Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą historia. Pokaż wszystkie posty

środa, 30 grudnia 2015

Wyścig na biegun południowy

Wyścig Roalda Amundsena i Roberta Scotta na biegun południowy to jeden z ostatnich epizodów czasu odkryć geograficznych. Starcie, w którym sztuka uczenia się od mieszkańców obszarów arktycznych, psy zaprzęgowe i narty wygrały z arogancją, kucykami i saniami motorowymi.

Odkrywcy geograficzni byli zdecydowani poświęcić dla swoich marzeń wszystko – majątek, szczęście osobiste, zdrowie a nawet życie. Marco Polo, Krzysztof Kolumb, Ferdynand Magellan, Willem Barents, David Livingstone, czy Paweł Strzelecki oddali się temu niezwykłemu zajęciu, jakim było eksplorowanie ziemskiego globu zanim został dokładnie obfotografowany z orbity. Rozpoczynając wyprawy, nie mieli żadnej pewności co do ich wyniku. Liczyli jednak na odkrycia zapewniające sławę i finansowanie kolejnych przedsięwzięć. Najsłynniejszą chyba sceną, oddającą charakter tych ludzi, jest spotkanie zaginionego w afrykańskiej dżungli Brytyjczyka, Livingstone’a z poszukującą go ekspedycją Amerykanina, Henry'ego Stanleya w 1871 roku. Stanley, chociaż miał ochotę uściskać Livingstone'a, podał mu rękę i powiedział: „Dr Livingstone, jak przypuszczam?”. Następnie panowie napili się herbaty i wymienili opowieściami, a Stanley, zanim opuścił doktora, pozostawił mu zapasy ekspedycji poszukiwawczej. Livingstone, niezrażony tym - jego zdaniem - znikomym niebezpieczeństwem, którym było ugrzęźnięcie w wiosce pośrodku Afryki, znowu oddał się swojej pasji i przed powrotem do Londynu próbował odnaleźć źródła Nilu.

Na początku XX wieku niewiele miejsc na Ziemi pozostało jeszcze do odkrycia. Wiadomo było, że nasza planeta jest okrągła, opłynięto ją już zresztą dookoła wiele razy. Afryka, Australia, Syberia, czy Amazonia miały już coraz mniej tajemnic. Pozostawały jednak jeszcze Arktyka i Antarktyda z magnetycznymi i geograficznymi biegunami Ziemi.

Norweg Roald Amundsen był już znany dzięki bezpiecznemu przeprowadzeniu okrętu przez Przejście Północno-Zachodnie. Pod koniec pierwszego dziesięciolecia XX wieku rozpoczął przygotowania do wyprawy na biegun północny. Jednak na jesieni 1909 roku ta sprawa wydawała się przegrana. Dwaj Amerykanie ogłosili, że zdobyli północny wierzchołek Ziemi (Frederick Cook w 1908 r. i Robert Peary w 1909 r.) i rozpoczął się spór o uznanie pierwszeństwa jednego z nich. Amundsen, pod pozorem kontynuacji przygotowań do zdobycia bieguna północnego, postanowił ruszyć na drugi wierzchołek globusa. Wiedział jednak, że na ten sam pomysł wpadł znany brytyjski badacz Antarktydy, Robert Scott. Jego przygotowania były szeroko opisywane przez media. Imperium, nad którym słońce nigdy nie zachodziło powinno przecież mieć swojego zdobywcę krańca Ziemi. Scott uzyskał wsparcie licznych sponsorów, rządu, armii. Amundsen nie chciał uwagi mediów. Wolał prowadzić wszystkie prace w spokoju i wykorzystać element zaskoczenia. Ale potrafił zadbać o finansowanie i poparcie polityków oraz króla nie gorzej od Scotta. Obaj polarnicy wyruszyli w połowie 1910 roku, Amundsen na statku "Fram", na którym pływał wcześniej Fridtjof Nansen, a Scott na "Terra Nova" wypróbowanym w czasie jego pierwszej wyprawy na Antarktydę, na początku wieku.

Scott był prawdziwym angielskim dżentelmenem. Takim, który chciał pokazać, jak potrafi zmagać się z przyrodą, wykorzystując swoje wspaniałe cechy charakteru. Czyli, upraszczając, nie zniżyłby się do budowania iglo, bo tak nie postępuje dżentelmen. Z dzisiejszej perspektywy nie brzmi to ani mądrze, ani dobrze, ale należy pamiętać, że to początek XX w., okres przed I wojną światową, czyli rozkwit brytyjskiego imperium kolonialnego. Scott opracowując plan zdobycia bieguna brał pod uwagę głównie doświadczenia innych wypraw kierowanych przez swoich krajan. W dodatku nie ufał psom zaprzęgowym. Stąd decyzja o wykorzystaniu kucyków z Azji do ciągnięcia sań z zapasami. Miało to wówczas jakiś sens, były to zwierzęta przystosowane do życia w wysokich górach, a biegun południowy znajduje się na wysokości ok. 3 tys. metrów n.p.m., gdzie powietrze jest rozrzedzone. Zresztą wcześniej kucyki spisały się na wyprawie Ernesta Shackletona na Antarktydę. Tyle, że Shackleton wiedział, kiedy zawrócić i nie zdobył bieguna, ratując życie swoje oraz swoich towarzyszy. Jak napisał w liście do żony: "I thought you'd rather have a live donkey than a dead lion" ("Pomyślałem, że wolałabyś żywego osła, niż martwego lwa"). Oprócz kucyków, Scott zdecydował się wykorzystać skonstruowane specjalnie na tę wyprawę sanie motorowe. Na ostatnim etapie miała natomiast wystarczyć siła ludzkich mięśni. Psy zostały zabrane na pokład "Terra Nova", ale było ich mało i wykorzystywano je tylko do tworzenia składów zapasów w bliskiej odległości od bazy. Sanie motorowe zawiodły jednak już w pierwszej fazie pobytu ekspedycji na Antarktydzie. Jedne ugrzęzły pod lodem, a w dwóch zepsuły się mechanizmy. Na pokładzie statku nie było mechanika, który mógłby je naprawić. Kucyki, których kopyta grzęzły w lodzie i śniegu, a skóra bardzo parowała, spotkał różny los. Część zdechła z wycieńczenia i niedożywienia, część zamarzła, pozostałe były prędzej czy później dobijane, np. gdy groziły im drapieżniki. Sanie musieli ciągnąć ludzie, co Scott przewidywał, ale nie od tak wczesnego etapu. W związku z tym postępy ekspedycji były bardzo wolne, a jej uczestnicy spędzili w ekstremalnych warunkach atmosferycznych zbyt dużo czasu. Zamiast zakładanych trzech było to aż pięć miesięcy. Minęło sprzyjające okienko pogodowe. Temperatury jakich doświadczali członkowie wyprawy Scotta były w związku z tym niższe niż te odnotowywane przez Amundsena i jego towarzyszy. Dodatkowo Scottowi zależało na aspekcie naukowym ekspedycji, więc sanie ciągnięte przez ludzi regularnie były obciążane próbkami kamieni. Na koniec zaś podjął on decyzję, że zamiast planowanych trzech uczestników wyprawy, biegun pójdzie z nim zdobywać czterech. Tylko dlatego, że przemówił do niego charakter tego piątego uczestnika, prawdziwego dżentelmena. Czyli, podsumowując, w związku z nieufnością do psów zaprzęgowych, nie braniem pod uwagę doświadczeń ludów zamieszkujących Grenlandię, północną Kanadę i Syberię, dbaniem o zbieranie próbek dla naukowców, zlekceważeniem tego, że zapasy wzdłuż trasy przygotowano dla czterech, a nie pięciu ludzi, wyprawa Scotta była skazana na niepowodzenie. Uczestnicy byli wycieńczeni przez wysiłek fizyczny, niedożywienie, szkorbut i odmrożenia. Ale Scott nie cofnął się, nie rozważał nawet przerwania ekspedycji. Przed wypłynięciem z ostatniego portu został powiadomiony przez Amundsena o konkurencyjnej ekipie odkrywców. Musiał być pierwszy.

Amundsen, kierując się wskazówkami Inuitów, spróbował szczęścia z psami, które świetnie sprawdzały się jako zwierzęta pociągowe na Alasce i Grenlandii. Psy mają pewną wspaniałą cechę – nie pocą się przez skórę. Do regulowania temperatury używają pyska. Dzięki temu na ich skórze nie tworzy się, w niskiej temperaturze, lód. Amundsen miał też kurtki z foczego futra i ludzi zaprawionych w podróżowaniu po terenach arktycznych, świetnie poruszających się na nartach, znających się na nawigowaniu i oznaczaniu przebytej trasy. Miał też konkretny cel - nie chciał prowadzić badań, chciał zdobyć biegun. Tak jak Scott, po przybyciu na Antarktydę, na początku 1911 r., kilka miesięcy poświęcił na tworzenie łańcucha stacji z zapasami. Dzięki temu, że zdecydował się wykorzystać psie zaprzęgi, zapasy te były bardziej wartościowe od tych Scotta. Nie było tam worków z paszą dla kucyków, czy paliwa dla sań motorowych. Nie wożono niczego niepotrzebnego. Części zapasów zresztą w ogóle nie wykorzystano, bo kiedy z etapu na etap od ekspedycji odłączały się zaprzęgi pomocnicze, zabijano niepotrzebne, słabsze psy a ich mięso zjadali ludzie i pozostałe psie zaprzęgi. Amundsen od początku wiedział, ilu ludzi ostatecznie pojedzie z nim zdobywać biegun, nie było żadnego dołączania uczestników. Okazało się też, że świetnie wybrał trasę wyprawy, o prawie 100 km krótszą od tej Scotta. W dodatku ruszył wcześniej, w drugiej połowie października 1911 r., podczas gdy Scott odłożył start do listopada. Łącząc te wszystkie elementy widać, dlaczego to Norwegom udało się wygrać. I przeżyć.

Amundsen, Helmer Hanssen, Olav Bjaaland, Oscar Wisting i Sverre Hassel stanęli na biegunie 14/15 grudnia 1911 r. Po dokonaniu obliczeń wykonali pamiątkowe zdjęcie i pozostawili Scottowi namiot z zapasami a także list informujący o ich osiągnięciu, skierowany do norweskiego króla, Haakona VII, na wypadek, gdyby zginęli w czasie powrotu.
Po nadaniu wiadomości o swoim dokonaniu, Amundsen zyskał sławę, jednak nie zagwarantowało to finansowania jego kolejnych projektów. Następną wyprawę poprowadził dopiero po I wojnie światowej. Wtedy też zainteresował się lotnictwem. Był pierwszym człowiekiem, który dotarł na oba bieguny. Zaginął nad Arktyką w 1928 r., w czasie poszukiwań zaprzyjaźnionego pilota.

Scott dotarł na biegun miesiąc po Amundsenie, w połowie stycznia 1912 r. W marcu, kiedy Norwegowie dotarli do telegrafu i informowali świat o sukcesie swojej wyprawy, Scott umierał z głodu i odmrożeń, znajdując się - wraz z dwoma towarzyszami, Edwardem Wilsonem i Henrym Bowersem - kilkanaście kilometrów od dużego składu zaopatrzenia. Wcześniej zginęli Edgar Evans i Lawrence Oates. Ten ostatni, bliski śmierci, popełnił samobójstwo, by nie zużywać zapasów - wyszedł z namiotu na mróz.

Co ciekawe, Scott uznawany jest za bohatera. Niezłomnego, wspaniałego Brytyjczyka, który oddał życie zmagając się z okrutną przyrodą. Po pierwszych relacjach przez jakiś czas raczej nie poruszano problemów związanych z planowaniem i prowadzeniem przez niego wyprawy. Niedługo później wybuchła I wojna światowa i Wielka Brytania tym bardziej potrzebowała bohaterów. Za to Amundsen do końca życia był chłodno lub lodowato opisywany przez angielską prasę.

