknęły z mapy dziejów, kiedy to zniszczono międzywojenne pokolenie, które u nas nazywamy Pokoleniem Kolumbów. Jednak po jakimś czasie młodzi idealiści z lat sześćdziesiątych zamienili się w statecznych, mieszczańskich obywateli. Zaczęli mierzyć się z realnymi problemami i powstała z tego całkiem nowa jakość, z której w dalszym ciągu korzystamy – dopóki do głosu nie dojdzie zupełnie nowe i jeszcze dziwniejsze pokolenie, związane z trwającą rewolucją informatyczną.

Na lekcji języka polskiego pani profesor miała straszny problem z moją klasą, która nie mogła pojąć o co chodzi w "Dżumie" Alberta Camus. Zarejestrowaliśmy to, że jest to powieść-parabola i posłusznie słuchaliśmy i zapisywaliśmy co nam kazano, jednak było w tym coś nie do przeskoczenia. Wojna, owszem – rozumiemy. To, że na świecie wydarzyło się coś strasznego, co pogrzebało wiarę w wiele rzeczy – no pewnie, przecież byliśmy po lekturze książek dotyczących II wojny i Holocaustu. Pewien pierwiastek był jednak, dla klasy złożonej z katolików, nie do pojęcia. Tym drobnym elementem zakłócającym obraz "Dżumy" przekazywany nam przez panią profesor był egzystencjalizm. I tego też kiedyś nie rozumiałam. Dlaczego niby wspaniała ma być postawa lekarza, który walczy o każde istnienie chociaż wie, że tak naprawdę nie ma to sensu, bo życie nie należy zwykle do przyjemności, a po śmierci nic nas nie czeka. Jak wielu lat trzeba by zrozumieć, że to właśnie jest bohaterskie samo w sobie. Bo pomimo tego, że nie ma piekła ani nieba, i że prawdopodobnie całe istnienie jest w gruncie rzeczy bezsensowne, doktor Bernard Rieux dał z siebie ludziom to co miał najcenniejszego – swoje zdolności i energię do pracy. Starał się po prostu jak najlepiej wykonywać swoje obowiązki i być uczciwym wobec samego siebie. I chociaż na kartach powieści Camus zginęło wiele ideałów niesionych przez bohaterów, to jednak wyziera z tej książki jakiś dziwny optymizm. Chyba taki, do którego trzeba dorosnąć.

Świat, chociaż w młodości chciałoby się go takim widzieć, nie jest dwukolorowy. Można to co prawda powtarzać w nieskończoność. Mogą o tym w dalszym ciągu powstawać tysiące piosenek czy zapisanych stron, kilometry taśmy filmowej i zamalowanych płócien, jednak tak to już jest z rozwojem człowieka, że sam musi do tego dojść. To jeden z licznych fenomenów naszych dziejów. Nie trzeba już pojedynczo dochodzić do tego, jak to się stało, że na świecie istnieje różnorodność gatunkowa, bo na to pytanie odpowiedzi udzielił Darwin, więc wystarczy, że przeczytamy "O powstawaniu gatunków" i zapoznamy się z kolejnymi odkryciami dotyczącymi ewolucji. Nie musimy zastanawiać się - każdy indywidualnie - jak skonstruować maszynę zdolną do unoszenia się w powietrzu. Wystarczą twórcze pokolenia, które rozwiązały ten problem wcześniej, by opracować model kolejnego myśliwca. Człowiekowi, który tylko korzysta z różnych zdobyczy rozwijającej się cywilizacji nie potrzebna jest żadna wiedza o tym, jak to się stało, że może podróżować czymś tak niezwykłym jak pociąg PKP. A jednak każdy z nas, nawet jeśli poświęci się w młodości czytaniu Platona, Kanta, Marksa i wielu innych wielkich myślicieli, i tak samodzielnie musi dojść do pewnych wniosków dotyczących religii, filozofii, społeczeństwa, czy swojego istnienia. Innej drogi nie ma. Całe życie można o tym czytać, ale będzie to stanowiło tylko niezbędną pomoc, nic więcej. Bo tym czego nie można przeskoczyć, a co jest najcenniejsze jest własne doświadczenie, osobiste zmaganie się z codziennością, podejmowanie decyzji, dokonywanie wyborów, przeżywanie radości, cierpienie, odnoszenie sukcesów, przyjmowanie porażek, analizowanie zaistniałych sytuacji, poznawanie własnych ograniczeń, zalet, wad. I spotykanie innych ludzi - uczenie się od nich, tolerowanie, obdarzanie uczuciami, wyłuskiwanie autorytetów. Trzeba po prostu podrosnąć, żeby pewne rzeczy zrozumieć. Rzeczy takie, jak na przykład zachodnia rewolta młodzieżowa z 1968 roku. Albo samobójstwo młodego człowieka.

