Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muppety. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą muppety. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 17 listopada 2013

Przeprowadzka

"Gravity" i "Grę Endera" polecam. Sprawdziłam je w kinie i tak jak wynikało z zapowiedzi, warte są obejrzenia na dużym ekranie. To teraz jeszcze "RoboCop".

Zdrapek ma się średnio. Jako znany podróżnik zaliczył właśnie czwartą przeprowadzkę w ciągu dwóch lat. Tak się złożyło, że jak tylko zaczął się chłopak komfortowo czuć w gościnnych progach, w których zamieszkaliśmy trzy tygodnie temu, okazało się, iż wyprowadzamy się z Łodzi. I chociaż wiemy, że to dla naszego dobra, na razie nieśmiesznie się czujemy. Będzie nam Łodzi brakowało.

W ostatnim łódzkim mieszkaniu miałam tak, że jak wyjrzałam przez okno to widziałam górne światła najwyższego komina EC-3. Mruga skubaniec na czerwono do samolotów i helikopterów. Czyż to nie uprzejme z jego strony?
W dzieciństwie oglądałam z bliska komin EC2 w Czechowicach-Dziedzicach. W Krakowie przez jakiś czas stacjonowałam w sąsiedztwie Łęgu. W Łodzi podziwiałam kominy wszystkich trzech działających jeszcze elektrociepłowni. Mieszkałam w Boat City na tyle długo, że zdążyłam się z nimi zapoznać. Zresztą, nie ukrywajmy, trudno w Łodzi nie mieszkać w pobliżu kominów. Najbardziej lubiłam trzy pokaźne konstrukcje z EC-2 przy Wróblewskiego, ale EC-3 i EC-4 nie są złe. Niestety dla mnie, a stety dla gospodarki i środowiska, elektrociepłownia górująca nad Politechniką ma zostać wyłączona do 2015 roku. Jej zadania przejmie Trójka. Tymczasem zaginiona do niedawna w akcji Jedynka piękna i pachnąca czeka na pozostałych aktorów budowanego właśnie Nowego Centrum Łodzi. Ta najstarsza łódzka elektrociepłownia skutecznie naprowadzała mnie na Łódź Fabryczną, kiedy pierwszy raz przyjechałam do miasta włókniarzy.
Teraz będę mieszkać niedaleko innych kominów. I kopalni.

O Łodzi zwykle mówi się źle. Wypadek, zabójstwo, dzieciobójstwo, beczkowanie, łowienie skór, pożar itd. Z rzadka tylko przebije się jakiś pozytyw, ale i on pachnie podejrzanie. Nie lubię też jednak nadmiernego lokalnego patriotyzmu. Łódź ani nie wypięknieje z dnia na dzień, ani nie da odpowiedniej liczby miejsc pracy swoim mieszkańcom. To po prostu niemożliwe. Wierzę jednak, że miasto przetrwa. Okrojone o tysiące obywateli szukających szczęścia gdzieś indziej, ale mówi się trudno. Łódź to nie Detroit, w Polsce duże miasta nie obumierają ot, tak sobie. Kto wie, może pewnego dnia - nie jutro i nie za dziesięć lat, ale raczej bliżej niż dalej - liczba mieszkańców wzrośnie?

To w Łodzi po spacerze w ulubionym parku, gdzie odwiedzałam cmentarz radzieckich żołnierzy, napotykałam zupełnie żywych i wesołych kolegów częstujących piwem regionalnym i dobrą muzyką. To w Łodzi na fasadzie budynku podziwiałam gotowego do biegu konia (przy okazji - czy ktoś wie co się z nim stało? Pobrykał do kuźni, czy też spadł do lecznicy Warrikoffa i tak się potłukł, że nie ma już szansy na ratunek?). To w Łodzi spotkałam katedrę przypominającą zamek z Warcrafta 2, a także blaszanego ludzika wypisz wymaluj z "Bajek robotów", reklamującego warsztat samochodowy. To w Łodzi dzięki wyciąganiu za uszy na spektakle nauczyłam się czegoś o teatrze. Nie wspominając o obecności pomysłowych i ładnych murali, legendy o Januszu, opowieści o "klimacie" i "atmosferze" w związku z budynkami podpartymi drewnianymi kłodami. I wielu innych szczegółach małych i dużych, sprawiających, że znałam to miasto lepiej niż niejeden jego stały obywatel. Były w naszym związku górki i dołki, czasem nie lubiłam tego miasta tak bardzo, że aż strach, ale akurat teraz byliśmy nad kreską.