W 1957 roku Amerykanie zbudowali na południowym biegunie geograficznym stację badawczą, którą na cześć dwóch zdobywców nazwali Amundsen-Scott South Pole Station. Do dzisiaj służy ona ekspedycjom naukowców z całego świata.

wtorek, 11 listopada 2014

ANZAC

W Polsce maki kojarzą się z II wojną światową, Monte Cassino, misiem Wojtkiem i majem. Świat anglosaski przyzwyczaił nas natomiast do maków wpinanych w ubrania w rocznicę zakończenia działań bojowych I wojny światowej, 11 listopada. W tym roku maki "zakwitły" już latem. Z londyńskiego Tower od kilku miesięcy wylewa się czerwona rzeka kilkuset tysięcy porcelanowych kwiatów. Każdy symbolizuje śmierć jednego żołnierza brytyjskiego w czasie I wojny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie fosy tego zamku, by wyobrazić sobie ogrom strat jednego tylko państwa.

Rzeka maków wokół Tower
(zdjęcie z magazynu Dezeen)

W szkole uczyli nas, że dla Zachodu, zwłaszcza dla Francuzów, była to wielka wojna. Straty znacznie przewyższały te z czasów II wojny światowej. W Polsce jest odwrotnie, to II wojna była koszmarem. W latach 1914-1918 zginęło kilkaset tysięcy polskich żołnierzy walczących w armiach zaborców i kilkadziesiąt tysięcy cywili. Jeśli weźmiemy pod uwagę kolejne konflikty - wojnę z Rosją i powstania - nadal straty są niskie w porównaniu do lat 1939-1945. Żadne miasto nie ucierpiało też tak jak Warszawa w 1944 r. Najważniejsze jest zaś to, że na mapy wróciła niepodległa Polska. Pierwszą wojnę światową kojarzymy więc z historii raczej z dobrem niż złem.
Tymczasem straty wszystkich państw walczących w I wojnie światowej wyniosły około 8-10 mln zabitych żołnierzy i dwukrotnie więcej rannych. Wbrew pozorom straty ludności cywilnej nie były mniejsze i wyniosły od 7 do kilkunastu milionów zabitych i rannych. Wspominając wielką wojnę zawsze trzeba mieć bowiem w pamięci głód oraz epidemię grypy, która w latach 1918-1919 pochłonęła życie kilkudziesięciu milionów ludzi na całym świecie.
To była tak wielka trauma, że niektórzy myśleli, iż kolejny światowy konflikt jest po prostu niemożliwy.

Gałązka rozmarynu
(zdjęcie z kolekcji
Australian War Memorial)

Mniej znanym roślinnym symbolem I wojny światowej jest rozmaryn. Jego gałązki są przypinane przez Australijczyków i Nowozelandczyków w czasie ANZAC Day, 25 kwietnia. Przypominają bitwę na półwyspie Gallipoli.

W czasie obu światowych konfliktów Australia i Nowa Zelandia, mimo tego, że były już na drodze do niepodległości (od kolonii, przez dominium do samodzielnego państwa), wystawiły wojska do walki z wrogami Wielkiej Brytanii. ANZAC to właśnie skrót od Australian New Zaeland Army Corps (Australijsko-Nowozelandzki Korpus Ekspedycyjny). Korpus miał swoich dowódców, ale oddawany był pod wspólną brytyjską komendę na czas kolejnych kampanii. W czasie tej na Gallipoli okazało się to wielkim błędem dla Brytyjczyków. Chociaż ANZAC stanowił ułamek sił aliantów na półwyspie (początkowo kilkanaście tysięcy żołnierzy w kapeluszach i krótkich spodenkach), tamta przegrana pokazała Australijczykom i Nowozelandczykom, że Brytyjczycy mogą się kosztownie mylić. W związku z tym nie było już mowy o zatrzymaniu się na drodze do niepodległości.

Gallipoli przeforsował Churchill, ówczesny Pierwszy Lord Admiralicji. Śmiała wizja zakładała szybkie wyeliminowanie z wojny Turcji sprzymierzonej z państwami centralnymi (Cesarstwo Niemieckie i Austro-Węgry), przekonanie Bułgarii i Grecji do włączenia się do konfliktu po stronie Ententy (Trójporozumienie: Wielka Brytania, Francja, Rosja), udzielenie pomocy Rosji. Kluczem do sukcesu były cieśniny: Dardanele (między Morzem Egejskim a Marmara) i Bosfor (miedzy Morzem Marmara i Czarnym). Ententa miała nadzieję, że przejmie nad nimi kontrolę samymi siłami morskimi. Siły lądowe były potrzebne tylko do zajęcia terenu, na którym zdławiono by wcześniej wszelki opór ostrzałem z okrętów.

W teorii być może plan ten nie wydawał się samobójczy. Turcja osmańska była osłabiona po dwóch przegranych wojnach bałkańskich a Wielka Brytania miała wspaniałą flotę, której część mogła wysłać do cieśnin. Ale planiści w Londynie nie wzięli pod uwagę bardzo istotnych faktów. Te nieliczne oddziały tureckie, które ostały się w niemal niezmienionym składzie po konfliktach 1912 i 1913 r. skierowano w okolice Konstantynopola i tego, co mogło zostać przede wszystkim zaatakowane, a więc właśnie cieśnin. W tych oddziałach prawie nie było nie-Turków, co przekładało się na bardzo wysokie morale. Operacja na półwyspie to był desant blisko serca kurczącego się co prawda, ale nadal istniejącego osmańskiego imperium - jak łatwo się domyślić, wyzwoliło to bardzo silne emocje w obrońcach ziemi ojczystej. Mapy tamtego terenu będące w posiadaniu Brytyjczyków sporządzono głównie dzięki informacjom z przepływających przez cieśniny okrętów, zatem nie wiedziano, co dokładnie spotkają żołnierze na lądzie. I wreszcie: pomiędzy pierwszym atakiem z morza a desantem było tak duże opóźnienie (2 miesiące), że nie mogło być mowy o żadnym elemencie zaskoczenia.

Siłami tureckimi dowodził niemiecki generał, Otto Liman von Sanders. Nie był głupi, nie był też źle przygotowany. Sprytnie rozmieścił siły tak, żeby mieć szansę na ich szybkie skierowanie w najbardziej zagrożony rejon. Dlatego pozorowany atak francuski na południową stronę Dardaneli nie pomógł wojskom Ententy.

Ostrzał z okrętów nie zakończył się powodzeniem, pomimo podjęcia dwóch prób zniszczenia starych fortów znajdujących się po obu stronach Cieśniny Dardanelskiej. Musiano wysłać wojska lądowe. Desant rozpoczął się 25 kwietnia 1915 roku, przed świtem. Lądowały siły brytyjskie, francuskie, australijskie i nowozelandzkie. Główny ciężar spoczywał na Brytyjczykach, których było też najwięcej. Anzacs (żołnierze Australijsko-Nowozelandzkiego Korpusu Ekspedycyjnego) było najmniej, zaledwie kilkanaście tysięcy. Plan był taki, że w ciemności uda się południowcom wylądować z dala od wszelkich sił wroga. Desant korpusu nie przebiegł jednak zgodnie z planem. Australijczycy i Nowozelandczycy znaleźli się w zatoce nazwanej później Anzac Cove, gdzie od razu napotkali opór. Dowódcą 19. dywizji, której jednostki broniły półwyspu przeciwko Anzacs był Mustafa Kemal, dla którego świetne dowodzenie w czasie całej operacji okazało się przełomowym punktem w karierze wojskowej i politycznej (w 1923 r. został prezydentem Republiki Tureckiej; jest pamiętany jako Atatürk - "Ojciec Turków").

Wbrew obiegowej opinii wojna pozycyjna była standardem nie tylko na froncie zachodnim. Wojska Ententy okopały się również na Gallipoli. Otoczenie im wyraźnie nie sprzyjało - półwysep poprzecinany był pasmami wzgórz, z których Turcy mogli ich ostrzeliwać. Latem było tak gorąco, że żołnierze australijscy i nowozelandzcy walczyli bez koszul, nie przejmując się regulaminami. Czasem smród rozkładających się ciał był tak wielki, że decydowano o zawieszeniu broni i wspólnym grzebaniu zmarłych. Zwykle jednak napięta sytuacja na to nie pozwalała. Wody pitnej było bardzo mało i była paskudna. Tak jak resztę zaopatrzenia dostarczano ją z Egiptu i kilku wysp Morza Egejskiego. Dowództwo nie przewidziało, że aż tak ekstremalne warunki czekają na sprzymierzonych na lądzie. Żołnierze ciężko chorowali, najczęściej cierpieli na dyzenterię (czerwonka) Trudno było opędzić się od natrętnych chmar owadów. Leków brakowało, opieki medycznej również. Spokojnych miejsc, gdzie można było złożyć rannych i chorych też nie było za dużo. Zaopatrzenie nie działało tak jak powinno, wszystko trzeba było dostarczać okrętami, pod ostrzałem. A jak już trochę amunicji, śmierdząca woda i puszki z rozpływającym się jedzeniem znalazły się na lądzie, trzeba je było dostarczyć do okopów, również pod ostrzałem.

Siły sprzymierzonych zdobyły tak dramatycznie mały skrawek półwyspu, że aż trudno uwierzyć, iż nie przerwano tej operacji już w pierwszym miesiącu jej trwania. Głównodowodzący, brytyjski generał Ian Hamilton, który kwaterę miał na jednej z wysp w tak bezpiecznej odległości od linii frontu, że nie miał pojęcia co się na niej dzieje, wysyłał do Londynu informacje o sytuacji nie do końca zgodne z rzeczywistością. Cały czas miał nadzieję na zmianę. Owszem, prosił o ludzi i środki, ale nie pisał o tym, że lepiej byłoby się wycofać. A ludzi i środków było mało, większość - co zrozumiałe - przeznaczana była do zasilania wojsk we Francji. Dlatego na Gallipoli rzadko zmieniano załogi w okopach, bo przyszły posiłki. Na zluzowanie mogli jednak liczyć chorzy i ranni. Tliła się w nich nadzieja, byli szczęśliwi, bo zeszli z pierwszej linii, ale ich los był niepewny. Wielu umierało na plażach bądź na okrętach ewakuujących ich do Egiptu.

Do tego toczyły się walki. To nie wyglądało tak, że siedzieli sobie w tych okopach i co jakiś czas strzelali do siebie od niechcenia z tak fantastycznych wynalazków, jak australijski karabin z domontowanym peryskopem (amatorski, ale skuteczny). Oni musieli próbować zdobyć okopy przeciwnika. Jedna i druga strona. Turcy nie mogli po prostu czekać. Zależało im na jak najszybszym pozbyciu się najeźdźców, by podnieść morale całej armii i utrzymać spokój obywateli. Dla sprzymierzonych zaś ataki były sprawą przetrwania. Wiedzieli, że powiększenie stanu posiadania zabezpieczy dostawy i ochroni wycofywanych z pierwszej linii.
W sierpniu brytyjscy planiści zrealizowali kosztem życia kolejnych tysięcy ostatnią większą próbę zniszczenia Turków. Film "Gallipoli" Petera Weira wieńczy związana z tą operacją sekwencja. Oglądamy, jak trzy fale Anzacs są posyłane na pewną śmierć, żeby zająć tureckie okopy, podczas gdy w Zatoce Suvla lądują świeże, brytyjskie siły. W filmie Brytyjczycy po wylądowaniu raczą się herbatą i ofiara ANZAC idzie na marne. W rzeczywistości dowodzący w Suvla generał Stopford nie był aż takim potworem. Był za to skończonym durniem. Nie zrozumiał rozkazów albo źle je zinterpretował i po wylądowaniu, nie napotkawszy oporu, wysłał rekonesans a następnie zatrzymał wojska. Tymczasem jego zadaniem było przecięcie półwyspu i zaatakowanie Turków nie spodziewających się uderzenia z tamtej strony. To był jedyny moment kiedy zwycięstwo Ententy naprawdę było w zasięgu ręki.

Żadna próba, ani jednej, ani drugiej strony, nie skończyła się wielkim zwrotem akcji. Pod koniec lata impas stał się oczywisty. Hamiltona zastąpił generał Charles Monro, który wysłał do Londynu prawdziwy opis sytuacji.