piątek, 24 czerwca 2011

Życie

Z pewnością jest wiele takich momentów w dziejach świata, z którymi czujemy się związani pomimo tego, iż kiedy towarzyszące im wydarzenia miały miejsce, mogliśmy jeszcze nie istnieć i znamy fakty tylko z książek czy filmów. Można to po części wytłumaczyć wpływem edukacji i wychowania, ale nie tylko. Ten mechanizm zawiera w sobie jeszcze coś, co można - trochę romantycznie - nazwać magią. Mnie taka więź łączy z sześćdziesięciodwuletnim Aldo Moro. Słyszałam o nim, a nawet znałam jego historię, zanim jeszcze obejrzałam wspaniały film "Buongiorno, notte" Marco Bellocchio z 2003 roku. Nie pamiętam dokładnie kiedy i w jaki sposób poznałam Moro. Na pewno nie dowiedziałam się o nim na lekcjach historii w szkole podstawowej czy średniej, bo kończyliśmy naukę na okresie tuż-powojennym. Pewnie po prostu obejrzałam film dokumentalny w telewizji edukacyjnej, czy też przeczytałam gdzieś artykuł.

Kiedy na festiwalu "Era Nowe Horyzonty" w Cieszynie w 2004 roku zobaczyłam pierwsze kadry "Good Morning, Night" Marco Bellocchio, stanęła mi przed oczami czarno-biała fotografia starszego, spokojnego człowieka. To było zdjęcie wykonane przez Czerwone Brygady, a za siedzącym Aldo Moro wisiała flaga terrorystów – zapewne czerwona, z białą gwiazdą i krzywym napisem Brigate Rosse. Obraz wykonano w miejscu przetrzymywania Moro. Prawdopodobnie nie wiedział on jeszcze wtedy, że wkrótce umrze. Aż do ostatniego dnia miał nadzieję, iż nie dojdzie do najgorszego, że Ojciec Święty Paweł VI, czy premier Włoch Giulio Andreotti doprowadzą do jego uwolnienia i spotkania z rodziną.


Terroryzm powstał zanim runęły wieże World Trade Center. Pomijając spory definicyjne, które w jednej z książek poruszających ten temat zajęły ponad sto stron, warto zaznaczyć, że czymś innym jest partyzantka mudżahedinów czy Talibów w Afganistanie, a czymś zupełnie innym terroryzm, którego świetnym przykładem jest właśnie atak na nowojorskie centrum finansowe. Niestety, w mediach funkcjonują teraz głównie "terroryści", "ekstremiści", "fundamentaliści". Z rzadka można spotkać określenie "partyzanci". (Polskich partyzantów niemieccy oprawcy tytułowali "bandytami", by nie musieć do nich stosować międzynarodowych konwencji dotyczących prowadzenia wojen; zapewne teraz inaczej spojrzycie na klęskę Powstania Warszawskiego i to, że ostatnim przywódcom walk udało się wynegocjować z Niemcami uznanie powstańców za jeńców wojennych).

