Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą polityka. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 30 września 2014

Zaniedbania

Żyjemy. Mamy się dobrze. Zdrapek przestał podróżować i przybierać na wadze. Pozwiedzałam sobie trochę Śląsk. Zamiast o tym coś mądrego napisać zaniedbałam Mapnika.

Co tam jeszcze? W Irlandii cisza i spokój, trwa powrót w koleiny rozwoju sprzed kryzysu, ale nie ma już mowy o celtyckim tygrysie. Z nowości to w małej miejscowości, do której staram się co roku zaglądać, planuje się budowę kolejnego marketu, zdaje się Lidla. Małe sklepy mają ciężki żywot (cen nie mogą już bardziej obniżać), na szczęście poprzedni market ich nie zabił, więc i tym razem jest dla nich nadzieja.

Tak naprawdę tyle się dzieje, że nie wiadomo od czego zacząć. Może od tego, że zupełnie nie cieszę się z tego, co dzieje się na wschód od nas. Niedobrze, jak przypomina się, że w poszczególnych częściach Europa nie wytrzymuje stu lat bez wojny. Pojawia się wtedy myśl, że co do całości kontynentu, zasadę stu lat przyjdzie sprawdzić na własnej skórze. I chociaż w każdym zakątku świata można znaleźć miejsce, gdzie źle się dzieje, los Ukraińców i ich państwa znajduje się na pierwszym planie. Nie po to przechodziliśmy trudne a nawet straszne etapy w historii, żeby nie martwić się przerwaniem spokojnego rozwoju naszych sąsiadów. Ale tak, tych złych rzeczy jest więcej: rozprzestrzenianie się wirusa ebola, strzelanie do cywilnych samolotów, rozwój "Państwa Islamskiego", tlący się w Strefie Gazy konflikt, katastrofy naturalne.

Są też na szczęście dobre rzeczy. Nawet taka maruda jak ja zwyczajnie cieszy się tym, że Polacy zostali mistrzami świata w siatkówce, będziemy mieli polskiego "prezydenta Europy", a zmiana rządu w naszym kraju nie wiąże się z większymi emocjami.

Zastanawiając się nad tym, jak to dużo się dzieje, zwłaszcza złych rzeczy, wróciłam pamięcią wspomaganą zasobami Internetu do 1994 roku. Cofnięcie się 20 lat wstecz wystarczy, bo to już okres po zakończeniu zimnej wojny, a jeszcze przed popularyzacją Internetu przyczyniającego się do zagęszczenia informacyjnego szumu. Co wtedy się działo? Niemało. I nie był to jakiś wyjątkowo obfitujący w wydarzenia rok. Różnica polega tylko na tym, że informacji docierało wtedy do nas mniej. Czy były to solidniej przedstawiane fakty, czy analiza była bardziej pogłębiona? Wątpię. Notki o tym, co danego dnia czy tygodnia wydarzyło się na Bałkanach były czasem niewiele dłuższe niż "leady" w obecnych wydaniach internetowych. A jeśli się tylko chce, można we współczesnych mediach i w Internecie znaleźć solidne analizy. Jedyne co nas ogranicza to czas na szukanie wiarygodnych źródeł i zapoznawanie się z nimi. Tyle technikalia. Fakty są takie, że w 1994 roku na Haiti wysłano polski GROM, trwało oblężenie Sarajewa, rozpoczęła się oficjalnie pierwsza wojna w Czeczenii, bojówki Hutu wymordowały ok. milion Tutsi w Rwandzie, Amerykanie wycofali swój kontyngent z Somalii. Doszło też do kilku dużych katastrof samolotów, w których wyniku zginęło kilkaset osób. A w jednej tylko katastrofie estońskiego promu na Bałtyku zginęło ponad 850 osób. To wszystko już w czasach upadku znaczenia ONZ i bez wymieniania katastrof naturalnych.
Łatwo zauważyć, że nie wymieniłam dobrych rzeczy. One się sprytnie ukrywają, nie tylko przed moją pamięcią. Jestem jednak otwarta na propozycje w sekcji "komentarze", świat przecież nie składa się tylko z cierpienia.

Głęboki wniosek jest taki, że obecnie nie dzieje się więcej. Wątpię też w to, czy politycy, dyplomaci, wojskowi i inni odpowiedzialni nie tylko za siebie, radzą sobie gorzej z reagowaniem na kolejne wydarzenia. Tyle tylko, że w międzyczasie ja jako odrębna, samodzielnie myśląca jednostka dorosłam i widzę, że schematy są powtarzane. A one niekoniecznie prowadzą do rozwiązywania problemów. Ani sytuacja na Ukrainie, ani "Państwo Islamskie" nie wzięły się znikąd. Tylko co ja mam z tym zrobić? W czasie pomarańczowej rewolucji mogłam iść na krakowski Rynek, żeby pokazać którymś z kolei reformatorom na Ukrainie, że nie są sami. Tamci reformatorzy nie poradzili sobie ze skomplikowaną sytuacją. Nie oni pierwsi. Wobec czego dzisiaj rządzący mają jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację do rozwiązania. A większości obywateli Ukrainy nie żyje się dłużej czy lepiej.
Albo co mi z wiedzy, że "Państwo Islamskie" to pokłosie starych działań jeszcze z czasów zimnej wojny. Raczej tego w twarz CIA, FSB i Asada nie rzucę, bo na audiencję nie mam co liczyć.

Pozostaje pielęgnować w sobie głęboko skrywany optymizm realisty i egoizm. Nie ma co martwić się wielkimi zagrożeniami na zapas.

wtorek, 28 stycznia 2014

Guttentag

"Schneller! Schneller!", "Achtung: Minen", "Hände hoch!", "Wojna? Nie, to inni, ja byłem wtedy na wczasach na Lazurowym Wybrzeżu" itp.
Mimo kilku lat nauki języka niemieckiego nadal kojarzę go tak a nie inaczej. Jestem też z tych, dla których nazwy "Junkers", "I.G. Farben", czy "ThyssenKrupp" brzmią źle. I chociaż naprawdę próbuję się zmienić to smutnieję kiedy widzę "19:33" na wyświetlaczu zegara.
Jakiś błąd w systemie, na szczęście nieszkodliwy.

Guttentag to inaczej Dobrodzień.

Jedzie sobie człowiek przez opolskie, niczego nie podejrzewa, a tu, panie dzieju, niemiecki na tablicy  z nazwą miejscowości wyskakuje. Pod wersją polską, oczywiście. To ci dopiero!

Przez prawie 50 lat po II wojnie udało się wszczepić w wielu Polakach przekonanie, że gdyby nie ZSRR to Niemcy wróciliby na ziemie odzyskane. Propaganda niespecjalnie musiała się wysilać, politycy z Zachodu sami się podkładali. Nawet w nowych czasach. Nie powiem, że doskonale, ale pamiętam nerwówkę związaną ze zjednoczeniem Niemiec. Enerdefen wcale nie był taki znowu prędki, żeby granicę potwierdzać.
Było, minęło. Nigdy wcześniej w historii nie było tak bezpiecznie jak teraz. Pozostają szczegóły, np. polscy dyplomaci zabiegają o polską pisownię imion, nazwisk i nazw na Litwie, a Kaszubi nie są podejrzewani o dążenie do autonomii w związku z używaniem dwujęzycznych nazw na swoim historycznym terytorium.
Nie mam pojęcia, co czują Litwini patrząc na polskie znaczki przypominające dawny zabór, ale wiem co czuję ja, kiedy patrzę na "Guttentag". Czuję się dziwnie. Tak to jest jak emocje biorą górę nad rozsądkiem. Powoli wracam już jednak do równowagi po tym wstrząsie. Mam taki sprytny plan, żeby przyzwyczaić się do polsko-niemieckich tablic.
Poza tym, kto powiedział, że za 20-30 lat pod niemieckimi nazwami na tablicach w byłej NRD nie pojawią się polskie? Taki chichot historii.

Rzucę co jakiś czas czujne spojrzenie na sąsiada, ale nie muszę stać na straży granicy na Odrze i Nysie. Ona sobie doskonale radzi bez emocji.

niedziela, 11 listopada 2012

Na wesoło

Narodowe Święto Niepodległości.

Jak dobrze, że dzień był słoneczny. Inaczej mogło być smutno.