Nadeszły chłody. Smród był mniej uciążliwy, owady już tak nie dokuczały, ale za to można było umrzeć na zapalenie płuc, wychłodzenie albo odmrozić sobie palce, uszy i nos. W najgorszym miesiącu więcej żołnierzy zginęło od ran i chorób niż poległo w walce. Zaopatrzenie działało tak samo źle.

W listopadzie sprawa była przesądzona. Sam lord Kitchener, brytyjski minister wojny, pojawił się na Morzu Śródziemnym, by sprawdzić, co się dzieje. Po rozmowach z dowódcami poparł decyzję Monro o ewakuacji. O kilka miesięcy za późno.

Najbardziej udanym elementem tej kampanii było wycofanie. Perfekcyjny plan, piękne wykonanie. Do końca Turcy nie byli pewni, czy żołnierze przeciwnika jeszcze w tych okopach są, czy już nie. W styczniu brytyjskie i francuskie okręty zabierały oddziały niszczące i palące za sobą sprzęt oraz zabijające zwierzęta, których nie udałoby się zabrać. Pomimo wielkości operacji zrobiono wszystko, by uniknąć dodatkowych ofiar. Żołnierze ANZAC wspominali, że ostatniej nocy zostawili na pozycjach w okopach swoje słynne karabiny z peryskopami i wycofali się tak cicho, że Turcy zorientowali się w sytuacji dopiero, kiedy po odbiciu od brzegu podpalono skrzynie po zaopatrzeniu mające zasłonić okręty ewakuacyjne.

Zginęło ponad 8 tysięcy Australijczyków i 2 tysiące Nowozelandczyków. Brytyjczycy i Francuzi stracili więcej niż 40 tysięcy zabitych, Turcy - nawet 70 tysięcy. Dwa-trzy razy więcej żołnierzy było rannych, wielu przeszło amputacje kończyn.

Nie osiągnięto żadnego z zakładanych przez planistów Ententy celów. Co więcej, Gallipoli mogło przyczynić się do ludobójstwa Ormian.

Jeśli Gallipoli jest znane, to należy za to podziękować głównie Peterowi Weirowi. Ale nawet jeśli kojarzymy fakt, że na tamtym półwyspie miał miejsce największy desant I wojny światowej, to czy ktoś kłopocze się zapamiętywaniem takich nazw jak Ari Burnu, Achi Baba, Suvla? Czym one były w porównaniu z Verdun, Marną, Tannenbergiem? To takie egzotyczne, że aż nierzeczywiste.

W czasie działań na półwyspie sytuacja była niezwykła jak na nowoczesną wojnę: nie było cywilów. Akcja toczyła się tylko pomiędzy uzbrojonymi ludźmi. Dochodziło do wspaniałych aktów bratania się pomiędzy osmańskimi i alianckimi okopami. Wymieniano się wodą, jedzeniem, papierosami. Ciała poległych grzebano we wspólnych mogiłach, zarządzano przerwy na zbieranie rannych. Były też sceny niepiękne: bicie jeńców, działalność snajperów, zabijanie w czasie świąt religijnych jednej bądź drugiej strony. Na szczęście nie użyto gazów bojowych.

Dla Turków to bitwa o Çanakkale. Żołnierze tureccy dokonywali w czasie jej trwania niesamowitych czynów. Mieli mało sprzętu, mało amunicji, zaopatrzenie ich nie rozpieszczało, cierpieli na te same upały i chłody co sprzymierzeni, dotykały ich te same choroby, ale nie dali się złamać. Do historii przeszedł rozkaz Mustafy Kemala z początkowego okresu bitwy, który kończył się słowami: "Nie rozkazuję wam walczyć, rozkazuję wam ginąć". W czasie morskiej fazy operacji turecki kapral Seyit, po tym, jak w czasie ostrzału fortu zniszczono nie tylko umocnienia, ale i wózek do przewożenia amunicji, kilka razy przenosił na własnym grzbiecie 215-kilogramowe pociski do działa. Dzięki niemu zatopiono jeden z brytyjskich okrętów. Symbolem działań na lądzie stał się natomiast osmański szeregowiec, który ryzykując życiem zabrał z ziemi niczyjej rannego brytyjskiego oficera i zaniósł go do jego okopów.

Na 25 kwietnia 2015 roku zaplanowano wyjątkowe uroczystości w Zatoce Anzac. Od kilkudziesięciu lat, zgodnie z obietnicą daną weteranom, co roku odbywają się tam przed świtem apele ku czci poległych. Tym razem będzie to setna rocznica lądowania. Nie tylko władzom Australii i Nowej Zelandii zależy na godnym uczczeniu poświęcenia żołnierzy. Obchodami zajmują się też zwykli obywatele. I co najciekawsze - w Anzac Cove i na cmentarzach nigdy nie brakuje przedstawicieli tureckich władz i wojska, a także cywilów. Ofiary upamiętnia się razem.
Na cmentarzu w Ari Burnu, ponad Anzac Cove, w kamieniu wyryto słowa Atatürka skierowane do Australijczyków i Nowozelandczyków w 1934 r.:
"Those heroes that shed their blood and lost their lives... You are now lying in the soil of a friendly country. Therefore rest in peace. There is no difference between the Johnnies and the Mehmets to us where they lie side by side here in this country of ours... You, the mothers, who sent their sons from far away countries wipe away your tears; your sons are now lying in our bosom and are in peace. After having lost their lives on this land they have become our sons as well".
"Bohaterowie, którzy przelaliście krew i straciliście życie... Leżycie teraz w ziemi przyjaznego wam kraju. Spoczywajcie w pokoju. Nie ma dla nas różnicy pomiędzy 'Johnnymi' i 'Mehmetami', kiedy leżą przy sobie… Wy, matki, które wysłałyście synów z dalekich krajów, otrzyjcie łzy; wasi synowie leżą teraz przytuleni do naszej piersi i spoczywają w pokoju. Po tym, jak stracili życie na tej ziemi stali się także naszymi synami".
Te same zdania wyryto na pomniku Atatürka w Canberze.


PS Na stronie Hardcore History znaleźć można serię podcastów poświęconych I wojnie światowej. Na razie słuchałam tylko niewielkiej części, ale to Dan Carlin, to musi być majstersztyk. Na Youtubie istnieje kanał poświęcony I wojnie światowej, w którym prowadzący od lipca tego roku aż do listopada 2018 r. ma zamiar w każdy czwartek opowiadać co się działo na poszczególnych frontach w danym tygodniu. Nie znałam wcześniej tego pana, ale jak na razie daje radę, chociaż to nie Dan Carlin i panowie różnią się w interpretacji niektórych faktów. Oprócz tego jest seria BBC, seriale dokumentalne, filmy. Zapewne w każdym kraju, który brał udział w wojnie, czy był wtedy na mapie, czy nie, powstał jakiś poświęcony jej program.

wtorek, 30 września 2014

Zaniedbania

Żyjemy. Mamy się dobrze. Zdrapek przestał podróżować i przybierać na wadze. Pozwiedzałam sobie trochę Śląsk. Zamiast o tym coś mądrego napisać zaniedbałam Mapnika.

Co tam jeszcze? W Irlandii cisza i spokój, trwa powrót w koleiny rozwoju sprzed kryzysu, ale nie ma już mowy o celtyckim tygrysie. Z nowości to w małej miejscowości, do której staram się co roku zaglądać, planuje się budowę kolejnego marketu, zdaje się Lidla. Małe sklepy mają ciężki żywot (cen nie mogą już bardziej obniżać), na szczęście poprzedni market ich nie zabił, więc i tym razem jest dla nich nadzieja.

Tak naprawdę tyle się dzieje, że nie wiadomo od czego zacząć. Może od tego, że zupełnie nie cieszę się z tego, co dzieje się na wschód od nas. Niedobrze, jak przypomina się, że w poszczególnych częściach Europa nie wytrzymuje stu lat bez wojny. Pojawia się wtedy myśl, że co do całości kontynentu, zasadę stu lat przyjdzie sprawdzić na własnej skórze. I chociaż w każdym zakątku świata można znaleźć miejsce, gdzie źle się dzieje, los Ukraińców i ich państwa znajduje się na pierwszym planie. Nie po to przechodziliśmy trudne a nawet straszne etapy w historii, żeby nie martwić się przerwaniem spokojnego rozwoju naszych sąsiadów. Ale tak, tych złych rzeczy jest więcej: rozprzestrzenianie się wirusa ebola, strzelanie do cywilnych samolotów, rozwój "Państwa Islamskiego", tlący się w Strefie Gazy konflikt, katastrofy naturalne.

Są też na szczęście dobre rzeczy. Nawet taka maruda jak ja zwyczajnie cieszy się tym, że Polacy zostali mistrzami świata w siatkówce, będziemy mieli polskiego "prezydenta Europy", a zmiana rządu w naszym kraju nie wiąże się z większymi emocjami.

Zastanawiając się nad tym, jak to dużo się dzieje, zwłaszcza złych rzeczy, wróciłam pamięcią wspomaganą zasobami Internetu do 1994 roku. Cofnięcie się 20 lat wstecz wystarczy, bo to już okres po zakończeniu zimnej wojny, a jeszcze przed popularyzacją Internetu przyczyniającego się do zagęszczenia informacyjnego szumu. Co wtedy się działo? Niemało. I nie był to jakiś wyjątkowo obfitujący w wydarzenia rok. Różnica polega tylko na tym, że informacji docierało wtedy do nas mniej. Czy były to solidniej przedstawiane fakty, czy analiza była bardziej pogłębiona? Wątpię. Notki o tym, co danego dnia czy tygodnia wydarzyło się na Bałkanach były czasem niewiele dłuższe niż "leady" w obecnych wydaniach internetowych. A jeśli się tylko chce, można we współczesnych mediach i w Internecie znaleźć solidne analizy. Jedyne co nas ogranicza to czas na szukanie wiarygodnych źródeł i zapoznawanie się z nimi. Tyle technikalia. Fakty są takie, że w 1994 roku na Haiti wysłano polski GROM, trwało oblężenie Sarajewa, rozpoczęła się oficjalnie pierwsza wojna w Czeczenii, bojówki Hutu wymordowały ok. milion Tutsi w Rwandzie, Amerykanie wycofali swój kontyngent z Somalii. Doszło też do kilku dużych katastrof samolotów, w których wyniku zginęło kilkaset osób. A w jednej tylko katastrofie estońskiego promu na Bałtyku zginęło ponad 850 osób. To wszystko już w czasach upadku znaczenia ONZ i bez wymieniania katastrof naturalnych.
Łatwo zauważyć, że nie wymieniłam dobrych rzeczy. One się sprytnie ukrywają, nie tylko przed moją pamięcią. Jestem jednak otwarta na propozycje w sekcji "komentarze", świat przecież nie składa się tylko z cierpienia.

Głęboki wniosek jest taki, że obecnie nie dzieje się więcej. Wątpię też w to, czy politycy, dyplomaci, wojskowi i inni odpowiedzialni nie tylko za siebie, radzą sobie gorzej z reagowaniem na kolejne wydarzenia. Tyle tylko, że w międzyczasie ja jako odrębna, samodzielnie myśląca jednostka dorosłam i widzę, że schematy są powtarzane. A one niekoniecznie prowadzą do rozwiązywania problemów. Ani sytuacja na Ukrainie, ani "Państwo Islamskie" nie wzięły się znikąd. Tylko co ja mam z tym zrobić? W czasie pomarańczowej rewolucji mogłam iść na krakowski Rynek, żeby pokazać którymś z kolei reformatorom na Ukrainie, że nie są sami. Tamci reformatorzy nie poradzili sobie ze skomplikowaną sytuacją. Nie oni pierwsi. Wobec czego dzisiaj rządzący mają jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację do rozwiązania. A większości obywateli Ukrainy nie żyje się dłużej czy lepiej.
Albo co mi z wiedzy, że "Państwo Islamskie" to pokłosie starych działań jeszcze z czasów zimnej wojny. Raczej tego w twarz CIA, FSB i Asada nie rzucę, bo na audiencję nie mam co liczyć.