Terroryści nie wypowiadają wojen w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo nie mają wystarczającego zaplecza do ich prowadzenia. Zajmują się za to spektakularnymi atakami, które - nagłośnione w mediach - mają zmusić jakąś społeczność do pewnych ustępstw na rzecz terrorystów. Do ustępstw, na które nie mogliby liczyć, gdyby wkroczyli na ścieżkę przewidzianą przez prawodawstwo danego kraju. Chodzi o zastraszanie w celach politycznych, finansowych, czy ideologicznych, a terrorystami byli na przykład Polacy, którzy dokonywali zamachów na urzędników carskiej Rosji. Terrorystą był człowiek, który zabił cesarzową Sissi pod koniec XIX wieku. Terrorystą był też Leon Czołgosz, który sprzeciwiając się złej sytuacji robotników amerykańskich zamordował prezydenta Stanów Zjednoczonych Williama McKinleya. Każde z nich chciało zastraszyć wąską grupę: władców, urzędników, polityków.

Mogłoby się wydawać, że terroryści działają w pojedynkę, ale niestety tak nie jest. Nawet za anarchizującymi zamachowcami z końca XIX i początku XX wieku stały zorganizowane grupy. Bardzo długo cel ataków terrorystycznych stanowili królowie, ich namiestnicy i urzędnicy, wysocy rangą wojskowi, prawnicy, biznesmeni, sportowcy. Wskutek zamachów mogli też ginąć przypadkowi ludzie, ale w większości przypadków celem zamachów nie byli tzw. zwykli obywatele. Dopiero od całkiem niedawna popularne w świecie tego rodzaju przestępców stały się działania mające na celu zabicie jak największej ilości osób, tak by stworzyć wrażenie, iż nikt i nigdzie nie może czuć się bezpieczny. Może to być rajd na hotel, wysadzenie w powietrze ciężarówki pod ambasadą, zabicie pasażerów autobusu, czy ostrzelanie przedszkola. Od jakiegoś czasu, oglądając programy informacyjne, dowiadujemy się o zamachach, w których zginęło kilkadziesiąt, kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób. Terroryści stają się coraz bardziej okrutni, bo w jednym ataku muszą spowodować śmierć i ranienie większej ilości ludzi. Ten krwawy postęp w taktyce i strategii nastąpił na przestrzeni ostatnich 20 lat. Wcześniej sprawy miały się trochę inaczej.

Jakiś czas temu po raz kolejny musiałam przypomnieć sobie wydarzenia słynnego roku 1968. To niesamowity okres w historii ludzkości. To fascynujące, że przez cały świat przetoczyła się wtedy fala, która co prawda w każdym regionie i kraju wyglądała trochę inaczej, ale mimo wszystko coś było wspólne – mniej więcej w tym samym czasie na prawie wszystkich szerokościach i długościach geograficznych dochodziło do spięć między społeczeństwem i władzą. Oprócz wspaniałych chwil, które temu towarzyszyły, były też momenty straszne. Wśród tych najgorszych można umieścić rozkwit organizacji terrorystycznych. W Europie Wschodniej, której symbolem stała się wtedy Czechosłowacja, walczono o zmianę ustroju politycznego, która to walka niestety zakończyła się pod gąsienicami czołgów Układu Warszawskiego. W Europie Zachodniej bogate nastolatki z mieszczańskich rodzin (tak stereotypowo postrzegam to ja, czyli mieszkaniec wschodniej części kontynentu) zagłębiły się w lekturach Marksa, Lenina i Mao Tse Tunga, ubóstwiały Che Guevarę i Fidela Castro i tęskniły do socjalizmu, komunizmu czy maoizmu. Zamiast jednak zrobić to, co w takiej sytuacji byłoby najwłaściwsze, czyli jechać do Związku Radzieckiego, na Kubę lub do Chin i sprawdzić, czy faktycznie czerwony to taki sprzyjający życiu i wolności kolor, postanowili oni zaszczepić swoje idee na Zachodzie i w tym celu zakładali nie tylko legalne organizacje. Pozakładali też organizacje terrorystyczne, które miały wymusić na rządach państw zachodnich wejście na wspaniałą ścieżkę komunistycznego rozwoju w wydaniu marksistowskim, bądź jakimkolwiek innym. Dwie spośród tych organizacji zyskały sobie najgorszą sławę. W Niemczech Zachodnich była to Frakcja Czerwonej Armii, czyli RAF, a we Włoszech – Czerwone Brygady – Brigate Rosse.