Obrzucanie się błotem przez polityków, wyszukiwanie spisków i zamachów, dzielenie obywateli na prawdziwych i nieprawdziwych Polaków, małość, miałkość, decyzyjna stagnacja. A poza limuzynami i gabinetami kryzys, brak perspektyw, nierozwiązane na poziomie centralnym i lokalnym sprawy ważne w codziennym życiu zwykłych ludzi.

Złośliwie możnaby napisać, że nie potrafimy się cieszyć. Głosować też nie potrafimy, demokracji dopiero się uczymy, jesteśmy bierni, pełni kompleksów, niewyrobieni kulturowo, oddajemy Polskę i polskość skrajnej prawicy... Jak my sobie w ogóle radzimy?

Cud!

Ileż to jednak można być smutnym, złym, zgryźliwym, sarkastycznym i ironicznym.

Może być całkiem normalnie. Naprawdę. Z problemami, ale rozwiązywanymi. Z powagą, ale przełamywaną humorem. Z przywiązaniem do swojej ojczyzny, ale i otwartością na świat. Nie trzeba daleko szukać przykładów. Na południowy zachód od Polski przycupnęło coś na kształt raju.

 

czwartek, 12 kwietnia 2012

Sztuka dyplomacji

Nagrywałam dzisiaj rozmowę z magistrem historii, który specjalizuje się w najnowszych dziejach Bałkanów. Jak nietrudno się domyślić większość czasu spotkania pochłonęła wojna z lat 90. XX wieku.
Jedno z pytań, które zadałam mojemu rozmówcy dotyczyło kierunku studiów - co takiego sprawiło, że wybrał historię, no i poświęcił się takiej, a nie innej specjalizacji. Odpowiedział, iż jedną z kluczowych spraw był wybuch konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii.

Po zakończeniu zimnej wojny miał być spokój, a tu proszę - wojna i to w Europie.

Na mnie wpłynęło to podobnie, tyle że wybrałam później politologię. Oglądałam relacje telewizyjne i zdjęcia w gazetach, czytałam artykuły i w ten sposób poznawałam informacje dotyczące Pustynnej Burzy, oblężenia Sarajewa, walk w Mogadiszu, ludobójstwa w Rwandzie. Rozpoznawałam nazwiska, takie jak generał Norman Schwarzkopf i Richard Holbrooke, sytuowałam nazwy krajów i miast na mapie świata, starałam się zapamiętać, co o różnicach między Hutu i Tutsi, czy muzułmanami i Serbami, mówili dziennikarze.
O II wojnie światowej słyszałam w szkole, zadawałam pytania jej dotyczące rodzicom, bratu i innym "starszym", byłam wiernym widzem Czterech Pancernych i Hansa Klossa a także filmów dokumentalnych o tamtych czasach, ale to była odległa przeszłość. Tymczasem wspomniane przeze mnie wyżej tragedie rozgrywały się w jakże bliskim "teraz". To musiało robić wrażenie. I jasne, że doceniałam spokój życia w Polsce.

Minęło kilka lat i sceny znane dzięki mediom zastąpiły obrazy filmowe, takie jak "Aleja snajperów", czy "Życie ukryte w słowach". Zaskakujące przy tym, jak dużo czasu - pomimo tego, iż docierały do mnie wiadomości o okrucieństwach konfliktów - zajęło mi dojście do tego, że świat nie jest czarno-biały a wojnę przegrywają wszyscy.

Dość szybko wpadłam natomiast na to, jak dużą rolę odgrywają politycy i służby dyplomatyczne. Kojarzycie dyskusje dotyczące tego, iż jednym z warunków przystąpienia do NATO było skończenie z tradycją powoływania czynnych zawodowo wojskowych na stanowisko ministra obrony narodowej? Cywilna kontrola nad armią - jakie to oczywiste. Co prawda wojskowi narzekają, że cywil nic o nich nie wie i rzadko kiedy szanują swojego szefa mniejszego (szef większy to w przypadku Polski prezydent), ale kto z nas chciałby wrócić do poprzedniego schematu? Wydaje mi się, że nasi wojskowi nie są szkoleni na dyplomatów. Najpierw dążyliby do rozwiązania siłowego i wzrostu znaczenia armii w życiu kraju, a potem pytaliby o co chodzi. To dosyć niebezpieczne. Jest bardziej prawdopodobne, że cywil najpierw pomyśli o tym, jak uniknąć kosztów ludzkich i finansowych, więc wyśle do akcji swoich dyplomatów. Oczywiście, jeśli zawiedzie sugestia, delikatność i targ, w zanadrzu trzeba mieć broń. Zawsze rozsądnie jest zadbać o posiadanie przewagi i niekoniecznie chodzi tutaj o lotniskowce na każdym z oceanów. To może być pieniądz albo informacja. W trylogii o Skrytobójcy autorstwa Robin Hobb znajdziecie zgrabny opis sztuki dyplomacji jako aksamitnej rękawiczki okrywającej rękę z ukrytym sztyletem. (Machiavelli chyba polubiłby tę trylogię.) Chciałoby się, żeby sztylet nigdy nie został użyty, ale czasem nie można tego uniknąć.

W latach 90. byłam rozgoryczona bezradnością polityków i dyplomatów. Wierzyłam w ONZ, a on jakby spał. Jakiś czas później, studiując politologię, zapoznałam się z książką o konfliktach w Afryce i Azji od XIX do końca XX wieku. Ciekawe analizy. W tej dotyczącej początków krwawych jatek w wolnym Kongo, zainteresował mnie fragment o oficerze sił ONZ, który rozkazał swoim żołnierzom otworzyć ogień do obu stron wojny domowej. Od razu zapanował między nimi spokój. To było działanie niezgodne z zasadami misji pokojowej, ale jakże skuteczne. W byłej Jugosławii nie można było czegoś takiego zrobić, co uświadomił mi dopiero mój rozmówca z Naukowej. Stron konfliktu było co najmniej kilka w jednym czasie. Zdaje się, że to generał Lewis MacKenzie, Kanadyjczyk dowodzący częścią sił UNPROFOR, powiedział, że wtedy trzeba było podjąć mniej więcej taką decyzję: pomagamy temu, kto zabił 15 osób, innemu, który zabił 10 osób, czy też temu, który "na koncie" miał 5 ofiar?

Na początku XXI wieku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powołało do życia Akademię Dyplomatyczną. Po kilku latach opiekę nad nią przejął Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. W Akademii szkolona jest kadra na potrzeby naszej dyplomacji. Bardzo chciałabym, żeby to byli najlepsi z najlepszych.

W tej działce wielkość kraju i liczebność a także jakość jego sił zbrojnych mają drugorzędne znaczenie. Z pewnością jednak przydają się dobry wywiad i kontrwywiad.
To jest tak, że czeski dyplomata może wpłynąć na zmianę decyzji amerykańskiego kolegi. Serio, serio. Zręczni dyplomaci mogą z małego kraju stworzyć wspaniałego rozgrywającego na arenie międzynarodowej. Ciekawe czy ich praca bardziej przypomina dokonywanie transakcji na giełdzie i biznesowe obiady, czy też podchody szpiegów?

Richard Holbrooke i Slobodan Milosevic

piątek, 7 października 2011

Lewek

"To nie jest dobry czas" - takie zdanie można często usłyszeć rozmawiając z Irlandczykami. Ale czy czas kiedykolwiek jest dobry?

Szmaragdowa wyspa ma ponad 4 miliony obywateli i ponoć dziesięć razy tyle ludzi o irlandzkich korzeniach za granicą. Wielu z nich za oczywiste przyjęło, iż początek XXI wieku to dla Irlandii czas po wielkiej zmianie - czas na pokój i bogacenie się. Myśleli, że już nigdy nikt nie będzie zmuszony opuszczać wyspy. Mylili się. We wrześniu tego roku minister przedsiębiorczości i zatrudnienia australijskiego Terytorium Północnego przyjechał do Irlandii z obietnicą pracy dla setek, a nawet tysięcy wykwalifikowanych robotników. To Australia ma stać się dla nich nową ojczyzną. Statystyki informują, że nie tylko w tamtym kierunku wyjeżdżają zmęczeni bezrobociem Irlandczycy. Co najbardziej niepokojące dla władz i myślących o przyszłości kraju obywateli: wyspę opuszcza wielu młodych.