Pozostaje pielęgnować w sobie głęboko skrywany optymizm realisty i egoizm. Nie ma co martwić się wielkimi zagrożeniami na zapas.

wtorek, 28 stycznia 2014

Guttentag

"Schneller! Schneller!", "Achtung: Minen", "Hände hoch!", "Wojna? Nie, to inni, ja byłem wtedy na wczasach na Lazurowym Wybrzeżu" itp.
Mimo kilku lat nauki języka niemieckiego nadal kojarzę go tak a nie inaczej. Jestem też z tych, dla których nazwy "Junkers", "I.G. Farben", czy "ThyssenKrupp" brzmią źle. I chociaż naprawdę próbuję się zmienić to smutnieję kiedy widzę "19:33" na wyświetlaczu zegara.
Jakiś błąd w systemie, na szczęście nieszkodliwy.

Guttentag to inaczej Dobrodzień.

Jedzie sobie człowiek przez opolskie, niczego nie podejrzewa, a tu, panie dzieju, niemiecki na tablicy  z nazwą miejscowości wyskakuje. Pod wersją polską, oczywiście. To ci dopiero!

Przez prawie 50 lat po II wojnie udało się wszczepić w wielu Polakach przekonanie, że gdyby nie ZSRR to Niemcy wróciliby na ziemie odzyskane. Propaganda niespecjalnie musiała się wysilać, politycy z Zachodu sami się podkładali. Nawet w nowych czasach. Nie powiem, że doskonale, ale pamiętam nerwówkę związaną ze zjednoczeniem Niemiec. Enerdefen wcale nie był taki znowu prędki, żeby granicę potwierdzać.
Było, minęło. Nigdy wcześniej w historii nie było tak bezpiecznie jak teraz. Pozostają szczegóły, np. polscy dyplomaci zabiegają o polską pisownię imion, nazwisk i nazw na Litwie, a Kaszubi nie są podejrzewani o dążenie do autonomii w związku z używaniem dwujęzycznych nazw na swoim historycznym terytorium.
Nie mam pojęcia, co czują Litwini patrząc na polskie znaczki przypominające dawny zabór, ale wiem co czuję ja, kiedy patrzę na "Guttentag". Czuję się dziwnie. Tak to jest jak emocje biorą górę nad rozsądkiem. Powoli wracam już jednak do równowagi po tym wstrząsie. Mam taki sprytny plan, żeby przyzwyczaić się do polsko-niemieckich tablic.
Poza tym, kto powiedział, że za 20-30 lat pod niemieckimi nazwami na tablicach w byłej NRD nie pojawią się polskie? Taki chichot historii.

Rzucę co jakiś czas czujne spojrzenie na sąsiada, ale nie muszę stać na straży granicy na Odrze i Nysie. Ona sobie doskonale radzi bez emocji.

poniedziałek, 15 lipca 2013

"Ptak bez skrzydeł"

To parafraza fragmentu poezji Byrona i tytuł mini-serii obecnej na antenie TVP kilkanaście lat temu. Zdanie o braku skrzydeł odnosiło się co prawda do miłości, a dokładniej mówiąc do jej braku, ale nie o to tu chodzi. W serialu pokazano krwiożerczość generałów i okrucieństwo I wojny światowej. I chociaż tamtemu konfliktowi poświęcono dużo lepszych produkcji, np. "Ścieżki chwały", "Na zachodzie bez zmian", "Gallipoli", "War Horse", czy sekwencję z zasiekami i końmi w maskach przeciwgazowych w "Wichrach namiętności", to właśnie "Ptak bez skrzydeł" jako pierwszy zwrócił moją uwagę na potrzebę zniszczenia romantycznego wizerunku wojny.

W jednej ze scen tego serialu do przyokopowej kwatery wraca zmęczony brytyjski oficer. Celuje w swojego kolegę z rewolweru i każe mu maszerować w swoją stronę. Kolega najpierw jest zdezorientowany, a potem przerażony. Nieraz już zapewne widział w tych stronach szaleństwo. Ale oficer nie zwariował. Po przykrym dla obu stron pokazie wytłumaczył, że to rozkaz dowództwa. Nazajutrz brytyjscy żołnierze z ich odcinka frontu mają wyjść ze swoich okopów, marszowym krokiem przejść przez ziemię niczyją, po czym zająć stanowiska przeciwnika. Prosty sztabowy przepis na rzeź.

Mniej więcej tak wyobrażamy sobie I wojnę światową na froncie zachodnim: dwie postrzępione linie okopów pełne milionów żołnierzy, błota, wszy i szczurów, pomiędzy nimi najeżona zaporami i zasiekami, zryta wybuchami pocisków ziemia niczyja, a nad tym wszystkim samotny balon obserwacyjny i Czerwony Baron w pogoni za kolejną ofiarą. Co jakiś czas żołnierze jednej albo drugiej strony wypełzają z okopów i przy dźwiękach gwizdków oraz werbli próbują nie polec na polu chwały. Generałowie raczą się zaś herbatką, koniakiem i zakąską w odległym pałacu.

I wojna światowa to jeszcze ten okres, kiedy nawet w armiach państw zachodnich nie patyczkowano się z tym, co dzisiaj znamy jako zespół stresu pourazowego (PTSD), a za tak zwane tchórzostwo karano śmiercią. To ten sam czas, kiedy bez cienia wstydu, bez żadnych oporów, rządzący i wysocy oficerowie wmawiali całym społeczeństwom, że zdobycie kilkuset metrów ziemi kosztem życia kilku tysięcy ludzi jest przełomowym momentem jakiejś kampanii. Dziennikarstwo było już wtedy rozwinięte, fotografia prasowa również, ale przecież od czego są cenzura i manipulacja.

Symbolem wojny na Pacyfiku stało się kilku Marines zatykających amerykańską flagę na Iwo Jimie, z wojny o Falklandy szczerzy się do nas książę Andrzej, "Pustynną Burzę" pamiętamy jako rozbłyski wybuchów daleko za plecami reportera CNN, tzw. wojna z terroryzmem przedstawia się płonącymi wieżami WTC.
Tylko z nielicznymi konfliktami kojarzę same przerażające, smutne, dosłowne zdjęcia tragedii z frontu i zaplecza.
Nie wiem, jakie obrazy utkwiły w pamięci ludzi żyjących w czasie I wojny światowej, ale tak sobie myślę, że z pewnością nie te, które powinny, skoro niedługo po Wielkiej Wojnie wybuchła jeszcze większa. To zresztą chyba nigdy nie są te, które powinny.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, że nie mam pojęcia jak to wyglądało w Związku Radzieckim. Oczywiście, dość wcześnie zakochałam się w "Opowieści o prawdziwym człowieku" Borysa Polewoja, zapoznałam się też z "Żołnierskim szczęściem" Walentyny Czudakowej,  a z filmów ze wspaniałym - chociaż miejscami artystycznie wydumanym - "Lecą żurawie", ale nadal niewiele wiem o niepropagandowym przedstawieniu tego, jak wojna nie tylko odbierała, ale i niszczyła ludzkie życia, niezależnie od odległości od linii frontu i liczby lat, jakie minęły od parady zwycięstwa. Znalazłam już jedną książkę zawierającą wspomnienia o byłych żołnierzach chowających się przed wyimaginowanym nalotem do wybudowanych na domowych podwórkach schronów, kierujących ruchem na "przyfrontowych" skrzyżowaniach, czekających do końca życia na tych, którzy z wojny nie wrócili. Ta książka to "Urodziłam się nad Bajkałem" Bełły-Chan Skwarskiej. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na równie poruszający wiersz opowiadający o powojennych cieniach, o których oficjalnie w Związku Radzieckim się nie mówiło.

Po produkcjach Toma Hanksa i Stevena Spielberga ("Szeregowiec Ryan", "Kompania braci", "Pacyfik"), a także Clinta Eastwooda ("Sztandar chwały", "Listy z Iwo Jimy"), czy świetnie dopracowanych próbach rozliczania mitów z kin narodowych ("Kokoda", "Indigènes") można mieć najbliższe jak się da - dopóki nie doświadczymy konfliktu na własnej skórze - wyobrażenie o tym, jak wyglądała II wojna światowa w Europie Zachodniej i na Pacyfiku. Nie znajdziemy w nich piękna walki i umierania za ojczyznę. Są za to obrazy przygnębienia, wyczerpania, załamania, ran, chorób, a w końcu "nieludzkich" odruchów "zezwierzęcenia".

Nie istnieje uniwersalne lekarstwo na głupotę postrzegania wojny jako historycznej konieczności, wielkiej przygody, czy kuźni narodowych bohaterów. Gdyby istniało, wymienione przeze mnie filmy i książki znajdowałyby się na recepcie. Tak jak poniższe słowa przenoszące nas na front zachodni sprzed niemalże stu lat.


"No Man's Land" ("The Green Fields of France")
Eric Bogle

Well, how do you do, Private William McBride,
Do you mind if I sit down here by your graveside?
And rest for awhile in the warm summer sun,
I've been walking all day, and I'm nearly done.
And I see by your gravestone you were only nineteen
When you joined the glorious fallen in 1916,
Well, I hope you died quick and I hope you died clean,
Or, Willie McBride, was it slow and obscene?
Did they beat the drum slowly, did they play the pipes lowly?
Did the rifles fire o'er you as they lowered you down?
Did the bugles sing "The Last Post" in chorus?
Did the pipes play "The Flowers of the Forest"?
And did you leave a wife or a sweetheart behind
In some faithful heart is your memory enshrined?
And, though you died back in 1916,
To that loyal heart are you forever nineteen?
Or are you a stranger, without even a name,
Forever enshrined behind some glass pane,
In an old photograph, torn and tattered and stained,
And fading to yellow in a brown leather frame?
Well, the sun's shining down on these green fields of France;
The warm wind blows gently, the red poppies dance.
The trenches have vanished long under the plow;
No gas and no barbed wire, no guns firing now.
But here in this graveyard it's still No Man's Land;
The countless white crosses in mute witness stand
To man's blind indifference to his fellow man.
And a whole generation who were butchered and damned.
And I can't help but wonder now, Willie McBride,
Do all those who lie here know why they died?
Did you really believe them when they told you "The Cause"?
Did you really believe that this war would end wars?
Well the suffering, the sorrow, the glory, the shame,
The killing, the dying, it was all done in vain,
For Willie McBride, it's all happened again,
And again, and again, and again, and again.

czwartek, 14 marca 2013

Ur, Karaś i Mors a na dokładkę Miś

We wspaniałych, dawnych czasach, kiedy to pisarze zajmowali się pisaniem dobrych książek, a nie złą polityką, przeczytałam zbiór opowiadań "Noteka 2015" Konrada T. Lewandowskiego. Znacie zapewne anegdotkę o tym, jak to w czasach PRL-u ludzie chcieli, żeby Polska zaatakowała Stany Zjednoczone. Polacy poddaliby się i weszli do amerykańskiego snu. Mniej więcej. Coś podobnego rozgrywa się w "Notece": w absurdalnym świecie niedalekiej przyszłości USA toczą wojnę z Polską. W tej wersji jednak mocarstwo nie daje sobie rady. Korpus ekspedycyjny ulega polskiej pomysłowości, czyli prostym i bardzo skutecznym rozwiązaniom.

W tytule wpisu znajdują się nazwy produkowanego i projektowanego w latach 30. XX wieku sprzętu dla Wojska Polskiego '39.

Oprócz literek i cyferek samolotom, okrętom, czołgom, czy armatom trafiają się przydomki. Nie jest to oczywiście tylko polska specyfika, ale akurat tamte nazwy zupełnie subiektywnie uważam za najlepsze. Królowały wśród nich fauna, flora, zjawiska atmosferyczne i inni ("Mors" nie pochodzi od nazwy zwierzęcia). Po Bałtyku pływały sobie, na ten przykład: "Orzeł", "Sęp", "Gryf", "Burza", "Wicher", "Grom", "Błyskawica". W powietrze wzbijały się "Karasie", "Łosie" i "Mewy". ("Misiów", "Wilków" oraz "Jastrzębi" na niebie zabrakło.) Armii dostarczono różne armaty ze Starachowic (każdą można by było nazwać "Star"), karabiny przeciwpancerne "Ur" (projekt był tak tajny, że aż od Urugwaju jego skrót zapożyczono) i inne konstrukcje inżyniera Maroszka, a także pistolety maszynowe "Mors". Wszystko to jednak za późno i w zbyt małej ilości.