Na pewno będę Łódź odwiedzać. Na pewno będę tęsknić za przyjaciółmi. Za miejscami też. Ale mnie i Zdrapka oprócz wspomnień czekają kolejne przygody w nowych miejscach.

Na pożegnanie dedykujemy łodzianom "We built this city" w wykonaniu Muppetów:


PS "Sure it's impossible, but we've got to try!"

sobota, 2 lipca 2011

"We are all earthlings"

Wspominałam już, że "Ulica Sezamkowa" i Muppety to kopalnia wspaniałych piosenek?

Przed nami taki oto obraz: prosta scenografia, mająca nawiązywać do gór, łąk, jezior i innych takich oraz kilkanaście muppetowych ptaków, ssaków, gadów, być może ludzi, no i dziwnych, nieprzypominających niczego stworów (byłoby miło, gdyby jednym z nich był Dziub Dziub). Tą sceną muppety wyprzedziły Michaela Jacksona i jego "Earth Song". Czyż to nie urocze?

Piosenkę "We are all earthlings" zawdzięczamy nie tylko muppetowemu chórowi. Słowa napisał Jeff Moss, a muzykę skomponowała Sara Compton.
Some of us have feathers
Some of us have fins
Some of us are furry
And some of us have skins
We swim and hop and slither and leap and soar and run
And we all live together on a planet of the sun

We are all earthlings
We are all earthlings
Spinning around together
On a planet of the sun

We live in the desert
We live inside a tree
We live high in the mountains
Or deep beneath the sea
We live in tents and cabins in houses just for one
And we all live together on a planet of the sun

We are all earthlings
We are all earthlings
Spinning around together
On a planet of the sun

Floating down a river
Swinging through the trees
Climbing up a mountain
Going with the breeze
All of us can have a happy healthy place to be
If we can float and swim and climb in earthling harmony

We are all earthlings
We are all earthlings
Spinning around together
On a planet of the sun

Spinning around together

On a planet of the sun
Tracy Dyson ogląda Ziemię z pokładu ISS

piątek, 1 lipca 2011

"Ulica Sezamkowa"

To będzie hołd złożony pacynkowo-marionetkowo-lalkowym potworkom zamieszkującym jedną z najsłynniejszych na świecie ulic, a przy okazji podróż po amerykańskich zmianach politycznych i obyczajowych ostatniego półwiecza.

Chodzi o muppety towarzyszące większości wydań "Napoleonki" oraz o "Ulicę Sezamkową".

Mr. Snuffleupagus, ktoś i Wielki Ptak

Jakiś czas temu przeżywałam fazę sentymentalną związaną z "Ulicą". Po wielu latach rozłąki przypomniałam sobie czerwonego Elmo, który stał się moim ulubionym monsterem. Darzę go większą nawet sympatią niż Jamesa Sullivana z "Potworów i Spółki".

"Jaki zmyślny tytuł!", rzuca w jednym z odcinków Wielki Ptak, słysząc, że Elmo nazwał swój przebój "Piosenką Elma". Niech nas to nie zmyli. W naszej codzienności takie zdanie byłoby złośliwe. Inaczej jest na ulicy Sezamkowej. Wśród sezamków nie ma zła. Nawet zrzędzący Oskar, co jakiś czas wyłaniający się z kubła na śmieci i dzielący się z nami ironią i sarkazmem, nie jest odpychający. Na tej ulicy rządzi dobro. To chyba jedyny taki wytwór kultury... Pewnie przesadzam, bo teraz przypomniałam sobie Misia Uszatka... Skupmy się na "Ulicy" - czy to starsi, czy to młodsi, potrzebujemy wokół siebie dobra i zapewne między innymi dlatego ten program zrobił furorę w większości krajów, w których się pojawił. Na kuli ziemskiej z radością obserwuje się wyczyny futrzaków, które mają za zadanie nauczać poprzez zabawę, a przy okazji dawać wytchnienie od codzienności.