Burren (Co. Clare)

Zielone pola ogrodzone kamiennymi murkami, drewnianymi płotami i żywopłotami, w których dosyć często skrywa się zardzewiały drut kolczasty starego typu (tak, tak - sprawdzałam wielokrotnie). Widok lasu jest dosyć niezwykły. Łatwiej o wzgórze a nawet górę. Naprawdę najwięcej jest widoków zielonej trawy, brązowej ziemi i szarych kamieni, a od niedawna ciemnych wstęg autostrad. Może się mylę, przecież znam dobrze tylko środkowo-zachodnią część Irlandii i niewielkie wycinki reszty kraju. Przypuszczam jednak, że całość nadal jest bardzo ładna. Wiosną, latem, jesienią i zimą. Oprócz tego Irlandczycy mają cudownie ironiczne i sarkastyczne poczucie humoru. Najlepiej oddaje je obrazek i tekst z jednej z kartek pocztowych: patrzymy na wymagającego pomocy psa, a w opisie czytamy: "Nagroda za zwrot zaginionego irlandzkiego teriera. 3 nogi, ślepy na lewe oko, stracił lewe ucho, ogon złamany, niedawno wykastrowany. Reaguje na imię 'Szczęściarz'". Do lodówki można też - dzięki Irlandczykom - przypiąć magnes z widoczkiem kamiennych ruin i tekstem: "To będzie moje, została już tylko jedna rata". Celtycki tygrys. Teraz to co najwyżej celtycki królik.

Pierwsza rozmowa pomiędzy Irlandczykami, jaką usłyszałam w tym roku, dotyczyła kryzysu ekonomicznego i kończyła się słowami: "Mieliśmy wielki głód i przetrwaliśmy. Mieliśmy wojnę domową i przetrwaliśmy. Mieliśmy kilka kryzysów ekonomicznych i je także przetrwaliśmy. Przetrwamy i to." Następna dłuższa rozmowa, w której nawet miałam okazję się wypowiadać, dotyczyła nadchodzących wyborów prezydenckich. Zapytałam moich przyjaciół, czy pójdą głosować. Odpowiedzieli, że nie są pewni. Wiedzą co prawda, jak ważne dla demokracji jest uczestnictwo w wyborach, ale nie mają na kogo oddać głosu, pomimo tego, że to pierwsze w historii Irlandii wybory prezydenckie z taką wielością ubiegających się o urząd (7). Żaden z kandydatów nie spełnia jednak ich oczekiwań. Zgodziłam się z nimi i przedstawiłam swoje rozwiązanie. Kolejny fantastyczny pomysł małego, genialnego mózgu Kanapki. "Zmieńcie konstytucję i zostawcie Mary McAleese na stanowisku!". (Mary McAleese okazała się dobrym prezydentem, na dodatek zaopatrzonym w rozsądnego małżonka, z którego pomocą przysłużyła się krajowi i jego mieszkańcom, budując pokój na podzielonej wyspie.) Co prawda rozmówcy pochwalili moją żywotność umysłową, ale trzeźwo zauważyli, że zmiana konstytucji wymaga czasu, no i referendum, a wybory prezydenckie już pod koniec października. Zapytałam zatem o kolejną interesującą kwestię, czyli Martina McGuinnessa. Powiedziano mi, że jego start w wyborach to żart. Najlepsze podsumowanie kandydatury, jakie kiedykolwiek dane mi było usłyszeć. Dlaczego to żart? Ponieważ Irlandczycy to zabawni ludzie? Nie. Dlatego, że swoją kandydaturę na urząd prezydenta zgłosił człowiek, który nie chciał uczestniczyć w spotkaniu z królową Elżbietą II w czasie jej historycznej wizyty w Republice. Martin McGuinness znany jest nie tylko z działalności w Sinn Fein i rządzie Irlandii Północnej. To człowiek IRA. Teoretycznie nikt nie chciałby, aby kiedyś okazało się, że oddał głos na mordercę lub wspólnika zbrodni. W sondażach z końca tego tygodnia McGuinness dostał jednak kilkunastoprocentowe poparcie i znalazł się na trzecim miejscu wyścigu o prezydenturę. A jeszcze 5 lat temu uważałam, że opływający w dostatki Irlandczycy są nudni.

Myślę o tym, że to mokry, dosyć zimny kraj, a mimo to go kocham. Dlaczego? Nie wiem. Nie znajduję żadnego konkretnego powodu. Po prostu kocham tę wyspę taką jaka jest: z jej zaletami i wadami. Irlandię ze swoich dziecięcych i młodzieńczych wyobrażeń i tę rzeczywistą, którą poznaję od kilku lat.

To tylko niecałe dwa tysiące kilometrów od Polski. Ten sam kontynent, prawie taki sam krąg kulturowy. Kiedy znajduję się w Irlandii odnotowuję jednak różnice, które uważam za całkiem znaczące. Na przykład do tej pory nie mam pojęcia, dlaczego tak praktyczni wyspiarze mają w łazienkach i kuchniach dwa osobne krany z wodą: jeden do ciepłej, a drugi do zimnej. Albo czemu do niedawna nie było popularne montowanie zdejmowanych z uchwytu słuchawek prysznicowych. I jeszcze strach przed śniegiem i mrozem. Wystarczy, że spadnie trochę czegoś białego albo przez dwa dni termometry będą pokazywać minus piętnaście czy minus dwadzieścia stopni i już jest dramat. Brak popularności centralnego ogrzewania, niezdejmowanie butów po wejściu do domu, wysoka tolerancja na owady i pajęczaki, nie dość, że inne od kontynentalnych gniazdka i wtyczki to jeszcze dodatkowe pstryczki, które je uruchamiają. Mogłabym tak długo wymieniać. Z różnic całkiem przyjemnych, to codziennie rozmawia się o pogodzie - z każdym kogo się spotka i kto znajdzie czas na rozmowę, a okazuje się, że nikomu nigdzie się nie spieszy. Poza tym rano i wieczorem śledzi się wyniki gier w hurling, golfa, irlandzki futbol, rugby, w międzyczasie przygotowuje coś prostego i tłustego do jedzenia (dodatkowy plus - pomimo doświadczeń wielkiego głodu Irlandia nadal pozostaje krajem ziemniaka), pali się w kominku wysoko cenionym polskim węglem, a w wolnej chwili odwiedza się ulubiony pub. Jeśli już o tym mowa, to mam taki jeden pub w Ennistymon w hrabstwie Clare. Tym, co najbardziej mnie w nim zaskakuje, jest to, że gdy po pół roku czy po roku wchodzę do "Davoren's" nie pada nawet pytanie, czy to co zwykle. Pan Davoren zaczyna ze mną rozmawiać - niespodzianka, niespodzianka - o pogodzie! i jednocześnie nalewa pintę Guinnessa (proces nalewania tego piwa trwa kilka minut). I co się dziwić, że czuję się tutaj u siebie. Pan Davoren nazywany jest przeze mnie "Panem Żółwiem". Jest starym, mądrym człowiekiem z mnóstwem zmarszczek i bardzo miłym uśmiechem. Porusza się wolno, cicho i gładko, nigdy nie stojąc w miejscu.

Czasem można pomyśleć, że żyje się w złym miejscu i w złym czasie. Ja cieszę się z tego, że żyję na przełomie XX i XXI wieku w wolnej Polsce, w której mogłam się wykształcić i całkiem nieźle wejść w dorosłe życie jako niezależna kobieta. Jednocześnie jestem też szczęśliwa, że mam niemalże drugą ojczyznę - małą wyspę na Atlantyku, na mapie wyglądającą jak lewek, który odwraca się pleckami do swego dawnego okupanta.


wtorek, 2 sierpnia 2011

"It's not just a game"

To nie tylko gra - to życie.

W 1995 roku drużyna rugby RPA wygrała Puchar Świata w swojej dyscyplinie - polecam film "Invictus" w reżyserii Clinta Eastwooda, opowiadający o tym wydarzeniu.

Tytułowe słowa postu pochodzą z piosenki "Colorblind" zespołu Overtone, czyli ze ścieżki dźwiękowej do tego filmu.


Kilkanaście lat temu cud zdarzył się w Johannesburgu.
Na niewiele lat wystarczył jego potencjał.