Sakramencko cudownie byłoby sprać Niemców i Austriaków na początku września 1939 roku, prawda? Oj, jak wspaniale! Ile nie startych z powierzchni ziemi istnień ludzkich. Ile szans powolnego, ale jednak - postępu. Ile dobrych możliwości!

Niezdrowe jest karmienie nienawiści bezsilnością wobec faktu, że niemieckich, austriackich i innych zbrodniarzy jednak nie powywieszano na latarniach i drzewach przy głównych traktach. Lepiej kanalizować to w inny sposób. Kulturalny.

Na temat alternatyw września '39 są książki, opowiadania, chyba komiks też już powstał. Przydałby się jeszcze pełnometrażowy film. Coś podobnego do animacji powstającej w Platige Image, tyle że "Hardkor 44" oparty jest na motywach z powstania warszawskiego, a ja chciałabym, żeby zrobiono coś o kampanii wrześniowej inaczej. (Od Tomasza Bagińskiego i jego współpracowników na pewno warto byłoby pożyczyć obraz nazistów jako bezdusznych maszyn.) Wcale nie wielka produkcja, bo nie za bardzo potrafimy coś takiego zrobić. Wystarczy średni rozmach, za to ogromny budżet od sponsorów, pozwalający na wybór najlepszych artystów, techników, materiałów, na dopracowanie każdego detalu.

Co by było, gdyby przyspieszono wprowadzenie do uzbrojenia konstrukcji, nad którymi i tak pracowano? Gdyby dyplomaci, politycy, kolejarze, robotnicy i żołnierze tak poustawiali klocki, że Czesi mieliby we wrześniu jeszcze tyle chęci, sił i możliwości, by Polsce pomóc. Gdyby wcześniej nastąpiła zmiana myślenia w najwyższym dowództwie. Porządna mobilizacja i nieoglądanie się na sojuszników też by nie zaszkodziły. No i kupa pieniędzy. Ta kupa pieniędzy dla konstruktorów, oblatywaczy, pracowników ośrodków doświadczalnych, szkoleniowców i fabryk w zasadzie by wystarczyła. Jednostki zostałyby zalane "Jastrzębiami", "Misiami", "Morsami", "Starami", lekkimi czołgami z rodziny 7TP i wieloma innymi maszynowymi przyjaciółmi, z których żołnierze potrafiliby korzystać. III Rzesza mogłaby wtedy Polskę pocałować w d..., przeprosić za najście, po czym się rozpaść. Piękny obraz.

Nieważne, że to się nie wydarzyło i nie mogło wydarzyć. Ważne, że wyobraźnia to potęga.

niedziela, 24 lutego 2013

Litzmannstadt

Czasem tęsknota za historyczną wielkością, czy cudem gospodarczym, mogąca tłumaczyć fenomen używania przez Polaków niemieckojęzycznych nazw polskich miast, kryje w sobie nazistowską pułapkę.

Może i "Danzig", "Posen", czy "Breslau" brzmią atrakcyjnie, kusząc niczym okręty dumnej Hanzy, wystarczy jednak uświadomić sobie, że takie ich nazwy widnieją na starych mapach. Różnie to przecież w historii bywało. Łódź, chociaż prawa miejskie uzyskała od biorącego kąpiel w balii Władysława Jagiełły, bardzo długo nie odgrywała istotnej roli w dziejach. Obcojęzyczne nazwy miasta nie są więc raczej używane przez Polaków. Oprócz tej jednej jedynej, kojarzącej się z gettem. "Litzmannstadt". Jako miejscowość o tej nazwie Łódź wystąpiła tylko raz w swojej historii, pomiędzy 1940 i 1945 rokiem.


Karla Litzmanna tytułowano Lwem z Brzezin. To od nazwiska tego człowieka Łódź wzięła swe nazistowskie miano.

Szukając informacji o tym, co działo się w okolicach mojej rodzinnej miejscowości, Kasiny Wielkiej, w czasach I i II wojny światowej, natrafiłam na takie nazwisko: Josef Roth Freiherr von Limanowa-Łapanów. To też Lew, tyle że spod Limanowej. W czasie I wojny światowej sprawnie przeprowadził tam atak na rosyjskie pozycje. Tak jak Litzmann był świetnym dowódcą frontowym, sztabowcem i szkoleniowcem. Obu oficerów wyraźnie różni jednak to, że austro-węgierski bohater był opisywany przez swoich zwierzchników mniej więcej jako "miękki", bo przywiązujący wagę do minimalizowania strat po obu stronach, a Brandenburczyk był twardym nacjonalistą, który chciał "oczyszczenia" wielkich Niemiec z wrogich elementów.

Karl Litzmann do wojska wstąpił niedługo po wojnie austriacko-pruskiej, w 1867 roku. Brał udział w wojnie z Francją (1870-1871), w której zasłużył na Żelazny Krzyż. Pod koniec XIX wieku dostał się do sztabu generalnego, gdzie miał okazję pracować z wychowankami Moltkego starszego. Potem szefował akademii wojskowej w Berlinie. Na początku XX wieku był już generałem i mógł przejść na zasłużoną emeryturę. W 1914 roku został z niej ściągnięty, by dowodzić na froncie.

W pierwszych miesiącach wielkiej wojny na froncie wschodnim Niemcy zatrzymali ofensywę rosyjską na Prusy. Co prawda Rosjanom nieco lepiej szło w walce z Cesarstwem Austro-Węgierskim, ale nie udało im się osiągnąć wszystkich wyznaczonych celów. Na listopad i grudzień zaplanowali więc przełamanie frontu mniej więcej pośrodku współczesnej Polski, a także w pobliżu Krakowa. Niemcy i Austriacy uprzedzili jednak Rosjan atakując na terenie dzisiejszego województwa łódzkiego. W walkach zginęło około 200 tysięcy żołnierzy obu stron konfliktu.

Zimą 1914 roku podległe Litzmannowi oddziały zostały w okolicach Łowicza odcięte od reszty sił niemieckich. Generał nakazał marsz w kierunku Brzezin. Tak jak dowódcy sił rosyjskich z tamtego rejonu nie posiadał zbyt wielu informacji o rozmieszczeniu sił przeciwnika. To jeden z czynników, który dopomógł Niemcom. Litzmannowi udało się przebić przez linie rosyjskie, niszcząc przy tym kilka dużych jednostek. Odznaczono go, nazwano Lwem z Brzezin, doceniono wspaniałą wiedzę wojskową sprawdzoną w praktyce. Mógł spocząć na laurach, spisać wspomnienia, cieszyć pokojem. Musiał przecież widzieć, jak wojna okalecza, jaka jest straszna. Ale niewiele humanizmu wyniósł z tej lekcji. Wybrał inną drogę. Po wojnie zaangażował się politycznie. Od 1930 roku był członkiem NSDAP. 19 grudnia 1932 roku jako najstarszy deputowany, a więc marszałek senior, otwierał posiedzenie Reichstagu. Tego samego, dzięki któremu naziści przejęli władzę. Zmarł w 1936 roku, miał więc jeszcze okazję słyszeć o "sukcesach" w postaci ustaw norymberskich, obalania kolejnych postanowień traktatu wersalskiego, dążenia do konfliktu. Wszystko, co do tamtej pory wcielili w życie Hitler i jego zwolennicy, było zgodne z przekonaniami Litzmanna.

Zatem w 1940 roku rozbudowujący Rzeszę na wschód Niemcy złożyli generałowi piękny - swym zdaniem - hołd, nadając dużemu miastu, bliskiemu miejsca jego zwycięstwa, nazwę Litzmannstadt.


Różne były wojenne i powojenne tłumaczenia. Za wyjaśnianie brali się psycholodzy, artyści, naukowcy, politycy, historycy i inni. Był eksperyment więzienny Zimbardo, sprawdzanie granic posłuszeństwa przez Milgrama, były i inne badania. Większość Niemców, Austriaków i obywateli innych krajów, współpracujących ze zbrodniczym systemem, tłumaczyła się tym, że nie wiedziała a nawet jeśli wiedziała to przecież trzeba było wykonać rozkaz, panował pruski dryl, karą za sprzeciw była śmierć, na tym polegała ich praca, inni też tak robili...

Mimo wszystko dość łatwo przyjąć wyjaśnienia o wykonywaniu rozkazów, niewiedzy, strachu. Nie przypominam sobie z czasów szkolnych żadnego podręcznika, w którym mowa byłaby o tzw. dobrym Niemcu. A jeszcze o żołnierzu? Kto to słyszał! Przecież żołnierze (ale nie tylko - urzędnicy też) składali przysięgę na wierność Hitlerowi, a nie państwu, czy porządkowi prawnemu. Tak dosyć zwyczajnie, pojedynczo i całymi oddziałami, składali tę z gruntu podejrzaną przysięgę. Na początku próbowali ominąć rytuał, ale co to były za próby, skoro jednak się ugięli. Dalej było już z górki. W każdym razie - o Wilmie Hosenfeldzie i owszem, wiedziałam, dzięki filmom, ale to jeden przykład. Trochę mało jak na kilkanaście milionów niemieckich żołnierzy i kilkadziesiąt milionów cywilów.

Timothy Snyder w jednym ze swoich tekstów napisał o tym, że to było wtedy normalne. Tak jak teraz dla nas normalne są pokój i demokracja, tak wtedy dla części Europy normalne były autorytaryzm, nacjonalizm, rasizm. W Niemczech normalny stał się nazizm.

Kiedy czytałam wspomnienia Philippa von Boeselagera o tym, jak brał udział w spisku 20 lipca, nie mogłam uwierzyć, że żyjąc do 2008 roku cały czas uważał, że w czasie wojny postępował słusznie i bronił swoich wyborów życiowych w standardowy sposób (taki był rozkaz, pruska kultura wojskowa itp.). Czuł się aż tak normalnie, że będąc oficerem Wehrmachtu zauważającym zbrodnie na terenach podbitych napisał w tej sprawie list do zwierzchników i uznał, że zrobił wszystko, co mógł w tej sprawie. Zaangażował się też w spisek mający na celu pozbawienie Hitlera życia. Należy jednak pamiętać, co było celem tego spisku. Nie radykalna zmiana systemu i przerwanie łańcucha okrucieństwa. Celem była zmiana przywództwa, ponieważ doprowadzenie do władzy wojskowych mogło poskutkować wygraną przynajmniej na froncie wschodnim.

Prosta odpowiedź jest taka, że Niemcom żyło się wtedy lepiej. Z nazwiskiem Hitlera wiązali zakończenie kryzysu gospodarczego. Jak mogli sprzeciwiać się czemuś, co przyniosło pracę, stabilizację, rozwój ekonomiczny i co sprawiło, że poczuli się silnym narodem? No i jeszcze te podboje, które aż do Stalingradu kojarzyły się niemalże z wielką przygodą.

Mimo, że pokładam wielkie nadzieje w edukacji, to rzeczywistość jest raczej niewesoła. Oczywiste jest, że to może się powtórzyć. Jeśli dojdzie do zbiegu wystarczających okoliczności. Gdyby, na przykład, trudności gospodarcze jakie odczuwamy potrwały dłużej, gdyby się pogłębiły, gdyby zagroził nam głód, ilu z nas odmówiłoby poparcia politykom obiecującym niemal natychmiastową poprawę, tyle tylko, że kosztem - dajmy na to - nieprawdziwych Polaków?


Jakże pocieszające jest to, że wśród Niemców, Austriaków i obywateli krajów kolaborujących z III Rzeszą znajdowali się i tacy, którzy sprzeciwiali się nazizmowi. Możliwe było niepodążanie za tłumem, zdobycie się na pomaganie innym wbrew otoczeniu, podejmowanie ryzyka i przezwyciężanie bierności. Nie było tych ludzi wielu, ale byli. I w wojsku i w cywilu.