W przeważającej części bajek zawsze prędzej czy później pojawia się zło: w postaci wyrachowanej macochy, króla-tyrana, przemądrzałego i nieczułego Królika, Saurona, lorda Voldemorta. Na ulicy Sezamkowej obecne jest tylko dobro. To wyidealizowany obraz, bo oglądałam ten program kilkanaście lat temu, ale tak naprawdę jakie to ma znaczenie – najważniejsze, że zapamiętałam "Ulicę" jako niesamowicie pozytywny azyl, chroniący przed światem zewnętrznym. To zresztą jeden z zarzutów, który stawia się twórcom z Sesame Workshop: nie pokazują świata rzeczywistego. Na zbudowanej przez nich nowojorskiej ulicy panuje zrozumienie i tolerancja, a przedstawiciele różnych religii, ras i warstw społecznych żyją w zgodzie, zawsze znajdując dla siebie czas i wyciągając pomocną dłoń. Znowu posłużę się przykładem Oskara Zrzędy. Otóż jest on bezdomny, ale ma się świetnie i chociaż zapewne cuchnie, to wszyscy mieszkańcy lokali przy tej samej ulicy lubią go i nie widzą w tym niczego dziwnego. Przecież skoro tak bardzo kocha śmieci, to niech sobie mieszka w pełnym ich kuble.

Niektórym z krytyków program wydaje się przesłodzony. Postaram się wyjaśnić, skąd to dobro i cukierkowość. Oczywiście w tym celu trzeba sięgnąć do historyjki związanej z powstaniem "Ulicy Sezamkowej" oraz historii Stanów Zjednoczonych z ostatniego półwiecza, które to 50 lat obejmuje czas trwania programu.

Ulica Sezamkowa, jak na Nowy Jork lat 70. i 80. XX wieku, jest dosyć czysta. W dodatku nie chodzą po niej handlarze narkotyków ani mordercy. Nie wspominając o tym, że co prawda zdarza się tam brud albo jakieś szarobure ściany, ale ogólnie jest dosyć kolorowo i różnorodnie. Spotykamy więc tam tereny zielone, trochę sklepów, kawiarnię, a nawet plac zabaw. Wśród mieszkańców ulicy i jej okolic znajdziemy nie tylko bardzo dobrze nam znane potworki, którymi poruszają lalkarze i którym głos dawały takie sławy jak Jim Henson czy Frank Oz. Są też aktorzy, bo zwykli ludzie są potrzebni do sprawowania pieczy nad całą tą postrzeloną gromadą muppetów. Taki Elmo na ten przykład nie jest przecież dorosły - to dziecko, które ktoś musi nauczyć jak robić zakupy, sprzątać, czy zdrowo się odżywiać. Wśród aktorów znajdziemy białych, czarnych, żółtych, wysokich, niskich, grubych, chudych, ładnych i nieco brzydkich. Wymowa jest jasna: tak samo jak wśród potworków panuje różnorodność, tak samo wśród ludzi. I ta różnorodność nie jest czymś, przez co trzeba kogoś poniżać, czy odnosić się do niego nieufnie i z niechęcią.

Krytycy powiadają, że takie zgodne współistnienie nie jest możliwe. Przytacza się przykład projektowanej palestyńskiej wersji "Ulicy Sezamkowej", w której zgodnie bawią się ze sobą dzieci palestyńskie i izraelskie. Ponoć to zakłamuje rzeczywistość i może wprowadzać palestyńskie dzieciaki w błąd - na przemierzanych przez nie ulicach łatwiej spotkać razy, kamienie i kule niż przyjacielskich Izraelczyków. Z kolei izraelskie dziecko wsiada codziennie do autobusu szkolnego, w którym może wybuchnąć bomba. Zastanówmy się jednak, co niby mieliby pokazywać twórcy palestyńskiej wersji, żeby wychowywać Palestyńczyków: czołgi na ulicach, ciała zamordowanych, przygotowania terrorysty do ataku?