RPA jest podzielone. Można się tam spotkać z całymi dzielnicami bogactwa i skrajnego ubóstwa, z terytoriami Białych i Czarnych, z krainą ciszy i spokoju, a także z wojną domową. Największym zmartwieniem FIFA w czasie Mistrzostw Świata w piłce nożnej z zeszłego roku nie było to, że nie sprzedadzą kompletu biletów na poszczególne stadiony - chodziło bardziej o to, ilu ludzi zginie w zamieszkach (święto piłki nożnej było transmitowane przez największe stacje telewizyjne świata).

"To nie tylko gra!". Teraz już to rozumiem.

Możnaby rzec: filmy to nie tylko filmy. Gdzie nie rzucisz kamieniem, tam uderza cię życie.

"Give them hope!" - mówi Danilov, kiedy przerażony Chruszczow zapytuje komisarzy politycznych w oblężonym Stalingradzie, co zrobić, by wygrać tę najważniejszą batalię pomiędzy ludźmi radzieckimi a nazistami ("Enemy at the gates" w reżyserii Jean-Jaquesa Annauda). Daniłow ma rację - nadzieja może stać się ocaleniem.

W archiwach Filmoteki Narodowej, czy łódzkiej Filmówki odnaleźć można propagandowe produkcyjniaki z wczesnych lat PRL. Reżyserowały je sławy, takie jak Andrzej Wajda, czy Jerzy Kawalerowicz.

"Invictus" w swym duchu przypomina PRL-owskie produkcyjniaki. Na tym podobieństwo się kończy. Polecam ten film - tak jak zresztą wszystkie inne, wyreżyserowane bądź też wyprodukowane przez Clinta Eastwooda. (Jeśli kiedyś spotkam Kyle'a Eastwooda, to nie zapomnę podziękować mu za to, że ścieżki dźwiękowe jego współautorstwa, obecne w "Gran Torino" i "Invictus", dały mi nadzieję.)

Nadzieja. Bywa i tak, że to wszystko co w danej chwili mamy.

"Kiedyś".


"Invictus"
William Ernest Henley
Out of the night that covers me,
Black as the pit from pole to pole,
I thank whatever gods may be
For my unconquerable soul.

In the fell clutch of circumstance
I have not winced nor cried aloud.
Under the bludgeonings of chance
My head is bloody, but unbowed.

Beyond this place of wrath and tears
Looms but the Horror of the shade,
And yet the menace of the years
Finds, and shall find, me unafraid.

It matters not how strait the gate,
How charged with punishments the scroll.
I am the master of my fate:
I am the captain of my soul.
PS Polecam swój ulubiony program na antenie Żaka, czyli "Prawie jak w kinie" Kingi Dyndowicz (wtorki, 22:00-23:00). Niestety, audycja odbywa się z przerwami, ale to w zasadzie w niczym jej nie przeszkadza - nadal jest najlepszą godziną na antenie S.R. ŻAK PŁ.

piątek, 1 lipca 2011

"Ulica Sezamkowa"

To będzie hołd złożony pacynkowo-marionetkowo-lalkowym potworkom zamieszkującym jedną z najsłynniejszych na świecie ulic, a przy okazji podróż po amerykańskich zmianach politycznych i obyczajowych ostatniego półwiecza.

Chodzi o muppety towarzyszące większości wydań "Napoleonki" oraz o "Ulicę Sezamkową".

Mr. Snuffleupagus, ktoś i Wielki Ptak

Jakiś czas temu przeżywałam fazę sentymentalną związaną z "Ulicą". Po wielu latach rozłąki przypomniałam sobie czerwonego Elmo, który stał się moim ulubionym monsterem. Darzę go większą nawet sympatią niż Jamesa Sullivana z "Potworów i Spółki".

"Jaki zmyślny tytuł!", rzuca w jednym z odcinków Wielki Ptak, słysząc, że Elmo nazwał swój przebój "Piosenką Elma". Niech nas to nie zmyli. W naszej codzienności takie zdanie byłoby złośliwe. Inaczej jest na ulicy Sezamkowej. Wśród sezamków nie ma zła. Nawet zrzędzący Oskar, co jakiś czas wyłaniający się z kubła na śmieci i dzielący się z nami ironią i sarkazmem, nie jest odpychający. Na tej ulicy rządzi dobro. To chyba jedyny taki wytwór kultury... Pewnie przesadzam, bo teraz przypomniałam sobie Misia Uszatka... Skupmy się na "Ulicy" - czy to starsi, czy to młodsi, potrzebujemy wokół siebie dobra i zapewne między innymi dlatego ten program zrobił furorę w większości krajów, w których się pojawił. Na kuli ziemskiej z radością obserwuje się wyczyny futrzaków, które mają za zadanie nauczać poprzez zabawę, a przy okazji dawać wytchnienie od codzienności.

W przeważającej części bajek zawsze prędzej czy później pojawia się zło: w postaci wyrachowanej macochy, króla-tyrana, przemądrzałego i nieczułego Królika, Saurona, lorda Voldemorta. Na ulicy Sezamkowej obecne jest tylko dobro. To wyidealizowany obraz, bo oglądałam ten program kilkanaście lat temu, ale tak naprawdę jakie to ma znaczenie – najważniejsze, że zapamiętałam "Ulicę" jako niesamowicie pozytywny azyl, chroniący przed światem zewnętrznym. To zresztą jeden z zarzutów, który stawia się twórcom z Sesame Workshop: nie pokazują świata rzeczywistego. Na zbudowanej przez nich nowojorskiej ulicy panuje zrozumienie i tolerancja, a przedstawiciele różnych religii, ras i warstw społecznych żyją w zgodzie, zawsze znajdując dla siebie czas i wyciągając pomocną dłoń. Znowu posłużę się przykładem Oskara Zrzędy. Otóż jest on bezdomny, ale ma się świetnie i chociaż zapewne cuchnie, to wszyscy mieszkańcy lokali przy tej samej ulicy lubią go i nie widzą w tym niczego dziwnego. Przecież skoro tak bardzo kocha śmieci, to niech sobie mieszka w pełnym ich kuble.

Niektórym z krytyków program wydaje się przesłodzony. Postaram się wyjaśnić, skąd to dobro i cukierkowość. Oczywiście w tym celu trzeba sięgnąć do historyjki związanej z powstaniem "Ulicy Sezamkowej" oraz historii Stanów Zjednoczonych z ostatniego półwiecza, które to 50 lat obejmuje czas trwania programu.

Ulica Sezamkowa, jak na Nowy Jork lat 70. i 80. XX wieku, jest dosyć czysta. W dodatku nie chodzą po niej handlarze narkotyków ani mordercy. Nie wspominając o tym, że co prawda zdarza się tam brud albo jakieś szarobure ściany, ale ogólnie jest dosyć kolorowo i różnorodnie. Spotykamy więc tam tereny zielone, trochę sklepów, kawiarnię, a nawet plac zabaw. Wśród mieszkańców ulicy i jej okolic znajdziemy nie tylko bardzo dobrze nam znane potworki, którymi poruszają lalkarze i którym głos dawały takie sławy jak Jim Henson czy Frank Oz. Są też aktorzy, bo zwykli ludzie są potrzebni do sprawowania pieczy nad całą tą postrzeloną gromadą muppetów. Taki Elmo na ten przykład nie jest przecież dorosły - to dziecko, które ktoś musi nauczyć jak robić zakupy, sprzątać, czy zdrowo się odżywiać. Wśród aktorów znajdziemy białych, czarnych, żółtych, wysokich, niskich, grubych, chudych, ładnych i nieco brzydkich. Wymowa jest jasna: tak samo jak wśród potworków panuje różnorodność, tak samo wśród ludzi. I ta różnorodność nie jest czymś, przez co trzeba kogoś poniżać, czy odnosić się do niego nieufnie i z niechęcią.

Krytycy powiadają, że takie zgodne współistnienie nie jest możliwe. Przytacza się przykład projektowanej palestyńskiej wersji "Ulicy Sezamkowej", w której zgodnie bawią się ze sobą dzieci palestyńskie i izraelskie. Ponoć to zakłamuje rzeczywistość i może wprowadzać palestyńskie dzieciaki w błąd - na przemierzanych przez nie ulicach łatwiej spotkać razy, kamienie i kule niż przyjacielskich Izraelczyków. Z kolei izraelskie dziecko wsiada codziennie do autobusu szkolnego, w którym może wybuchnąć bomba. Zastanówmy się jednak, co niby mieliby pokazywać twórcy palestyńskiej wersji, żeby wychowywać Palestyńczyków: czołgi na ulicach, ciała zamordowanych, przygotowania terrorysty do ataku?