Co zaskakujące, Czerwone Brygady nie były grupą silną. Po rozbiciu organizacji w latach 80. XX wieku okazało się, że liczyła ona kilkuset stałych członków i trochę więcej współpracowników oraz zwolenników, dostarczających pieniądze, a także udzielających schronienia przestępcom. Za główny cel Czerwone Brygady uznały wywołanie we Włoszech proletariackiej rewolucji, w czasie której uświadomieni o wspaniałościach komunizmu robotnicy ruszyliby na Rzym i ustanowili jedynie słuszną władzę dyktatorską. Taki postulat trafił początkowo na podatny grunt. We Włoszech już od czasów przedwojennych działała partia komunistyczna, która po II wojnie światowej weszła nawet do parlamentu i rządu, ale później zaczęła być izolowana przez dysponujących większością mandatów chadeków (posłów partii DC - Democrazia Cristiana). W tamtym powojennym już czasie w Komunistycznej Partii Włoch dochodzono do wniosku, że Moskwa może nie być najlepszym przyjacielem ciemiężonego ludu pracującego. Na początku lat 70. zaczął się proces przybliżania postulatów komunistów do wychylonego bardziej w lewo skrzydła chadeków. Bacznie obserwujący ten proces terroryści z różnych bojówek, w tym z Czerwonych Brygad, stwierdzili, że nie jest im na rękę wejście polityków Włoskiej Partii Komunistycznej do rządu. To mogłoby zasygnalizować robotnikom, że lepiej jest walczyć metodami parlamentarnymi.

Od początku lat 1970. Czerwone Brygady atakowały policję, wojsko, a także bogatych przemysłowców czy finansistów. Po kilku latach terroryści uznali, że ta taktyka nie przynosi spodziewanych rezultatów. Od połowy dziesięciolecia zaczęto atakować prokuratorów, sędziów i polityków. Stało się to akurat w momencie, w którym na czele rządu stawał Aldo Moro, zasłużony włoski polityk chrześcijańskiej demokracji, który opracowywał kompromisowe porozumienie między chadekami i komunistami, mające na celu włączenie tych ostatnich w normalny tryb rządowy i w ten sposób unieszkodliwienie ich najbardziej radykalnego skrzydła.

"Proletariusze wszystkich krajów łączcie się pod sztandarem Chrystusa!" - chrześcijańska demokracja swe korzenie wywodzi z końca XIX wieku, wiele zawdzięczając papieżowi Leonowi XIII i jego encyklice "Rerum Novarum" (1891 r.). Włoska partia występująca pod tym szyldem skrzydła rozwinęła dopiero po II wojnie światowej, kiedy na potrzeby odbudowy uczestniczyła w szerokiej koalicji z komunistami i socjalistami oraz później, kiedy zdobywała większość miejsc w parlamencie. W latach 70. wydawało się, że znowu dojdzie do współpracy między chadecją i Włoską Partią Komunistyczną, nad czym pracował obdarzony społecznym zaufaniem Moro. Po jego porwaniu i zabójstwie szanse powodzenia historycznego porozumienia zostały przekreślone. Przez chwilę politycy potężnej chadecji myśleli, że to właściwie sukces, jednak właśnie od końca lat 70. zaczął się powolny upadek włoskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Po wielkim skandalu korupcyjnym z początku lat 90. stara chadecja musiała odejść. Wydawało się, że wróci wzmocniona nową nazwą i energią młodych działaczy, ale okazało się, że od starych polityków i układów wypracowanych przez lata ciężko się uwolnić.

To były bardzo długie 55 dni. Włochy – co wydawało się nieprawdopodobne - zwolniły. Moja ulubiona pani profesor z krakowskiego filmoznawstwa opowiadała, jak to wyglądało. 16 marca 1978 roku przekraczała włoską granicę. Kontrola była drobiazgowa i energiczna, ale później wszystko wydawało się jakby bez życia. Po tym pierwszym dniu oszołomienia zgiełk i gwar powróciły, ale pewne drobiazgi świadczyły o tym, że stało się coś strasznego. Gazety codziennie podawały nowe informacje – w wydaniach porannych i wieczornych. Tak samo radio i telewizja. Mówiło się o tym w kawiarniach. Ludzie mieli nadzieję. Istniała oczywiście mniejszość, która popierała porwanie, ale nawet ona nie chciała, by polityk zginął.