"Ulica Sezamkowa" rozpoczęła swe wizyty w amerykańskich domach w listopadzie 1969 roku. Pewnie zauważacie, że nie jest to taki sobie zwykły czas w historii świata i samych Stanów Zjednoczonych. W lipcu tamtego roku Neil Armstrong jako pierwszy człowiek postawił nogę na Księżycu. W sierpniu w pobliżu Nowego Jorku odbył się festiwal znany jako Woodstock, który głosił hasła miłości, pokoju i powszechnej szczęśliwości. We wrześniu 1969 roku rozpoczęła swe istnienie sieć pomiędzy komputerami na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie testowano nowe rozwiązania dla amerykańskiego wojska, co zakończyło się powstaniem Internetu. Rok wcześniej zamordowano Martina Luthera Kinga. W tamtym przełomowym, 1968 roku, doszło do wielkiej rewolty młodzieżowej, a więc strajków na uniwersytetach, masowych demonstracji i walk ulicznych z siłami porządku. Oprócz nawoływań do zakończenia wojny w Wietnamie, amerykańskiej młodzieży towarzyszyły hasła tolerancji rasowej, otwartości oraz akceptacji różnorodności społecznej, politycznej i kulturowej.
Czy na tym tle powstanie dobrej, wręcz idealnej "Ulicy Sezamkowej" wydaje się Wam bardziej zrozumiałe?

USA to kraj, który skupia w sobie wprost niesamowitą mieszankę ludzi różnych narodowości, wyznań, kolorów skóry, życiowej filozofii. Jedyne co ich łączy to ogromny patriotyzm i wiara w Konstytucję, dolara, gwiaździsty sztandar oraz dziejową misję żołnierzy Marines. Lata 60. XX wieku, to w historii Stanów Zjednoczonych czas walki administracyjnej i sądowej z podziałami rasowymi istniejącymi nie tylko na Południu. Jednym ze sposobów takiej walki była pomoc edukacyjna przeznaczona dla wszystkich dzieciaków, ale z naciskiem na maluchy z rodzin murzyńskich i latynoskich, które - poprzez życie w biedniejszych zwykle dzielnicach - mogły borykać się z brakami w nauce czytania, liczenia oraz umiejętności potrzebnych do bezkolizyjnego funkcjonowania w pędzącym naprzód kraju, jakim były i jeszcze długo będą Stany Zjednoczone Ameryki. Specjalne raporty przygotowywane na zlecenie administracji prezydentów Johnsona i Nixona, a także Kongresu, wyraźnie mówiły o gorszych szansach edukacyjnych dzieci wywodzących się z rasowych gett wielkich miast. Do podobnego wniosku doszli twórcy "Ulicy Sezamkowej" i za cel postawili sobie nauczanie poprzez zabawę, czyli najefektywniejszą metodę edukacji jaką znamy. Chcieli dać brzdącom coś na kształt równych szans.

Jim Henson i spółka starali się uczyć nie tylko alfabetu i tabliczki mnożenia. Uczyli też łączącej Amerykanów historii. Wyobraźcie sobie na przykład Thomasa Jeffersona jako muppeta, który przeżywa załamanie, bo nie może napisać "Deklaracji Niepodległości". Zbliża się 4 lipca 1776 roku, a pod piórem ciągle nic, jak rzekłaby Kasia Nosowska. Na szczęście Jeffersonowi z pomocą przychodzą inne muppety, no i Deklaracja powstaje na czas. Albo wyobraźcie sobie jak muppety płyną przez Atlantyk na dosyć małej drewnianej łupinie, by jako słynni Pielgrzymi założyć pierwsze osady na amerykańskim wybrzeżu i w ten sposób dać początek wielkiemu i dumnemu narodowi. Przy okazji warto wspomnieć o tym, że mimo pompy i zadęcia dotyczącego narodowych symboli i wartości, Amerykanie nie tylko mogą nabijać się ze swojego prezydenta, ale też mogą od niego usłyszeć nietypowe życzenia. Otóż w 2009 roku, z okazji święta 4 lipca, prezydent Obama, wygłaszając przesłanie do Amerykanów, życzył wesołych urodzin "Ulicy Sezamkowej". I zgadnijcie, kto tamtego dnia dyrygował orkiestrą symfoniczną w czasie koncertu pod pomnikiem Waszyngtona, niedaleko Białego Domu? Tak – Wielki Ptak!