"Ulica Sezamkowa" rozpoczęła swe wizyty w amerykańskich domach w listopadzie 1969 roku. Pewnie zauważacie, że nie jest to taki sobie zwykły czas w historii świata i samych Stanów Zjednoczonych. W lipcu tamtego roku Neil Armstrong jako pierwszy człowiek postawił nogę na Księżycu. W sierpniu w pobliżu Nowego Jorku odbył się festiwal znany jako Woodstock, który głosił hasła miłości, pokoju i powszechnej szczęśliwości. We wrześniu 1969 roku rozpoczęła swe istnienie sieć pomiędzy komputerami na Uniwersytecie Kalifornijskim, gdzie testowano nowe rozwiązania dla amerykańskiego wojska, co zakończyło się powstaniem Internetu. Rok wcześniej zamordowano Martina Luthera Kinga. W tamtym przełomowym, 1968 roku, doszło do wielkiej rewolty młodzieżowej, a więc strajków na uniwersytetach, masowych demonstracji i walk ulicznych z siłami porządku. Oprócz nawoływań do zakończenia wojny w Wietnamie, amerykańskiej młodzieży towarzyszyły hasła tolerancji rasowej, otwartości oraz akceptacji różnorodności społecznej, politycznej i kulturowej.
Czy na tym tle powstanie dobrej, wręcz idealnej "Ulicy Sezamkowej" wydaje się Wam bardziej zrozumiałe?

USA to kraj, który skupia w sobie wprost niesamowitą mieszankę ludzi różnych narodowości, wyznań, kolorów skóry, życiowej filozofii. Jedyne co ich łączy to ogromny patriotyzm i wiara w Konstytucję, dolara, gwiaździsty sztandar oraz dziejową misję żołnierzy Marines. Lata 60. XX wieku, to w historii Stanów Zjednoczonych czas walki administracyjnej i sądowej z podziałami rasowymi istniejącymi nie tylko na Południu. Jednym ze sposobów takiej walki była pomoc edukacyjna przeznaczona dla wszystkich dzieciaków, ale z naciskiem na maluchy z rodzin murzyńskich i latynoskich, które - poprzez życie w biedniejszych zwykle dzielnicach - mogły borykać się z brakami w nauce czytania, liczenia oraz umiejętności potrzebnych do bezkolizyjnego funkcjonowania w pędzącym naprzód kraju, jakim były i jeszcze długo będą Stany Zjednoczone Ameryki. Specjalne raporty przygotowywane na zlecenie administracji prezydentów Johnsona i Nixona, a także Kongresu, wyraźnie mówiły o gorszych szansach edukacyjnych dzieci wywodzących się z rasowych gett wielkich miast. Do podobnego wniosku doszli twórcy "Ulicy Sezamkowej" i za cel postawili sobie nauczanie poprzez zabawę, czyli najefektywniejszą metodę edukacji jaką znamy. Chcieli dać brzdącom coś na kształt równych szans.

Jim Henson i spółka starali się uczyć nie tylko alfabetu i tabliczki mnożenia. Uczyli też łączącej Amerykanów historii. Wyobraźcie sobie na przykład Thomasa Jeffersona jako muppeta, który przeżywa załamanie, bo nie może napisać "Deklaracji Niepodległości". Zbliża się 4 lipca 1776 roku, a pod piórem ciągle nic, jak rzekłaby Kasia Nosowska. Na szczęście Jeffersonowi z pomocą przychodzą inne muppety, no i Deklaracja powstaje na czas. Albo wyobraźcie sobie jak muppety płyną przez Atlantyk na dosyć małej drewnianej łupinie, by jako słynni Pielgrzymi założyć pierwsze osady na amerykańskim wybrzeżu i w ten sposób dać początek wielkiemu i dumnemu narodowi. Przy okazji warto wspomnieć o tym, że mimo pompy i zadęcia dotyczącego narodowych symboli i wartości, Amerykanie nie tylko mogą nabijać się ze swojego prezydenta, ale też mogą od niego usłyszeć nietypowe życzenia. Otóż w 2009 roku, z okazji święta 4 lipca, prezydent Obama, wygłaszając przesłanie do Amerykanów, życzył wesołych urodzin "Ulicy Sezamkowej". I zgadnijcie, kto tamtego dnia dyrygował orkiestrą symfoniczną w czasie koncertu pod pomnikiem Waszyngtona, niedaleko Białego Domu? Tak – Wielki Ptak!

Nauka poprzez zabawę, łączenie wesołości z powagą. Ktoś zauważył, że w przeciwieństwie do audycji kierowanych do dorosłych, "Ulica Sezamkowa" nigdy nie uciekała od trudnych tematów, dzięki czemu dzieci mogły uzyskać odpowiedzi na pytania, na które nie potrafili im odpowiedzieć rodzice czy nauczyciele. Na przykład był taki odcinek, w którym spór między muppetami załagodził Kofi Annan, Sekretarz Generalny ONZ, tłumaczący stworkom, że małe nieporozumienie nie powinno prowadzić do eskalacji konfliktu i że wszystko tak naprawdę można załatwić w pokojowy sposób - razem. Obecność wielkich sław to zresztą cecha charakterystyczna "Ulicy Sezamkowej", "Muppet Show" i "Muppet Tonight". Tych prominentnych gości ze świata polityki, filmu, muzyki i wszelkich innych było w programach muppetów nawet więcej niż nominacji i nagród Emmy, które te zwierzaki zdobyły. Jeden z najbardziej ujmujących momentów, to ten, kiedy były prezydent Clinton, razem z Kami – muppetem z RPA, który jest nosicielem wirusa HIV – 1 grudnia, czyli w Światowy Dzień AIDS apelował do rodziców, by rozmawiali ze swoimi dziećmi o zagrożeniu HIV i AIDS. Na koniec Clinton przytulił Kami i zapewnił, że nie ma nic przeciwko posiadaniu w swoim otoczeniu człowieka lub muppeta zarażonego wirusem HIV, czy chorego na AIDS. Świetne są też fragmenty z Whoopi Goldberg, która rozmawia z Elmo albo orłem o tym, czym różnią się od siebie nawzajem. Whoopi ma brązową skórę i czarne włosy, a taki Elmo ma czerwone futerko. I nie ma w tym niczego złego, tyle tylko że się od siebie różnią i to zauważają. Jest to podane w delikatnej i bardzo przyjaznej formie, ale jednak tak, żeby uruchomić u odbiorcy proces myślenia o tym, co właśnie zobaczył. To jak z książeczką dla dzieci "Z Tangiem jest nas troje". Ot, zwykła historyjka. Nawet człowiek nie zauważy, jak dzięki niej wzrośnie mu współczynnik tolerancji.

Połączenie edukacji z zabawą, a w tym – z rozrywką. Czymże innym jest śpiewanie przez Jamesa Blunta o tym, że zgubił trójkąt, Norah Jones o tym, gdzie jest literka "Y", czy opisywanie przez Jacka Blacka, jak wygląda ośmiokąt. Poza nauką alfabetu, liczenia, podstaw geometrii i historii, muppety i pomagający im aktorzy, na przykład sprzedawca z warzywniaka, uczą dzieci jak robić zakupy, myć zęby, oszczędzać wodę i energię elektryczną, zdrowo się odżywiać, przechodzić przez ulicę, pomóc starszej osobie, czy też rozwiązać odwieczny problem w co bawić się w grupie, skoro każdy chce grać w coś innego.