Anton Schmid służył jako sierżant w Wehrmachcie. Tak zwany zwykły człowiek, niepochodzący z arystokracji niezawodowy wojskowy, rzemieślnik, który zdawał sobie sprawę z tego, że nie może zbyt wiele. Za to chciał pozostać przyzwoitym człowiekiem. Pod koniec swojego życia służył w Wilnie, gdzie wyrabiał Żydom z getta odpowiednie papiery i wysyłał ich w mniej niebezpieczne rejony, np. do Generalnego Gubernatorstwa. Pomagał też żydowskiej organizacji podziemnej. Za zdradę został stracony w 1942 roku. W czasie procesu Adolfa Eichmanna zrelacjonowano działalność Schmida. Potem uczczono jego pamięć chwilą ciszy. Bardzo wymownej ciszy.

W lipcu 1942 roku Albert Battel, oficer Wehrmachtu, przed wojną prawnik, przekonał swego zwierzchnika, Maxa Liedtke (w cywilu dziennikarza), żeby pracujących dla ich jednostki Żydów z przemyskiego getta wziąć pod opiekę. Nakarmiono ich i zakwaterowano na terenie wojskowym. Zamknięto też most, którym siły SS mogłyby próbować odbić Żydów. Interweniował w tej sprawie sam Himmler, rozkazując przenieść zdrajcę do jednostki frontowej. Wbrew jego intencjom Battel wojnę przeżył i wrócił do ojczyzny. Liedtke miał mniej szczęścia - zmarł w radzieckiej niewoli. Taki los spotkał też znanego z uratowania Władysława Szpilmana Wilhelma Hosenfelda.

Żołnierz, prawnik i przede wszystkim policjant, Klaus Ernst Hornig, dowodząc małym oddziałem porządkowym na wschodzie, nie wykonał rozkazu zastrzelenia rosyjskich jeńców wojennych. Zamknięto go za to w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, gdzie doczekał końca wojny.

Inżynier, a w Wehrmachcie major, Karl Plagge, przez kilka lat ratował przed śmiercią litewskich Żydów. W krytycznych miesiącach transportów do obozów wydał odpowiednie papiery o niezbędności dla wysiłku wojennego III Rzeszy ponad tysiącowi mieszkańców getta w Wilnie. Potem powiadomił ich też o zbliżającej się akcji likwidacyjnej. Do końca wojny udało mu się ocalić kilkaset istnień ludzkich. Sam również przeżył i wrócił do ojczyzny.

Takich wojskowych, o których wiadomo, było ponad stu.

Innym bohaterem był hrabia Helmuth James von Moltke, pochodzący ze znanego arystokratycznego rodu. Życiem zapłacił nie za ratowanie ludzi przed zagładą, czy zamach na wodza. Odpowiedział za intelektualną pracę, z której skorzystali później, między innymi, twórcy wspólnej Europy. A także za przekazywanie aliantom informacji o zbrodniach.
Niezdolny do służby wojskowej pracował w dowództwie Wehrmachtu i w służbach Canarisa. Tam dowiedział się o obozach i Einsatzgruppen. To między innymi on przemycał za granicę ulotki Białej Róży, które później alianci zrzucali nad terytorium Niemiec. W 1940 roku w jego majątku powstał Krąg z Krzyżowej, skupiający dosyć wąską grupę podobnie myślących intelektualistów. Nazwę temu niezwykłemu jak na ówczesne czasy niemieckiemu ugrupowaniu liberalnemu i demokratycznemu nadało Gestapo podczas przesłuchań członków grupy w latach 1944-1945. Przedstawiciele Kręgu uważali, że jeśli Hitler ma upaść, to tylko w wyniku działania niemieckiego społeczeństwa i w imieniu tego społeczeństwa ma być osądzony i skazany. Sam Moltke był pacyfistą i stał na stanowisku, że wojna powinna zostać natychmiast zakończona. Na wszystkich frontach.

Oprócz działalności Oskara Schindlera, Białej Róży, czy Kręgu z Krzyżowej, a więc czegoś przemyślanego i zorganizowanego, były spontaniczne akcje cywili. Margarethe von Trotta w 2003 roku pokazała światu film "Rosenstrasse". Ktoś nazwał go obrazem "niemego buntu". Bunt należał do Niemek z Berlina, których żydowskich mężów z dnia na dzień zamknięto pod strażą. Mieli być "deportowani", ale ich żony-Aryjki w to nie uwierzyły. Mroźną zimą 1943 r., głównie w ciszy - z rzadka tylko wznosząc śmiałe okrzyki - nie ustępując władzom ani na krok, wytrwały przed budynkiem, w którym uwięziono ich mężów. Ugiął się przed nimi sam Joseph Goebbels, faktyczny zarządca stolicy. Trwają spory, czy ugiął się, czy też raczej element uwolnienia od początku wpisany był w jego rozkaz o deportacji ostatnich berlińskich Żydów. Goebbels chciał uczynić przyszłą Germanię "Judenfrei", ale bał się społecznego niezadowolenia i protestów. Dlatego na początku marca 1943 roku, po militarnej i propagandowej porażce jaką była przegrana von Paulusa pod Stalingradem, kazał przetrzymywanych Żydów zwolnić i przywieźć z powrotem kilkudziesięciu innych, wywiezionych już do Oświęcimia. Cichy protest kobiet z Berlina – wśród nich tych z Rosenstrasse – udowodnił ludziom, którzy o nim wiedzieli, że można było wpływać na władze Rzeszy, sprzeciwiać się ich decyzjom. Tamte kobiety nie zgodziły się rozwieść ze swymi ukochanymi, a tylko wtedy, w świetle nazistowskiego ustawodawstwa, można było wysłać ich na wschód. Podobnych do Rosenstrasse miejsc było w czasie tych kilku dni przełomu lutego i marca 1943 roku więcej – protestowało przed nimi około 6 tysięcy ludzi, w różnych częściach miasta. Berlińczycy musieli zauważyć, że coś się dzieje.

John Rabe zapisał się do NSDAP w dobrej wierze. Jako przedstawiciel Siemensa na Dalekim Wschodzie nie wiedział, co dokładnie działo się w Europie. Wierzył w to, co było napisane w programie partii i o czym informowała propaganda. A zarówno w programie, jak i propagandzie przywiązywano wielką wagę do ekonomii. Pisano o obowiązku pracy (i jej zapewnienia przez państwo), zakończeniu kryzysu, budowie państwa socjalnego, nacjonalizacji przemysłu. Była mowa o potrzebie wycofania się z ustaleń wersalskich, budowie wielkich Niemiec i rasizmie, jednak z daleka najważniejsze wydawało się podniesienie standardu życia Niemców. Jako solidnemu biznesmenowi Rabemu musiało to odpowiadać.
W 1937 roku do Nankinu, w którym przebywał, zbliżała się japońska ofensywa. Ostatni obcokrajowcy jacy zostali w tym mieście zaczęli tworzyć strefy bezpieczeństwa dla chińskich cywili. Poprosili Rabego, by jako reprezentant sojusznika Imperium Japońskiego został szefem tego przedsięwzięcia. Dziwnie to brzmi dla Europejczyka, ale John Rabe pomógł uratować ponad 200 tysięcy Chińczyków dzięki odznace NSDAP i flagom ze swastyką.
Rabe, razem z pozostałymi obcokrajowcami, dokumentował też masakrę nankińską. W związku z tym, co zobaczył, napisał do Hitlera z prośbą o interwencję u sojuszników, aby japońscy generałowie poskromili swoich żołnierzy. List pozostał bez odpowiedzi.
Po powrocie do Niemiec w 1938 roku Rabego odwiedzili gestapowcy. Zabronili mu opowiadać o tym, co działo się na wschodzie, odebrali pamiętniki.
Po wojnie cichemu bohaterowi groziła wywózka na Syberię, ale na szczęście przejęli go Anglicy i to w ich strefie pozytywnie przeszedł proces denazyfikacji. Paczki z pomocą, w związku ze złą sytuacją materialną w jakiej znalazła się jego rodzina, przesyłali mu wdzięczni Chińczycy.


Czasem niemiecka kinematografia pokazuje cierpienia Niemców z czasów II wojny światowej i okresu powojennego. Wysiedlenia, ucieczki, wypędzenia, gwałty, rabunki, bombardowania ("Anonyma - kobieta w Berlinie", 2008, Max Färberböck; "Drezno", 2006, Roland Suso Richter; "Ucieczka", 2007, Kai Wessel). Trudno przyjąć tę perspektywę Niemców-ofiar. Powojenna kinematografia polska i światowa przyzwyczaiła Polaków do widoku dobrych aliantów i złych - zwykle głupich - Niemców. Chociaż i ona zaskakuje, na przykład ukazując oficerów Wehrmachtu ze spisku 20 lipca jako rycerzy bez skazy ("Walkiria", 2008, Bryan Singer).

W filmach pokazuje się też Niemców otwarcie występujących przeciwko III Rzeszy. Zastanawiałam się nad tym, czy dzięki obrazom o cierpieniach czy sprzeciwie nasi sąsiedzi próbują wybielać swoją historię. Może tak być. Co więcej, oni to mogą robić nawet poprzez filmy o Hitlerze. Dlatego oglądając "Upadek" warto pamiętać, że wśród przedstawionych na ekranie bohaterów niewielu było takich, którzy nie mieli zbrodni na sumieniu. Ale z drugiej strony, czemu Niemcy mieliby nie pokazywać wypędzonych, skrzywdzonych, tych, którzy o niczym nie wiedzieli, opozycjonistów? Mają na to pieniądze, pomysły i najwyraźniej również zwykłą potrzebę tworzenia takich filmów. Reżyser "Sophie Scholl - ostatnie dni" z 2005 roku, Marc Rothemund, wspomniał w jednym z wywiadów, że zainteresował go przypadek jego własnej babci, która nie była zbrodniarką, ale jako mistrzyni olimpijska w pięcioboju była sponsorowana przez nazistów i w spokoju przeżyła wojnę: "Dlatego tak ważną postacią jest w >Sophie Scholl< urzędnik, który przesłuchuje Sophie. Dzięki jego postaci dowiedziałem się sporo o moich dziadkach. Interesowało mnie, w jaki sposób zostawało się wtedy nazistą. Nie mordercą, lecz po prostu oportunistą".



W jednym z listów do żony Helmuth James von Moltke napisał:
Czy mogę wiedząc o tym, spokojnie siedzieć przy stole i pić herbatę w moim przytulnym mieszkaniu? Czy nie staję się przez to współwinny? Co ja powiem, gdy kiedyś zapytają mnie: a co ty wtedy robiłeś?


Jeśli już łodzianie mają potrzebę wyróżnienia się, to niech nazywają swoje miasto "polskim Manchesterem", "Boat City" albo siedzibą "Lodzermenschów". A nazwę "Litzmannstadt" niech przykryje archiwalny kurz.

wtorek, 16 października 2012

Po co?

W "Bones" Booth zawsze musi znać odpowiedź na pytanie: "Dlaczego?". Brennan co jakiś czas wspomina, że jej wystarczy wiedza o tym kto, gdzie, kiedy i jak zamordował, czy miał po temu sposobność, a on musi dokopać się do motywu.

Po co czytamy/oglądamy/słuchamy dowiadując się kolejnych rzeczy? Przecież tematy raczej się powtarzają. W kulturze, na przykład, trąbi się o tym, że wszystko już było i teraz tylko się przerabia. Zachodzi postęp, jest mnóstwo nowości, ale zwykle nie zagłębiamy się w artykuły naukowe z biotechnologii, czy matematyki, tylko w teksty z dziennika, zbiór felietonów, powieść.

Czytając o wycinku polskiej polityki zagranicznej z ostatniego półrocza trudno spodziewać się zaskoczeń. Podobnie jak w przypadku kilku stron na temat postaci historycznej, z której biografią mieliśmy już do czynienia. Opis stanu naszego społeczeństwa też nie będzie królikiem z kapelusza.