Nauka poprzez zabawę, łączenie wesołości z powagą. Ktoś zauważył, że w przeciwieństwie do audycji kierowanych do dorosłych, "Ulica Sezamkowa" nigdy nie uciekała od trudnych tematów, dzięki czemu dzieci mogły uzyskać odpowiedzi na pytania, na które nie potrafili im odpowiedzieć rodzice czy nauczyciele. Na przykład był taki odcinek, w którym spór między muppetami załagodził Kofi Annan, Sekretarz Generalny ONZ, tłumaczący stworkom, że małe nieporozumienie nie powinno prowadzić do eskalacji konfliktu i że wszystko tak naprawdę można załatwić w pokojowy sposób - razem. Obecność wielkich sław to zresztą cecha charakterystyczna "Ulicy Sezamkowej", "Muppet Show" i "Muppet Tonight". Tych prominentnych gości ze świata polityki, filmu, muzyki i wszelkich innych było w programach muppetów nawet więcej niż nominacji i nagród Emmy, które te zwierzaki zdobyły. Jeden z najbardziej ujmujących momentów, to ten, kiedy były prezydent Clinton, razem z Kami – muppetem z RPA, który jest nosicielem wirusa HIV – 1 grudnia, czyli w Światowy Dzień AIDS apelował do rodziców, by rozmawiali ze swoimi dziećmi o zagrożeniu HIV i AIDS. Na koniec Clinton przytulił Kami i zapewnił, że nie ma nic przeciwko posiadaniu w swoim otoczeniu człowieka lub muppeta zarażonego wirusem HIV, czy chorego na AIDS. Świetne są też fragmenty z Whoopi Goldberg, która rozmawia z Elmo albo orłem o tym, czym różnią się od siebie nawzajem. Whoopi ma brązową skórę i czarne włosy, a taki Elmo ma czerwone futerko. I nie ma w tym niczego złego, tyle tylko że się od siebie różnią i to zauważają. Jest to podane w delikatnej i bardzo przyjaznej formie, ale jednak tak, żeby uruchomić u odbiorcy proces myślenia o tym, co właśnie zobaczył. To jak z książeczką dla dzieci "Z Tangiem jest nas troje". Ot, zwykła historyjka. Nawet człowiek nie zauważy, jak dzięki niej wzrośnie mu współczynnik tolerancji.

Połączenie edukacji z zabawą, a w tym – z rozrywką. Czymże innym jest śpiewanie przez Jamesa Blunta o tym, że zgubił trójkąt, Norah Jones o tym, gdzie jest literka "Y", czy opisywanie przez Jacka Blacka, jak wygląda ośmiokąt. Poza nauką alfabetu, liczenia, podstaw geometrii i historii, muppety i pomagający im aktorzy, na przykład sprzedawca z warzywniaka, uczą dzieci jak robić zakupy, myć zęby, oszczędzać wodę i energię elektryczną, zdrowo się odżywiać, przechodzić przez ulicę, pomóc starszej osobie, czy też rozwiązać odwieczny problem w co bawić się w grupie, skoro każdy chce grać w coś innego.

Kermit i Jim Henson

"Ulica Sezamkowa" powstała dzięki utrzymującej się z datków organizacji Children’s Television Workshop, przemianowanej później na Sesame Workshop. Założyli ją producentka Joan Ganz Cooney, filantrop Ralph Rogers oraz psycholog Lloyd Morrisette. Ponoć to córce pani Cooney zawdzięczamy "Ulicę", ponieważ jej rodzice zauważyli fascynację dzieci telewizją i postanowili wykorzystać to medium do krzewienia edukacji. U podstaw programu stało więc wykorzystanie nowoczesnej techniki do kontaktu z dziećmi i zachęcenia ich do nauki poprzez połączenie: krótkich wykładów, obrazu, śmiesznych dźwięków, muzyki, animacji rysunkowej, muppetów i gry aktorskiej. Pieniądze na rozruch "Ulicy" dały rządowe agencje związane z oświatą, a także Fundacja Forda. Do pracy zaangażowano Jima Hensona i bandę stworzonych przez niego stworów będących genialnym połączeniem pacynek z marionetkami i czymś tam jeszcze. Ten niezwykły człowiek z ogromną wyobraźnią niektóre ze swych muppetów uczynił podobnymi do ludzi, niektóre do zwierząt, a niektóre wyszły mu całkiem fantastyczne i nie z tego świata. Jego ulubioną postacią był Kermit, którego zarówno animował, jak i użyczał mu głosu. Z kolei jego najbliższy współpracownik - też geniusz - Frank Oz, zajmował się między innymi Groverem i Ciasteczkowym Potworem (najlepiej znany jest jednak jako Yoda z "Gwiezdnych Wojen"). Po śmierci mistrza Jima Hensona jego spadkobiercy rozpoczęli proces rozwodu muppetów z "Ulicą Sezamkową". Najwięcej kontrowersji towarzyszyło postaci Kermita. Ostatecznie wszystko załatwiono całkiem elegancko i teraz muppety mają własne programy i filmy, ale i "Ulica" zachowała prawo do tytułowania swych futrzastych mieszkańców muppetami, no i nie musiała wyrzucać ich ze swojej listy płac.