Kermit i Jim Henson

"Ulica Sezamkowa" powstała dzięki utrzymującej się z datków organizacji Children’s Television Workshop, przemianowanej później na Sesame Workshop. Założyli ją producentka Joan Ganz Cooney, filantrop Ralph Rogers oraz psycholog Lloyd Morrisette. Ponoć to córce pani Cooney zawdzięczamy "Ulicę", ponieważ jej rodzice zauważyli fascynację dzieci telewizją i postanowili wykorzystać to medium do krzewienia edukacji. U podstaw programu stało więc wykorzystanie nowoczesnej techniki do kontaktu z dziećmi i zachęcenia ich do nauki poprzez połączenie: krótkich wykładów, obrazu, śmiesznych dźwięków, muzyki, animacji rysunkowej, muppetów i gry aktorskiej. Pieniądze na rozruch "Ulicy" dały rządowe agencje związane z oświatą, a także Fundacja Forda. Do pracy zaangażowano Jima Hensona i bandę stworzonych przez niego stworów będących genialnym połączeniem pacynek z marionetkami i czymś tam jeszcze. Ten niezwykły człowiek z ogromną wyobraźnią niektóre ze swych muppetów uczynił podobnymi do ludzi, niektóre do zwierząt, a niektóre wyszły mu całkiem fantastyczne i nie z tego świata. Jego ulubioną postacią był Kermit, którego zarówno animował, jak i użyczał mu głosu. Z kolei jego najbliższy współpracownik - też geniusz - Frank Oz, zajmował się między innymi Groverem i Ciasteczkowym Potworem (najlepiej znany jest jednak jako Yoda z "Gwiezdnych Wojen"). Po śmierci mistrza Jima Hensona jego spadkobiercy rozpoczęli proces rozwodu muppetów z "Ulicą Sezamkową". Najwięcej kontrowersji towarzyszyło postaci Kermita. Ostatecznie wszystko załatwiono całkiem elegancko i teraz muppety mają własne programy i filmy, ale i "Ulica" zachowała prawo do tytułowania swych futrzastych mieszkańców muppetami, no i nie musiała wyrzucać ich ze swojej listy płac.

Praca na planie

Czy jest wśród Was ktoś, kto nie kojarzy zdania o tym, że sponsorem dzisiejszego programu była literka "A" i cyferka "1"? Z tymi sponsorami zresztą to nie taki żart. Ponieważ Sesame Workshop to stowarzyszenie, które ze swej pracy nie może czerpać zysków, to ciągle potrzebuje pieniędzy na prowadzenie bieżącej działalności. Jej największymi sponsorami były niektóre ze znanych nam z zapoczątkowania kryzysu finansowego ostatnich lat banków. W związku z tym "Ulicę" dotknęły zwolnienia i cięcia. Prawie wszystkim mieszkańcom ulicy udało się jednak dotrwać do jej 40-lecia. W rocznicowym odcinku pierwsza dama Michelle Obama zachęcała do zdrowego odżywiania, Wielki Ptak paradował w czymś przypominającym krawat, a Elmo w dalszym ciągu był dzieckiem. Pewne rzeczy się nie zmieniają i za to też możemy twórcom "Ulicy Sezamkowej" podziękować.

Kiedy prawie dwa lata temu wesołkowaci graficy wyszukiwarki Google rozpoczęli promocję 40. urodzin "Ulicy" na polskich forach internetowych pojawiły się zarzuty o bagatelizowanie innych ważnych rocznic, które przypadały na ten okres. Chodziło zwłaszcza o 20. rocznicę rozpoczęcia burzenia muru berlińskiego. Tymczasem większość z nas, otwierając wyszukiwarkę internetową, napotykała tylne kopytka Wielkiego Ptaka, jak zwykle zadowolonego z siebie Elmo, Ciasteczkowego Potwora czy Oskara wychylającego się z kosza na śmieci. Muppety z "Ulicy Sezamkowej" były wszędzie: w blogach, opiniotwórczych dziennikach i tygodnikach, na billboardach. Miały swoje miejsce w serwisach informacyjnych, licznych programach talk-show i filmach dokumentalnych. Internauci przygotowali im specjalne składanki umieszczając je na różnych portalach, sprytnie wymijając zabezpieczenia dotyczące praw autorskich. Niektóre z tych produkcji są bardzo zabawne i zawierają na przykład dość nieobyczajne piosenki Counta von Count na temat owieczek, które zasadniczo powinien liczyć, jako że jest Liczyhrabią. No, ale dorosłym owieczki i dorosły facet kojarzą się z czymś innym niż dzieciom. Swoją drogą, to amerykański Liczyhrabia będący żartem na temat Draculi ma akcent zabawniejszy niż Szwedzki Szef Kuchni, którego do tej pory w ogóle nie mogę zrozumieć.

Postaci stworzone przez Jima Hensona i jego współpracowników na potrzeby "Ulicy Sezamkowej" na stałe weszły do kultury masowej, podobnie jak piosenki wykonywane podczas audycji. Swojego własnego programu doczekał się sympatyczny i niepociumany Elmo. Z nim to w ogóle jest skomplikowana sprawa, bo w latach 70. rodzice niechętnie oglądali go w swoich domach. Bali się, że ich dzieci zaczną mówić tak jak on, czyli nie dość, że piskliwie, to jeszcze w trzeciej osobie. Na przykład Elmo zamiast powiedzieć: "Napisałem piosenkę, chcecie posłuchać?", mówi: "Elmo napisał piosenkę. Chcecie posłuchać?". Na szczęście młodzi ludzie w pewnym momencie kojarzą, że w przeciwieństwie do nich Elmo nie rośnie i zaczynają go traktować jak dziecko, czyli nie widzą nic dziwnego w tym, że mówi: "Elmo bardzo Ci dziękuje i chce Cię przytulić".
Pewnie jeszcze przez wiele lat z rozrzewnieniem będę wspominać liczne elmowe fragmenty, jak na przykład ten, w którym ojciec śpiewając bluesa zachęca całkiem małego Elmo do siadania na nocniku. Albo ten z Robertem DeNiro, który tłumacząc czerwonemu futrzakowi na czym polega zawód aktora zamienia się w kapustę, psa, a nawet samego Elmo. Nieodmiennie pokładam się też ze śmiechu, kiedy Elmo, chcąc wytłumaczyć na czym polega różnica między straszeniem a byciem wystraszonym próbuje swoją monsterowatą monsterowatością wystraszyć Julię Roberts.

Elmo i Robert DeNiro

Muppety, jak i sama "Ulica Sezamkowa" mają na swoim koncie kilka tysięcy odcinków, pojawienie się w większości krajów na świecie, powstanie kilkunastu wersji lokalnych (w tym polskiej ze Smokiem Bazylim i Owieczką Beatą). Posiadają też liczne nagrody, w tym Emmy, nominacje do Oscarów i chyba nagrodę BAFTA, czyli takiego brytyjskiego Oscara. Mam nadzieję, że to nie koniec ich dokonań.

Niech żyją muppety!
Niech żyje "Ulica Sezamkowa"!
Niech dorośli pozwolą dzieciom być szczęśliwymi i stworzą im dobry świat!

Sezamki, dziękuję Wam.

piątek, 24 czerwca 2011

Życie

Z pewnością jest wiele takich momentów w dziejach świata, z którymi czujemy się związani pomimo tego, iż kiedy towarzyszące im wydarzenia miały miejsce, mogliśmy jeszcze nie istnieć i znamy fakty tylko z książek czy filmów. Można to po części wytłumaczyć wpływem edukacji i wychowania, ale nie tylko. Ten mechanizm zawiera w sobie jeszcze coś, co można - trochę romantycznie - nazwać magią. Mnie taka więź łączy z sześćdziesięciodwuletnim Aldo Moro. Słyszałam o nim, a nawet znałam jego historię, zanim jeszcze obejrzałam wspaniały film "Buongiorno, notte" Marco Bellocchio z 2003 roku. Nie pamiętam dokładnie kiedy i w jaki sposób poznałam Moro. Na pewno nie dowiedziałam się o nim na lekcjach historii w szkole podstawowej czy średniej, bo kończyliśmy naukę na okresie tuż-powojennym. Pewnie po prostu obejrzałam film dokumentalny w telewizji edukacyjnej, czy też przeczytałam gdzieś artykuł.

Kiedy na festiwalu "Era Nowe Horyzonty" w Cieszynie w 2004 roku zobaczyłam pierwsze kadry "Good Morning, Night" Marco Bellocchio, stanęła mi przed oczami czarno-biała fotografia starszego, spokojnego człowieka. To było zdjęcie wykonane przez Czerwone Brygady, a za siedzącym Aldo Moro wisiała flaga terrorystów – zapewne czerwona, z białą gwiazdą i krzywym napisem Brigate Rosse. Obraz wykonano w miejscu przetrzymywania Moro. Prawdopodobnie nie wiedział on jeszcze wtedy, że wkrótce umrze. Aż do ostatniego dnia miał nadzieję, iż nie dojdzie do najgorszego, że Ojciec Święty Paweł VI, czy premier Włoch Giulio Andreotti doprowadzą do jego uwolnienia i spotkania z rodziną.