Jako ludzie nauczeni czytać, pisać, liczyć, żyjący w kraju rozwiniętym, dorośli, mający dostęp do  tekstów itd., moglibyśmy się od tego odciąć? Czy też przyjemność, czerpana z tego, że ktoś tzw. lekkim piórem opisał coś, o czym i tak już - mniej więcej - wiedzieliśmy albo moglibyśmy się bez tej wiedzy obejść w codziennym życiu, jest zbyt wielka?

Ujęcie tematu różni się w zależności od tego, kto się tym zajmuje. Czyli jedną rzecz można przedstawić na wiele sposobów, a odbiorca decyduje, co jest dla niego atrakcyjne. (Leci z nami ktoś kompetentny, kto ładniej wyjaśni to, co nieudolnie próbuję tutaj opisać?)

Zostawiając głębokie rozmyślania nad sensem wszechrzeczy: jak patrzycie na zegarek - w szczególności elektroniczny - i widzicie "19:33", to myślicie: "Dojście Hitlera do władzy"? Jest to jedyna metoda nauki inna niż kilkukrotne powtarzanie dat, nazwisk, definicji, która na mnie działała. Co więcej, nie narzuciłam jej sobie, sama przyszła. Niestety, dotyczy tylko okresu od roku pierwszego do obecnego i to z ogromnymi lukami. Jako mnemotechnika jest niegodna polecenia. Pomoże jednak zobrazować coś innego. Weźmy na przykład "19:29" i wspomnianą już "19:33" - podręcznikowy czas trwania Wielkiego Kryzysu. To tylko cztery minuty. Jajko zdąży się ugotować, ale wypracowania z polskiego raczej w tych widełkach nie da się napisać.

Kalendaria mają suchy wygląd cyfr czasomierza: daty w osobnych linijkach a obok krótkie rozwinięcia na temat tego, kogo i czego dotyczą (a jakby wyskakiwały z zegarów i zegarków?). W ciągu 20, czy 30 lat życia zapoznaliśmy się jednak z wystarczającą ilością materiałów, by samemu wypełniać luki. By tworzyć historyjki. Jeśli chodzi o Wielki Kryzys, wiemy co było wcześniej i "co było później". Wiemy też, że te cztery lata były dla wielu ludzi okropnym, strasznym, przerażającym okresem. Mimo tego, przy nadarzającej się okazji sięgamy po kolejny tekst omawiający Wielki Kryzys w ogóle, bądź w szczególe.

Po co to robimy? Jako odpowiedź wystarczy: "Z ciekawości"? A gdzie fajerwerki, ja pytam!

poniedziałek, 27 sierpnia 2012

"Orzeł wylądował"

Słowa te wypowiedział jeden z kolegów podczas wyprawy w Bieszczady dawno temu. Nie zwróciłam wtedy uwagi na podtekst i stosowałam lądującego orła jako podsumowanie różnych działań, takich jak złożenie namiotu, czy dotarcie na miejsce.

Zmarł Neil Armstrong, pierwszy człowiek, który przespacerował się po Księżycu.

Dosyć często uśmiecham się do srebrnego globu, ale do tej pory chyba tylko kilka razy zdarzyło mi się pomyśleć w danej chwili o Armstrongu i innych, którzy brali udział w księżycowych misjach. Dzisiaj wieczorem jednak, kiedy spojrzałam na jasny Księżyc bliski pełni, porozumiewawczo do niego mrugnęłam, stosując się do prośby jaką przekazali nam bliscy Neila Armstronga, przeczuwający, że będziemy chcieli go upamiętnić:
"For those who may ask what they can do to honor Neil, we have a simple request. Honor his example of service, accomplishment and modesty, and the next time you walk outside on a clear night and see the moon smiling down at you, think of Neil Armstrong and give him a wink."

Neil Armstrong po spacerze

Księżyc jest piękny. Pewnie już wspominałam o tym, jak bardzo go lubię. Nadszedł czas na uzasadnienie.

Nasz towarzysz jest nie za blisko, ale i nie za daleko; jest nie za wielki, ale i nie za mały; wpływa na Ziemię, ale nie zanadto; jest jasny, ale nie oślepia; zmienia kształt, ale w ściśle określonych granicach; można powiedzieć, że ma dwie strony, ale zawsze pokazuje nam się od tej lepszej...

Księżyc jest w każdym calu doskonały.

Gdy jest rogalikiem można szukać na nim pana Twardowskiego, a kiedy jest okrągły wzrasta ilość przykrych zdarzeń, ponoć przez to, że wyzwala się w ludziach pierwiastek zła. Księżyc stał się częścią kultury i nic na to nie poradzi (to dzięki jej wytworom moduł dowodzenia Apollo 11 został nazwany "Columbia"). Moim ulubionym obrazem satelity jest ten z misji Wallace'a i Gromita, kiedy potwierdzone zostaje przypuszczenie, iż Księżyc zbudowany jest z sera. Zaś co do wyzwalania pierwiastka zła, Wallace w jednym z filmów Nicka Parka w czasie pełni zamienia się w spełnienie wegańskich marzeń - królikołaka.

Na szczęście jedynego naturalnego satelitę Ziemi znamy już niemalże na wylot, więc ilość narosłych wokół niego mitów będzie się zmniejszać. Wszystko zawdzięczamy rozwojowi takich dziedzin jak matematyka, czy optyka. Księżyc zmierzono, zważono, wyjaśniono jak się porusza, opisano fazy i udowodniono, jak macza palce w pływach. Z wieku na wiek było coraz ciekawiej. Nadal jednak czekano na postęp techniczny, wielkie pieniądze i sprzyjający klimat społeczny. Aż rozpoczął się wyścig w dziedzinie kosmicznej rozgrywany pomiędzy Stanami Zjednoczonymi i Związkiem Radzieckim po II wojnie światowej. Prezydent Kennedy na początku swojej prezydentury wyznaczył Amerykanom ambitny cel, by przed końcem dekady (lata 60. XX wieku) wysłać misję na Księżyc, a następnie szczęśliwie sprowadzić ją z powrotem. Udało się.

20 lipca 1969 roku, kiedy Neil Armstrong i Edwin "Buzz" Aldrin wylądowali na Morzu Spokoju (jedna z łatwiej rozpoznawalnych ciemnych plam na srebrzystej kuleczce), oglądającym transmisję telewizyjną ludziom mogło się wydać, iż teraz już nic innego nie będzie się liczyć. Człowiek nie tylko wydostał się z własnej planety, ale i odwiedził sąsiadujące z nią ciało niebieskie. To ci dopiero! Rzeczywistość nie dała o sobie zapomnieć na długo. Niebezpieczny wyścig nadal trwał, a wojny nie zniknęły. Co nie zmienia faktu, że dokonano czegoś wielkiego.



Astronautów wcale nie jest tak wielu (około pół tysiąca). Tylko kilkunastu z nich miało okazję zostawić ślady butów na Księżycu. Nazwiska niektórych spośród kosmicznych żeglarzy pamiętamy i nie będzie to zaskakujące, jeśli teraz próbując przywołać kilka, po Juriju Gagarinie, Mirosławie Hermaszewskim i Walentinie Tierieszkowej wymienicie samych Amerykanów (mnie w pamięć zapadła szczególnie siódemka z programu Merkury, w tym "Gus" Grissom, który z dwoma innymi kosmonautami zginął w pożarze kapsuły podczas testów Apolla 1). Który z tych Amerykanów będzie na pierwszym miejscu? Neil Armstrong.

Nie czytałam zapisów komunikatów z innych misji, zapoznałam się tylko z kilkudziesięcioma stronami transkrypcji z lotu Apolla 11. Niektóre fragmenty rozmów pomiędzy Apollo i Ziemią są niesamowite. Trudno na przykład nie roześmiać się, czytając o wykonywaniu kangurzych skoków. Człowiek zastanawia się, jak to jest stać na nie-Ziemi, bez otoczki błękitu, z czarnym-takim wokół, mając świadomość, że w przypadku poważniejszej awarii nie wróci się do domu. Widzi się ciemność, ma się ograniczone kombinezonem ruchy i nie za wiele czasu na egzystencjalne rozważania (Armstrong i Aldrin mieli całkiem dużo do zrobienia). Mimo tego, że pierwsi ludzie na Księżycu dysponowali kamerą i wiedzieli, że być może setki milionów oglądają ich w tej chwili w telewizji, starali się jak najwięcej opisywać słowami. I tak, na przykład, Armstrong porównywał grunt na Księżycu do węgla drzewnego i piasku. W pewnym momencie doszło zaś do połączenia z Białym Domem:

Capcom (Bruce McCandless): Neil and Buzz, the President of the United States is in his office now and would like to say a few words to you. Over.
Armstrong: That would be an honor.
Capcom: Go ahead Mr. President, this is Houston. Out.
President Nixon: Neil and Buzz. I'm talking to you by telephone from the Oval Room at the White House. And this certainly has to be the most historic telephone call ever made. I just can't tell you how proud we all are of what you ... (have done) for every American, this has to be the proudest day of our lives. And for people all over the world, I am sure they, too, join with Americans, in recognizing what a feat this is. Because of what you have done, the heavens have become a part of man's world. And as you talk to us from the Sea of Tranquility, it inspires us to double our efforts to bring peace and tranquility to earth. For one priceless moment, in the whole history of man, all the people on this earth are truly one. One in their pride in what you have done. And one in our prayers, that you will return safely to earth.
Armstrong: Thank you, Mr. President. It's a great honor and privilege for us to be here representing not only the United States but men of peace of all nations. And with interest and curiosity and a vision for the future. It's an honor for us to be able to participate here today.
President Nixon: And thank you very much and I look forward - all of us look forward to seeing you on the Hornet on Thursday.
Armstrong: Thank you.
Aldrin: I look forward to that very much, sir.

Po Księżycu chodzili Armstrong i Aldrin, ale misja Apollo 11 liczyła jeszcze jednego członka załogi, Michaela Collinsa. Trzeci bohater miał tego pecha, że ktoś musiał zostać w module dowodzenia i to był właśnie on. Przed misją i po misji pewnie zazdrościł kolegom, ale to przecież zrozumiałe. Z drugiej strony: gdyby coś na srebrnym globie poszło nie tak, tylko on wróciłby na Ziemię. W każdym razie, trudno oprzeć się wrażeniu, iż nie tylko względy wizerunkowe (astronauci wiedzieli, że ich słowa są nagrywane i mogą być transmitowane) odegrały rolę w tej oto wspaniałej scenie:

Columbia (Michael Collins): Yes. This is History. Yes. Read you loud and clear. How's it going?
Capcom (Bruce McCandless): Roger. The EVA is progressing beautifully. I believe they are setting up the flag now.
Columbia: Great.
Capcom: I guess you're about the only person around that doesn't have TV coverage of the scene.
Columbia: That's right. That's all right. I don't mind a bit. How is the quality of the TV?

I wiele, wiele innych momentów o różnych odcieniach emocjonalnych i technicznych znaleźć można na kilkuset stronach opublikowanych przez NASA kilka lat temu. Z racji pełnienia funkcji dowódcy misji, Armstrong sporo słów wtedy z siebie wydobył. Agencja udostępnia też w sieci wybór materiałów wideo ze spotkań z jedną ze swych największych gwiazd. Z tego z czym do tej pory się zapoznałam wynika, iż cudowne słowa, jakimi bliscy opisali w pożegnaniu pierwszego człowieka na Księżycu, nie są przesadzone - są w sam raz doskonałe.

Wzruszyłam się, kiedy przeczytałam przesłania, jakie do ludzkości skierowała księżycowa trójka w wieczór przed powrotem na Ziemię. "Good night from Apollo 11", zakończył prosto Neil Armstrong.


Good night from Earth, Mr. Armstrong. Rest in peace.




czwartek, 12 kwietnia 2012

Sztuka dyplomacji

Nagrywałam dzisiaj rozmowę z magistrem historii, który specjalizuje się w najnowszych dziejach Bałkanów. Jak nietrudno się domyślić większość czasu spotkania pochłonęła wojna z lat 90. XX wieku.
Jedno z pytań, które zadałam mojemu rozmówcy dotyczyło kierunku studiów - co takiego sprawiło, że wybrał historię, no i poświęcił się takiej, a nie innej specjalizacji. Odpowiedział, iż jedną z kluczowych spraw był wybuch konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii.