16 marca 1978 roku, 9:00. Dwa samochody, w tym samochód ochrony, jechały spokojną ulicą via Fani w Rzymie. Terroryści zabili wszystkich 5 członków obstawy, z których tylko jeden zdołał oddać strzały w ich kierunku. Rozpoczęły się prawie dwa miesiące pełne zagadek i wątpliwości. 55 dni przetrzymywania przez terrorystów z Czerwonych Brygad najsłynniejszego włoskiego polityka XX wieku - Aldo Moro.

To nie wymysł czasów najnowszych - bezpośrednie relacje telewizyjne i pełne szczegółów zdjęcia z miejsca zdarzeń. Co prawda dopiero rozwój techniki pozwolił takim stacjom, jak CNN na relacjonowanie konfliktów w czasie niemalże rzeczywistym, jednak wcześniej, pomimo braku łączności satelitarnej i łączy internetowych, pojawiały się namiastki takich działań. 9 maja 1978 roku media na całym świecie, które już od dwóch miesięcy śledziły sprawę Aldo Moro, pokazały zdjęcia jego ciała, znalezionego w bagażniku samochodu zaparkowanego przy jednej z rzymskich ulic. Wieczorne dzienniki telewizyjne rozpoczynały się obrazami samochodu, wokół którego zgromadził się tłum dziennikarzy, polityków, policjantów i zwykłych gapiów. Na początku nikt nie wpadł na to, by ciało Aldo Moro czymś zasłonić.

Przez te ponad 50 dni swojego uwięzienia Moro wysłał kilkadziesiąt listów do prezydenta Republiki Włoskiej Giovanniego Leone, premiera Giulio Andreottiego, szefów największych partii, papieża, rodziny. Błagał o pomoc. Nie można tego tłumaczyć tylko tym, że to porywacze kazali mu je pisać. W swych listach przemycał cenne wiadomości dla bliskich i próbował przekazać jakieś istotne z punktu widzenia policji informacje. Nie miał jednak pojęcia gdzie jest i co planują porywacze.

Niektórzy politycy chadecji chcieli rozmawiać z porywaczami, ale Giulio Andreotti wyraźnie powtarzał, że nie będzie żadnych negocjacji. O uwolnienie Moro apelowali Paweł VI oraz sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim. Po latach okazało się, że papież był gotów zapłacić okup za swego przyjaciela, a co ważniejsze – nakazał kapelanom więziennym zbieranie wśród więźniów informacji, które mogłyby pomóc w ustaleniu miejsca przetrzymywania Aldo Moro.
Paweł VI był prawdopodobnie jedną z najważniejszych postaci tego dramatu. Nazywano go Papieżem Wątpliwości, a nawet Pawłem Smutnym. Z Moro łączyła go szczera przyjaźń. Oprócz tego, że Paweł VI musiał przeforsować doktrynalną reformę w Kościele, był pierwszym papieżem, który latał samolotem, odwiedził Ziemię Świętą, był w Ameryce, Azji, Australii i Oceanii. Niezbyt dobrze poradził sobie z wojną w Wietnamie, czy rewoltą roku 1968, a na koniec, na krótko przed własną śmiercią, oprócz wysyłania apeli do terrorystów i rządzących, nie mógł zapobiec tragedii Aldo Moro. Zmarł kilka miesięcy po śmierci swego przyjaciela.

W filmie Marco Bellocchio znajdziecie niesamowitą scenę. Wielki, mroczny gabinet. Pod ścianami stoją księża i purpuraci, a także kilka zakonnic. Dwór i służba papieża. Za masywnym biurkiem siedzi Paweł VI. Ktoś kładzie przed nim kartkę papieru. To wiadomość o śmierci Moro. Papież podrywa się ze swego miejsca i zrzuca z biurka pliki dokumentów, pióra, chyba nawet krzyż. Zakonnice w pośpiechu zbierają to wszystko. Nikt inny się nie rusza, nie pada żadne słowo. Stary człowiek w bieli pochyla się nad jedną jedyną kartką, która leży na biurku. Jest załamany.