Praca na planie

Czy jest wśród Was ktoś, kto nie kojarzy zdania o tym, że sponsorem dzisiejszego programu była literka "A" i cyferka "1"? Z tymi sponsorami zresztą to nie taki żart. Ponieważ Sesame Workshop to stowarzyszenie, które ze swej pracy nie może czerpać zysków, to ciągle potrzebuje pieniędzy na prowadzenie bieżącej działalności. Jej największymi sponsorami były niektóre ze znanych nam z zapoczątkowania kryzysu finansowego ostatnich lat banków. W związku z tym "Ulicę" dotknęły zwolnienia i cięcia. Prawie wszystkim mieszkańcom ulicy udało się jednak dotrwać do jej 40-lecia. W rocznicowym odcinku pierwsza dama Michelle Obama zachęcała do zdrowego odżywiania, Wielki Ptak paradował w czymś przypominającym krawat, a Elmo w dalszym ciągu był dzieckiem. Pewne rzeczy się nie zmieniają i za to też możemy twórcom "Ulicy Sezamkowej" podziękować.

Kiedy prawie dwa lata temu wesołkowaci graficy wyszukiwarki Google rozpoczęli promocję 40. urodzin "Ulicy" na polskich forach internetowych pojawiły się zarzuty o bagatelizowanie innych ważnych rocznic, które przypadały na ten okres. Chodziło zwłaszcza o 20. rocznicę rozpoczęcia burzenia muru berlińskiego. Tymczasem większość z nas, otwierając wyszukiwarkę internetową, napotykała tylne kopytka Wielkiego Ptaka, jak zwykle zadowolonego z siebie Elmo, Ciasteczkowego Potwora czy Oskara wychylającego się z kosza na śmieci. Muppety z "Ulicy Sezamkowej" były wszędzie: w blogach, opiniotwórczych dziennikach i tygodnikach, na billboardach. Miały swoje miejsce w serwisach informacyjnych, licznych programach talk-show i filmach dokumentalnych. Internauci przygotowali im specjalne składanki umieszczając je na różnych portalach, sprytnie wymijając zabezpieczenia dotyczące praw autorskich. Niektóre z tych produkcji są bardzo zabawne i zawierają na przykład dość nieobyczajne piosenki Counta von Count na temat owieczek, które zasadniczo powinien liczyć, jako że jest Liczyhrabią. No, ale dorosłym owieczki i dorosły facet kojarzą się z czymś innym niż dzieciom. Swoją drogą, to amerykański Liczyhrabia będący żartem na temat Draculi ma akcent zabawniejszy niż Szwedzki Szef Kuchni, którego do tej pory w ogóle nie mogę zrozumieć.