Po zakończeniu zimnej wojny miał być spokój, a tu proszę - wojna i to w Europie.

Na mnie wpłynęło to podobnie, tyle że wybrałam później politologię. Oglądałam relacje telewizyjne i zdjęcia w gazetach, czytałam artykuły i w ten sposób poznawałam informacje dotyczące Pustynnej Burzy, oblężenia Sarajewa, walk w Mogadiszu, ludobójstwa w Rwandzie. Rozpoznawałam nazwiska, takie jak generał Norman Schwarzkopf i Richard Holbrooke, sytuowałam nazwy krajów i miast na mapie świata, starałam się zapamiętać, co o różnicach między Hutu i Tutsi, czy muzułmanami i Serbami, mówili dziennikarze.
O II wojnie światowej słyszałam w szkole, zadawałam pytania jej dotyczące rodzicom, bratu i innym "starszym", byłam wiernym widzem Czterech Pancernych i Hansa Klossa a także filmów dokumentalnych o tamtych czasach, ale to była odległa przeszłość. Tymczasem wspomniane przeze mnie wyżej tragedie rozgrywały się w jakże bliskim "teraz". To musiało robić wrażenie. I jasne, że doceniałam spokój życia w Polsce.

Minęło kilka lat i sceny znane dzięki mediom zastąpiły obrazy filmowe, takie jak "Aleja snajperów", czy "Życie ukryte w słowach". Zaskakujące przy tym, jak dużo czasu - pomimo tego, iż docierały do mnie wiadomości o okrucieństwach konfliktów - zajęło mi dojście do tego, że świat nie jest czarno-biały a wojnę przegrywają wszyscy.

Dość szybko wpadłam natomiast na to, jak dużą rolę odgrywają politycy i służby dyplomatyczne. Kojarzycie dyskusje dotyczące tego, iż jednym z warunków przystąpienia do NATO było skończenie z tradycją powoływania czynnych zawodowo wojskowych na stanowisko ministra obrony narodowej? Cywilna kontrola nad armią - jakie to oczywiste. Co prawda wojskowi narzekają, że cywil nic o nich nie wie i rzadko kiedy szanują swojego szefa mniejszego (szef większy to w przypadku Polski prezydent), ale kto z nas chciałby wrócić do poprzedniego schematu? Wydaje mi się, że nasi wojskowi nie są szkoleni na dyplomatów. Najpierw dążyliby do rozwiązania siłowego i wzrostu znaczenia armii w życiu kraju, a potem pytaliby o co chodzi. To dosyć niebezpieczne. Jest bardziej prawdopodobne, że cywil najpierw pomyśli o tym, jak uniknąć kosztów ludzkich i finansowych, więc wyśle do akcji swoich dyplomatów. Oczywiście, jeśli zawiedzie sugestia, delikatność i targ, w zanadrzu trzeba mieć broń. Zawsze rozsądnie jest zadbać o posiadanie przewagi i niekoniecznie chodzi tutaj o lotniskowce na każdym z oceanów. To może być pieniądz albo informacja. W trylogii o Skrytobójcy autorstwa Robin Hobb znajdziecie zgrabny opis sztuki dyplomacji jako aksamitnej rękawiczki okrywającej rękę z ukrytym sztyletem. (Machiavelli chyba polubiłby tę trylogię.) Chciałoby się, żeby sztylet nigdy nie został użyty, ale czasem nie można tego uniknąć.

W latach 90. byłam rozgoryczona bezradnością polityków i dyplomatów. Wierzyłam w ONZ, a on jakby spał. Jakiś czas później, studiując politologię, zapoznałam się z książką o konfliktach w Afryce i Azji od XIX do końca XX wieku. Ciekawe analizy. W tej dotyczącej początków krwawych jatek w wolnym Kongo, zainteresował mnie fragment o oficerze sił ONZ, który rozkazał swoim żołnierzom otworzyć ogień do obu stron wojny domowej. Od razu zapanował między nimi spokój. To było działanie niezgodne z zasadami misji pokojowej, ale jakże skuteczne. W byłej Jugosławii nie można było czegoś takiego zrobić, co uświadomił mi dopiero mój rozmówca z Naukowej. Stron konfliktu było co najmniej kilka w jednym czasie. Zdaje się, że to generał Lewis MacKenzie, Kanadyjczyk dowodzący częścią sił UNPROFOR, powiedział, że wtedy trzeba było podjąć mniej więcej taką decyzję: pomagamy temu, kto zabił 15 osób, innemu, który zabił 10 osób, czy też temu, który "na koncie" miał 5 ofiar?

Na początku XXI wieku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powołało do życia Akademię Dyplomatyczną. Po kilku latach opiekę nad nią przejął Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. W Akademii szkolona jest kadra na potrzeby naszej dyplomacji. Bardzo chciałabym, żeby to byli najlepsi z najlepszych.

W tej działce wielkość kraju i liczebność a także jakość jego sił zbrojnych mają drugorzędne znaczenie. Z pewnością jednak przydają się dobry wywiad i kontrwywiad.
To jest tak, że czeski dyplomata może wpłynąć na zmianę decyzji amerykańskiego kolegi. Serio, serio. Zręczni dyplomaci mogą z małego kraju stworzyć wspaniałego rozgrywającego na arenie międzynarodowej. Ciekawe czy ich praca bardziej przypomina dokonywanie transakcji na giełdzie i biznesowe obiady, czy też podchody szpiegów?

Richard Holbrooke i Slobodan Milosevic

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Balto

W Krakowie, niedaleko zamku wawelskiego, stoi niezwykły pomnik. Dwie dłonie otaczają zaniedbanego, nieszczęśliwego kundla, który wygląda jakby czegoś szukał, o coś prosił. Ten pies to Dżok, jakiś czas temu przez kilka miesięcy kręcący się po krakowskim rondzie w poszukiwaniu swego zmarłego pana. Dżok zakończył swe życie pod kołami pociągu. Stał się symbolem wierności i poświęcenia, za co krakowianie wystawili mu ten skromny postument. Lepsze od pomnika byłoby jednak jego spokojne, długie życie, prawda?

Pomnik Balto w Central Parku
W nowojorskim Central Parku stoi inny psi pomnik. Na jego podstawie wyryto napis: "Wytrwałości, wierności i inteligencji". Nie przedstawia żadnego naukowca, lekarza, czy innego dobroczyńcy ludzkości, tylko psa gotowego do biegu. To Balto, pół-wilk, który uratował przed zarazą dzieci z alaskańskiego miasteczka. On i jego towarzysze z dwudziestu psich zaprzęgów w 1925 roku, w czasie najsroższej od lat zimy, przywieźli do miejscowości Nome na Alasce szczepionkę, chroniącą dzieci przed rozpoczynającą się epidemią dyfterytu.

W 1867 roku potrzebujący gotówki car Aleksander II sprzedał ogromny kawał z pozoru niepotrzebnej i nieurodzajnej ziemi Amerykanom. Chodzi oczywiście o Alaskę, gdzie już w dwadzieścia lat później rozpoczął się okres zwany gorączką złota. Do lat 20. XX wieku na Alaskę ściągnęły setki tysięcy ludzi, którzy chcieli szybko się wzbogacić. Mieszkali w górniczych osadach, oddalonych od siebie o setki a nawet tysiące kilometrów. W 1925 roku ich stan nawiedziła ostra zima. Wtedy to właśnie w miasteczku Nome wybuchła epidemia dyfterytu. Potrzebne leki znajdowały się o tysiąc sześćset kilometrów stamtąd, w Anchorage. Pociąg mógł je dowieźć tylko na odległość tysiąca kilometrów, a z uwagi na trudne warunki atmosferyczne w grę nie wchodził samolot. Mieszkańcy Nome i okolic wiedzieli, że w tej beznadziejnej sytuacji pomóc im mogą tylko psy zaprzęgowe.

Husky i Malamut nawet bez specjalnych bucików chroniących łapy przed ostrym lodem potrafią biec nieprzerwanie kilkadziesiąt kilometrów. Ich drużyna zaprzężona do sań była świetnym sposobem na poruszanie się po zagrzebanej w śniegu i targanej zawiejami Alasce. Taki pojazd prowadzi teoretycznie człowiek, jednak wszyscy wiedzą, że tak naprawdę jest to pierwszy pies w zaprzęgu, wybrany tylko na to stanowisko przez swego pana. Z Nome po szczepionkę i z powrotem biegło 20 zaprzęgów z 400 psami, które utworzyły sztafetę. Trasę, którą mieli pokonać śmiałkowie, dzisiaj, przy użyciu najnowszych technik, przejeżdża się saniami ciągniętymi przez psy w ciągu dziesięciu dni. W 1925 roku naszym bohaterom zajęło to dni pięć. Na ostatnim etapie zaprzęg prowadził mieszaniec o imieniu Balto.

W drogę wyruszono 27 stycznia 1925 roku. Po trzech dobach sanie dotarły do wagonu z lekami. W drodze powrotnej rozszalała się burza śnieżna. Ostatni w sztafecie maszer - Gunnar Kaasen - został przez nią oślepiony. Teraz zaprzęg prowadził już tylko Balto, który musiał zapanować nad pozostałymi psami, zadbać o bezpieczeństwo delikatnej przesyłki składającej się ze szklanych fiolek z lekarstwem oraz uważać, żeby jego pan nie spadł z sań. Gdy patrzę na mojego psa nie jestem w stanie tego pojąć. Chyba dlatego, że tutaj nie ma co sobie wyobrażać i nad czym dyskutować – to się po prostu zdarzyło. Balto kilka razy się wahał, gubił kierunek i nie miał pojęcia gdzie jest. Dzięki świetnemu węchowi, spokojowi i wytrwałości po jakimś czasie wracał na właściwy szlak. Prowadziła go determinacja – musiał wypełnić powierzone mu zadanie ratowania życia. Nikt nie wie, jak to się stało, że zrozumiał o jaką stawkę toczy się ta wyprawa. Świadkowie opowiadali tylko, że Balto po dotarciu na miejsce i dostarczeniu przesyłki padł na ziemię z wyczerpania.

1 lutego chore dzieci z Nome dostały pierwszą dawkę życiodajnego leku. Po kilku dniach mogły serdecznie uściskać swoich pupili, których wpuszczono wtedy na salę chorych.

Właściciele zaprzęgów nie odpoczywali długo. Po następne dostawy lekarstw potrzebnych do opanowania epidemii, już w lepszych warunkach pogodowych, jeździły kolejne wyprawy, jednak to na pamiątkę pierwszej sztafety od 1973 roku rozgrywany jest wyścig psich zaprzęgów The Iditarod Trail Sled Dog Race, którego trasa jest dwa razy dłuższa niż ta pierwotna. Jest to jeden z dwóch najtrudniejszych na świecie wyścigów. Dojechać do jego mety to już jest wyczyn sam w sobie.

Balto nie był gwiazdą mediów, tak jak hollywoodzki owczarek Rin Tin Tin. Był całkiem zwyczajnym psem, który dokonał niezwykłej rzeczy, za co nie dostał żadnej wielkiej nagrody. Pomnik wystawiono mu niemalże od razu, jednak jego samego czekał smutny los. Właściciel sprzedał go do cyrku, gdzie pies nie miał odpowiedniej opieki. Po dwóch latach odnalazł go pewien naukowiec, który wykupił bohatera i oddał do zoo. Po śmierci w wieku 14 lat, Balto został wypchany i trafił na wystawę do muzeum historii naturalnej w Cleveland.

Odsłonięcie pomnika Balto w Central Parku
PS
Od pół roku układam plan radiowej audycji o zwierzętach. Mam nadzieję, że na antenie Żaka pojawi się ona w lutym lub w marcu 2012 roku. Nie mogę uratować wszystkich zwierząt, które cierpią, nie mogę uratować chociażby 10 z nich. W zasięgu ręki mam jednak medium, przez które ponieść można kaganiec oświaty. Dużą winę za nieodpowiedzialne zachowanie ludzi wobec zwierząt ponosi przecież niewiedza.