Terroryzm powstał zanim runęły wieże World Trade Center. Pomijając spory definicyjne, które w jednej z książek poruszających ten temat zajęły ponad sto stron, warto zaznaczyć, że czymś innym jest partyzantka mudżahedinów czy Talibów w Afganistanie, a czymś zupełnie innym terroryzm, którego świetnym przykładem jest właśnie atak na nowojorskie centrum finansowe. Niestety, w mediach funkcjonują teraz głównie "terroryści", "ekstremiści", "fundamentaliści". Z rzadka można spotkać określenie "partyzanci". (Polskich partyzantów niemieccy oprawcy tytułowali "bandytami", by nie musieć do nich stosować międzynarodowych konwencji dotyczących prowadzenia wojen; zapewne teraz inaczej spojrzycie na klęskę Powstania Warszawskiego i to, że ostatnim przywódcom walk udało się wynegocjować z Niemcami uznanie powstańców za jeńców wojennych).

Terroryści nie wypowiadają wojen w tradycyjnym tego słowa znaczeniu, bo nie mają wystarczającego zaplecza do ich prowadzenia. Zajmują się za to spektakularnymi atakami, które - nagłośnione w mediach - mają zmusić jakąś społeczność do pewnych ustępstw na rzecz terrorystów. Do ustępstw, na które nie mogliby liczyć, gdyby wkroczyli na ścieżkę przewidzianą przez prawodawstwo danego kraju. Chodzi o zastraszanie w celach politycznych, finansowych, czy ideologicznych, a terrorystami byli na przykład Polacy, którzy dokonywali zamachów na urzędników carskiej Rosji. Terrorystą był człowiek, który zabił cesarzową Sissi pod koniec XIX wieku. Terrorystą był też Leon Czołgosz, który sprzeciwiając się złej sytuacji robotników amerykańskich zamordował prezydenta Stanów Zjednoczonych Williama McKinleya. Każde z nich chciało zastraszyć wąską grupę: władców, urzędników, polityków.

Mogłoby się wydawać, że terroryści działają w pojedynkę, ale niestety tak nie jest. Nawet za anarchizującymi zamachowcami z końca XIX i początku XX wieku stały zorganizowane grupy. Bardzo długo cel ataków terrorystycznych stanowili królowie, ich namiestnicy i urzędnicy, wysocy rangą wojskowi, prawnicy, biznesmeni, sportowcy. Wskutek zamachów mogli też ginąć przypadkowi ludzie, ale w większości przypadków celem zamachów nie byli tzw. zwykli obywatele. Dopiero od całkiem niedawna popularne w świecie tego rodzaju przestępców stały się działania mające na celu zabicie jak największej ilości osób, tak by stworzyć wrażenie, iż nikt i nigdzie nie może czuć się bezpieczny. Może to być rajd na hotel, wysadzenie w powietrze ciężarówki pod ambasadą, zabicie pasażerów autobusu, czy ostrzelanie przedszkola. Od jakiegoś czasu, oglądając programy informacyjne, dowiadujemy się o zamachach, w których zginęło kilkadziesiąt, kilkaset, a nawet kilka tysięcy osób. Terroryści stają się coraz bardziej okrutni, bo w jednym ataku muszą spowodować śmierć i ranienie większej ilości ludzi. Ten krwawy postęp w taktyce i strategii nastąpił na przestrzeni ostatnich 20 lat. Wcześniej sprawy miały się trochę inaczej.

Jakiś czas temu po raz kolejny musiałam przypomnieć sobie wydarzenia słynnego roku 1968. To niesamowity okres w historii ludzkości. To fascynujące, że przez cały świat przetoczyła się wtedy fala, która co prawda w każdym regionie i kraju wyglądała trochę inaczej, ale mimo wszystko coś było wspólne – mniej więcej w tym samym czasie na prawie wszystkich szerokościach i długościach geograficznych dochodziło do spięć między społeczeństwem i władzą. Oprócz wspaniałych chwil, które temu towarzyszyły, były też momenty straszne. Wśród tych najgorszych można umieścić rozkwit organizacji terrorystycznych. W Europie Wschodniej, której symbolem stała się wtedy Czechosłowacja, walczono o zmianę ustroju politycznego, która to walka niestety zakończyła się pod gąsienicami czołgów Układu Warszawskiego. W Europie Zachodniej bogate nastolatki z mieszczańskich rodzin (tak stereotypowo postrzegam to ja, czyli mieszkaniec wschodniej części kontynentu) zagłębiły się w lekturach Marksa, Lenina i Mao Tse Tunga, ubóstwiały Che Guevarę i Fidela Castro i tęskniły do socjalizmu, komunizmu czy maoizmu. Zamiast jednak zrobić to, co w takiej sytuacji byłoby najwłaściwsze, czyli jechać do Związku Radzieckiego, na Kubę lub do Chin i sprawdzić, czy faktycznie czerwony to taki sprzyjający życiu i wolności kolor, postanowili oni zaszczepić swoje idee na Zachodzie i w tym celu zakładali nie tylko legalne organizacje. Pozakładali też organizacje terrorystyczne, które miały wymusić na rządach państw zachodnich wejście na wspaniałą ścieżkę komunistycznego rozwoju w wydaniu marksistowskim, bądź jakimkolwiek innym. Dwie spośród tych organizacji zyskały sobie najgorszą sławę. W Niemczech Zachodnich była to Frakcja Czerwonej Armii, czyli RAF, a we Włoszech – Czerwone Brygady – Brigate Rosse.

Co zaskakujące, Czerwone Brygady nie były grupą silną. Po rozbiciu organizacji w latach 80. XX wieku okazało się, że liczyła ona kilkuset stałych członków i trochę więcej współpracowników oraz zwolenników, dostarczających pieniądze, a także udzielających schronienia przestępcom. Za główny cel Czerwone Brygady uznały wywołanie we Włoszech proletariackiej rewolucji, w czasie której uświadomieni o wspaniałościach komunizmu robotnicy ruszyliby na Rzym i ustanowili jedynie słuszną władzę dyktatorską. Taki postulat trafił początkowo na podatny grunt. We Włoszech już od czasów przedwojennych działała partia komunistyczna, która po II wojnie światowej weszła nawet do parlamentu i rządu, ale później zaczęła być izolowana przez dysponujących większością mandatów chadeków (posłów partii DC - Democrazia Cristiana). W tamtym powojennym już czasie w Komunistycznej Partii Włoch dochodzono do wniosku, że Moskwa może nie być najlepszym przyjacielem ciemiężonego ludu pracującego. Na początku lat 70. zaczął się proces przybliżania postulatów komunistów do wychylonego bardziej w lewo skrzydła chadeków. Bacznie obserwujący ten proces terroryści z różnych bojówek, w tym z Czerwonych Brygad, stwierdzili, że nie jest im na rękę wejście polityków Włoskiej Partii Komunistycznej do rządu. To mogłoby zasygnalizować robotnikom, że lepiej jest walczyć metodami parlamentarnymi.

Od początku lat 1970. Czerwone Brygady atakowały policję, wojsko, a także bogatych przemysłowców czy finansistów. Po kilku latach terroryści uznali, że ta taktyka nie przynosi spodziewanych rezultatów. Od połowy dziesięciolecia zaczęto atakować prokuratorów, sędziów i polityków. Stało się to akurat w momencie, w którym na czele rządu stawał Aldo Moro, zasłużony włoski polityk chrześcijańskiej demokracji, który opracowywał kompromisowe porozumienie między chadekami i komunistami, mające na celu włączenie tych ostatnich w normalny tryb rządowy i w ten sposób unieszkodliwienie ich najbardziej radykalnego skrzydła.