Postaci stworzone przez Jima Hensona i jego współpracowników na potrzeby "Ulicy Sezamkowej" na stałe weszły do kultury masowej, podobnie jak piosenki wykonywane podczas audycji. Swojego własnego programu doczekał się sympatyczny i niepociumany Elmo. Z nim to w ogóle jest skomplikowana sprawa, bo w latach 70. rodzice niechętnie oglądali go w swoich domach. Bali się, że ich dzieci zaczną mówić tak jak on, czyli nie dość, że piskliwie, to jeszcze w trzeciej osobie. Na przykład Elmo zamiast powiedzieć: "Napisałem piosenkę, chcecie posłuchać?", mówi: "Elmo napisał piosenkę. Chcecie posłuchać?". Na szczęście młodzi ludzie w pewnym momencie kojarzą, że w przeciwieństwie do nich Elmo nie rośnie i zaczynają go traktować jak dziecko, czyli nie widzą nic dziwnego w tym, że mówi: "Elmo bardzo Ci dziękuje i chce Cię przytulić".
Pewnie jeszcze przez wiele lat z rozrzewnieniem będę wspominać liczne elmowe fragmenty, jak na przykład ten, w którym ojciec śpiewając bluesa zachęca całkiem małego Elmo do siadania na nocniku. Albo ten z Robertem DeNiro, który tłumacząc czerwonemu futrzakowi na czym polega zawód aktora zamienia się w kapustę, psa, a nawet samego Elmo. Nieodmiennie pokładam się też ze śmiechu, kiedy Elmo, chcąc wytłumaczyć na czym polega różnica między straszeniem a byciem wystraszonym próbuje swoją monsterowatą monsterowatością wystraszyć Julię Roberts.

Elmo i Robert DeNiro

Muppety, jak i sama "Ulica Sezamkowa" mają na swoim koncie kilka tysięcy odcinków, pojawienie się w większości krajów na świecie, powstanie kilkunastu wersji lokalnych (w tym polskiej ze Smokiem Bazylim i Owieczką Beatą). Posiadają też liczne nagrody, w tym Emmy, nominacje do Oscarów i chyba nagrodę BAFTA, czyli takiego brytyjskiego Oscara. Mam nadzieję, że to nie koniec ich dokonań.

Niech żyją muppety!
Niech żyje "Ulica Sezamkowa"!
Niech dorośli pozwolą dzieciom być szczęśliwymi i stworzą im dobry świat!

Sezamki, dziękuję Wam.

poniedziałek, 9 maja 2011

Tęsknota za napo

Tęsknię za "Napoleonką". To był półgodzinny program, który pojawiał się w Żaku w poniedziałki o 17:30, od marca 2007 roku do wakacji 2010. Ówczesna Programowa, która wymyśliła nazwę audycji, scharakteryzowała ją w ten sposób: "to parahistoryczny kącik, który jest dowodem na to, że historia nie musi być nudna. Dystans, humor i ironia to przepis na Napoleonkę".

Pierwszy odcinek poświęcony był margarynie i Napoleonowi III. Otóż ten pechowy cesarz, który chciał - a nie mógł - dorównać Napoleonowi I, dał światu coś dobrego: tańszy odpowiednik masła. Potem było irlandzkie Powstanie Wielkanocne, królowie na wesoło (królewskie przydomki), od M1 do M16, kucyki versus psy (wyścig na Biegun Południowy) i wiele innych. Wśród ostatnich wydań pojawiły się: "Szarża Lekkiej Brygady" (burzenie mitu znanego z wiersza Tennysona), polityka państwa Izrael, "Mayn Shtetele Belz" ("... oczka swe zmruż / są czarne / a szkoda, że nie są niebieskie"), generał Patton, kapitalizm, Kant.

Rozstałam się jednak z audycją, ponieważ uważałam, że dla słuchaczy była nieatrakcyjna. Gadanie jednego człowieka i to jeszcze niezbyt spontaniczne, bo bardzo podparte kartkami z przygotowanym na wszelki wypadek tekstem. Lepszym rozwiązaniem byłaby rozmowa dwóch pasjonatów historii, ale chętnego do projektu nie zauważyłam. Dołączyłam za to do "Astro-kącika", który zajął miejsce napo w ramówce Żaka.

Pewnie wrócę do programów historycznych, tyle że w formie nagrywanych w domu i umieszczanych w Internecie podcastów. Ten sposób jest o tyle lepszy, że słuchacz sam decyduje się na tę "nudę", bo przecież musi to w sieci znaleźć, ściągnąć, a następnie odsłuchać.

Zanim przejdę od słów do czynów polecam "Hardcore History" Dana Carlina - solidnie przygotowywane i przedstawiane w atrakcyjnej formie zagadnienia z historii świata.

PS Zapomniałabym! Te mniej poważne wydania napo, czyli większość programów, rozpoczynała tytułowa piosenka z "The Muppet Show".
Niech żyją muppety!