Prezydent Republiki Włoskiej Giovanni Leone do dymisji podał się w czerwcu 1978 roku – na skutek afery korupcyjnej.

Premier Andreotti stracił stołek rok później, ale powrócił na niego pod koniec lat 80., na krótko przed tym, zanim oskarżono go o powiązania z mafią.

Jeden z przywódców Czerwonych Brygad, ten, który przyznał się do porwania i zabicia Moro, jedyny, który rozmawiał z uwięzionym, Mario Moretti, został złapany, osądzony i skazany na sześciokrotne dożywocie. Wyszedł z więzienia w połowie lat 90. Znajduje się pod dozorem policyjnym.

Zakłada się, że terroryści nie mieli planu co zrobić, jeśli rząd nie podejmie z nimi dialogu. Ponoć nie chcieli zabijać Moro i dlatego tak długo trwała ta ogromna niepewność. W swoich listach do możnych tego świata Aldo Moro prosił o spełnienie żądań terrorystów, czyli uznanie ich organizacji za partnera do rozmów z państwem i zwolnienia z więzień 13 ich towarzyszy, którzy mieli udać się na emigrację. Pytał: "Czy państwo miałoby upaść dlatego, że jeden jedyny raz przeżyje niewinny człowiek w zamian za to, że inna osoba zamiast do więzienia pójdzie na emigrację? Na tym właśnie, i tylko na tym polega problem". Po latach okazało się, że władze i tak zwolniły terrorystów z więzień, bo w ten sposób właśnie działa system prawny w państwie demokratycznym. Moro nie ma jednak szansy zaśmiać się nad tą ironią losu.

Czerwone Brygady wytoczyły Aldo Moro proces ludowy, w którym skazały go na śmierć. Wykonanie wyroku nie rozpoczęło rewolucji, którą wymarzyli sobie terroryści. Śmierć byłego premiera stała się powodem upadku Brygad. W połowie lat 70. zrewoltowanej zachodniej młodzieży znudziła się kontestacja. Zaczęli się bogacić - jak wcześniej ich rodzice. Tak jak w Stanach Zjednoczonych z hippisów zmienili się w yuppies. Szybko okazało się, że wzbogaceni już yuppies, a nawet robotnicy, którym zaczęło się żyć lepiej, nie będą dążyli do żadnej nowej rewolucji. Skrajne organizacje straciły poparcie, a w wyniku "niemieckiej jesieni 1977 roku" i porwania, a następnie zamordowania Moro w 1978 roku, do zdecydowanych działań wymierzonych w terrorystów przystąpiły wywiad i policja. Zaostrzono walkę z terroryzmem i wprowadzono prawa gorsze od tych, które przyjęli Amerykanie po 11 września 2001 roku. Otóż we Włoszech lat 80. można było być przetrzymywanym przez kilka tygodni bez stawiania zarzutów, a areszt śledczy mógł trwać nawet 10 lat. Aresztowano wtedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Niektórym z nich coś udowodniono i siedzą w więzieniach do tej pory. Jednak nie ci, którzy przyczynili się do śmierci Aldo Moro.

Mówi się, że to wydarzenie stało się przełomem w polityce Włoch. Od tamtej pory nie tylko zaczął się upadek chadecji i Czerwonych Brygad. Dziennikarze i śledczy zaczęli węszyć i doszukiwać się powiązań między światem polityki, biznesu, mafii i terrorystów. Dopiero jednak na początku lat dziewięćdziesiątych Włochami wstrząsnęła fala skandali korupcyjnych i mafijnych z udziałem wysoko postawionych polityków, prawników i biznesmenów. Stereotyp polityka powiązanego z mafią włoską nie wziął się przecież w Polsce znikąd. Stworzyła go pamięć o pewnych wydarzeniach z przeszłości. Z całkiem niedawnej przeszłości.

Pierwsze archiwalne dokumenty dotyczące sprawy Moro zostaną otwarte dopiero w 50 lat po tych wydarzeniach, czyli w 2028 roku. Na te ściśle tajne trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej. Chyba, że ktoś na szczytach władzy zdecyduje się odtajnić je wcześniej. Z archiwami jest jednak tak, że raczej czeka się aż wszyscy, których ta sprawa dotyczy i mogłaby postawić w trudnej sytuacji, umrą. Jednym zaś z ludzi, którzy o sprawie Aldo Moro mogą wiedzieć sporo jest Romano Prodi, były włoski premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej. To on w 1978 roku wskazał miejsce, gdzie znaleziono samochód, a w jego bagażniku ciało Moro. Prodi powoływał się przy tym na seans spirytystyczny, podczas którego poznał te informacje.

W czasie oficjalnych państwowych uroczystości żałobnych, które prowadził papież, ciała Moro nie było w trumnie. Rodzina, kierując się ostatnią wolą zamordowanego, zorganizowała skromny pogrzeb, na który nie zaproszono żadnego z polityków. Nikt z rodziny nie pojawił się na uroczystościach państwowych. Dziennikarze zaczęli się temu bliżej przyglądać i okazało się, że komórki organizacyjne chadeków kazały na kilka tygodni przed śmiercią Moro wykonać plakaty mówiące o jego śmierci. To jednak nie jest najgorsze, bo akurat taka praktyka jest znana propagandzie. W takich sytuacjach, gdy wyjścia są tylko dwa, tj. "przeżyje"/"nie przeżyje", robi się dwie wersje plakatów i ulotek – tak na wszelki wypadek. Ale chodziło też o to, że policja nie wykonywała swoich zadań należycie i że politycy mogli jednak podjąć mediacje – tylko po to, by zyskać na czasie. Co prawda oficjalna wersja jest taka, że z terrorystami się nie negocjuje, bo to zachęca ich tylko do kolejnych zamachów, ale mimo wszystko jakieś rozmowy się prowadzi, tak by wywiad i szturmowcy dostali czas na odnalezienie i odbicie porwanego. Tymczasem włoscy politycy od początku wyjątkowo zgodnie uznali, że jakiekolwiek formy kontaktu mogłyby zostać uznane przez Czerwone Brygady za okazanie słabości.


Aldo Moro był całkiem przystojny. Był też inteligentny i pracowity. Z wykształcenia prawnik, pracował na uniwersytecie. Jego powołaniem stała się jednak polityka. Na starość zaś rzeczywiście wyglądał godnie - jak na autorytet i głowę chadeków przystało. Bardzo ładnie się zestarzał.

Nie wiem czy był dobrym człowiekiem. Przeczuwam tylko, że tak. Ciężko jest być dobrym, kiedy jest się politykiem i to na dodatek w powojennych Włoszech. Zapewne Moro niejedno miał na sumieniu, bo teorie spiskowe mówiące o tym, iż jego śmierć była na rękę politykom lewicy i prawicy tylko dlatego, że znał ich powiązania z mafią, sugerują tym samym, iż sam musiał być w coś zaplątany. Pomimo to wierzę, że był dobry.

To nie jest tak, że był stary, więc już przyszedł jego czas. Mógł jeszcze długo żyć i cieszyć się szacunkiem Włochów oraz chwilami spędzonymi w gronie licznej rodziny. Trzymał się tego życia. Nie chciał umrzeć.

Pozwolono mu listownie pożegnać się z rodziną.

Nie stał się symbolem. Pozostał sobą, czyli dosyć skromnym starym przywódcą największej siły politycznej ówczesnych Włoch. Zabójstwo pastora Kinga stało się symbolem walki z rasizmem. Zabójstwo Kennedy’ego – symbolem odejścia starej, niewinnej Ameryki, przejścia do następnego, bardziej burzliwego etapu jej historii. Zabójstwo Icchaka Rabina – symbolem niezdolności do porozumienia izraelsko-palestyńskiego.
Aldo Moro pozostał człowiekiem. Starym człowiekiem, który miał dla kogo żyć. Nie dla państwa, nie dla ludzkości, nie dla Kościoła, nie dla chadecji. On chciał żyć dla siebie i rodziny.

W swych listach z więzienia Czerwonych Brygad, były premier zapytywał rządzących o to, czy ważniejsze są zasady (polityczne), czy życie człowieka. On nade wszystko cenił życie.