"Proletariusze wszystkich krajów łączcie się pod sztandarem Chrystusa!" - chrześcijańska demokracja swe korzenie wywodzi z końca XIX wieku, wiele zawdzięczając papieżowi Leonowi XIII i jego encyklice "Rerum Novarum" (1891 r.). Włoska partia występująca pod tym szyldem skrzydła rozwinęła dopiero po II wojnie światowej, kiedy na potrzeby odbudowy uczestniczyła w szerokiej koalicji z komunistami i socjalistami oraz później, kiedy zdobywała większość miejsc w parlamencie. W latach 70. wydawało się, że znowu dojdzie do współpracy między chadecją i Włoską Partią Komunistyczną, nad czym pracował obdarzony społecznym zaufaniem Moro. Po jego porwaniu i zabójstwie szanse powodzenia historycznego porozumienia zostały przekreślone. Przez chwilę politycy potężnej chadecji myśleli, że to właściwie sukces, jednak właśnie od końca lat 70. zaczął się powolny upadek włoskiej Chrześcijańskiej Demokracji. Po wielkim skandalu korupcyjnym z początku lat 90. stara chadecja musiała odejść. Wydawało się, że wróci wzmocniona nową nazwą i energią młodych działaczy, ale okazało się, że od starych polityków i układów wypracowanych przez lata ciężko się uwolnić.

To były bardzo długie 55 dni. Włochy – co wydawało się nieprawdopodobne - zwolniły. Moja ulubiona pani profesor z krakowskiego filmoznawstwa opowiadała, jak to wyglądało. 16 marca 1978 roku przekraczała włoską granicę. Kontrola była drobiazgowa i energiczna, ale później wszystko wydawało się jakby bez życia. Po tym pierwszym dniu oszołomienia zgiełk i gwar powróciły, ale pewne drobiazgi świadczyły o tym, że stało się coś strasznego. Gazety codziennie podawały nowe informacje – w wydaniach porannych i wieczornych. Tak samo radio i telewizja. Mówiło się o tym w kawiarniach. Ludzie mieli nadzieję. Istniała oczywiście mniejszość, która popierała porwanie, ale nawet ona nie chciała, by polityk zginął.

16 marca 1978 roku, 9:00. Dwa samochody, w tym samochód ochrony, jechały spokojną ulicą via Fani w Rzymie. Terroryści zabili wszystkich 5 członków obstawy, z których tylko jeden zdołał oddać strzały w ich kierunku. Rozpoczęły się prawie dwa miesiące pełne zagadek i wątpliwości. 55 dni przetrzymywania przez terrorystów z Czerwonych Brygad najsłynniejszego włoskiego polityka XX wieku - Aldo Moro.

To nie wymysł czasów najnowszych - bezpośrednie relacje telewizyjne i pełne szczegółów zdjęcia z miejsca zdarzeń. Co prawda dopiero rozwój techniki pozwolił takim stacjom, jak CNN na relacjonowanie konfliktów w czasie niemalże rzeczywistym, jednak wcześniej, pomimo braku łączności satelitarnej i łączy internetowych, pojawiały się namiastki takich działań. 9 maja 1978 roku media na całym świecie, które już od dwóch miesięcy śledziły sprawę Aldo Moro, pokazały zdjęcia jego ciała, znalezionego w bagażniku samochodu zaparkowanego przy jednej z rzymskich ulic. Wieczorne dzienniki telewizyjne rozpoczynały się obrazami samochodu, wokół którego zgromadził się tłum dziennikarzy, polityków, policjantów i zwykłych gapiów. Na początku nikt nie wpadł na to, by ciało Aldo Moro czymś zasłonić.

Przez te ponad 50 dni swojego uwięzienia Moro wysłał kilkadziesiąt listów do prezydenta Republiki Włoskiej Giovanniego Leone, premiera Giulio Andreottiego, szefów największych partii, papieża, rodziny. Błagał o pomoc. Nie można tego tłumaczyć tylko tym, że to porywacze kazali mu je pisać. W swych listach przemycał cenne wiadomości dla bliskich i próbował przekazać jakieś istotne z punktu widzenia policji informacje. Nie miał jednak pojęcia gdzie jest i co planują porywacze.

Niektórzy politycy chadecji chcieli rozmawiać z porywaczami, ale Giulio Andreotti wyraźnie powtarzał, że nie będzie żadnych negocjacji. O uwolnienie Moro apelowali Paweł VI oraz sekretarz generalny ONZ Kurt Waldheim. Po latach okazało się, że papież był gotów zapłacić okup za swego przyjaciela, a co ważniejsze – nakazał kapelanom więziennym zbieranie wśród więźniów informacji, które mogłyby pomóc w ustaleniu miejsca przetrzymywania Aldo Moro.
Paweł VI był prawdopodobnie jedną z najważniejszych postaci tego dramatu. Nazywano go Papieżem Wątpliwości, a nawet Pawłem Smutnym. Z Moro łączyła go szczera przyjaźń. Oprócz tego, że Paweł VI musiał przeforsować doktrynalną reformę w Kościele, był pierwszym papieżem, który latał samolotem, odwiedził Ziemię Świętą, był w Ameryce, Azji, Australii i Oceanii. Niezbyt dobrze poradził sobie z wojną w Wietnamie, czy rewoltą roku 1968, a na koniec, na krótko przed własną śmiercią, oprócz wysyłania apeli do terrorystów i rządzących, nie mógł zapobiec tragedii Aldo Moro. Zmarł kilka miesięcy po śmierci swego przyjaciela.

W filmie Marco Bellocchio znajdziecie niesamowitą scenę. Wielki, mroczny gabinet. Pod ścianami stoją księża i purpuraci, a także kilka zakonnic. Dwór i służba papieża. Za masywnym biurkiem siedzi Paweł VI. Ktoś kładzie przed nim kartkę papieru. To wiadomość o śmierci Moro. Papież podrywa się ze swego miejsca i zrzuca z biurka pliki dokumentów, pióra, chyba nawet krzyż. Zakonnice w pośpiechu zbierają to wszystko. Nikt inny się nie rusza, nie pada żadne słowo. Stary człowiek w bieli pochyla się nad jedną jedyną kartką, która leży na biurku. Jest załamany.

Prezydent Republiki Włoskiej Giovanni Leone do dymisji podał się w czerwcu 1978 roku – na skutek afery korupcyjnej.

Premier Andreotti stracił stołek rok później, ale powrócił na niego pod koniec lat 80., na krótko przed tym, zanim oskarżono go o powiązania z mafią.

Jeden z przywódców Czerwonych Brygad, ten, który przyznał się do porwania i zabicia Moro, jedyny, który rozmawiał z uwięzionym, Mario Moretti, został złapany, osądzony i skazany na sześciokrotne dożywocie. Wyszedł z więzienia w połowie lat 90. Znajduje się pod dozorem policyjnym.

Zakłada się, że terroryści nie mieli planu co zrobić, jeśli rząd nie podejmie z nimi dialogu. Ponoć nie chcieli zabijać Moro i dlatego tak długo trwała ta ogromna niepewność. W swoich listach do możnych tego świata Aldo Moro prosił o spełnienie żądań terrorystów, czyli uznanie ich organizacji za partnera do rozmów z państwem i zwolnienia z więzień 13 ich towarzyszy, którzy mieli udać się na emigrację. Pytał: "Czy państwo miałoby upaść dlatego, że jeden jedyny raz przeżyje niewinny człowiek w zamian za to, że inna osoba zamiast do więzienia pójdzie na emigrację? Na tym właśnie, i tylko na tym polega problem". Po latach okazało się, że władze i tak zwolniły terrorystów z więzień, bo w ten sposób właśnie działa system prawny w państwie demokratycznym. Moro nie ma jednak szansy zaśmiać się nad tą ironią losu.

Czerwone Brygady wytoczyły Aldo Moro proces ludowy, w którym skazały go na śmierć. Wykonanie wyroku nie rozpoczęło rewolucji, którą wymarzyli sobie terroryści. Śmierć byłego premiera stała się powodem upadku Brygad. W połowie lat 70. zrewoltowanej zachodniej młodzieży znudziła się kontestacja. Zaczęli się bogacić - jak wcześniej ich rodzice. Tak jak w Stanach Zjednoczonych z hippisów zmienili się w yuppies. Szybko okazało się, że wzbogaceni już yuppies, a nawet robotnicy, którym zaczęło się żyć lepiej, nie będą dążyli do żadnej nowej rewolucji. Skrajne organizacje straciły poparcie, a w wyniku "niemieckiej jesieni 1977 roku" i porwania, a następnie zamordowania Moro w 1978 roku, do zdecydowanych działań wymierzonych w terrorystów przystąpiły wywiad i policja. Zaostrzono walkę z terroryzmem i wprowadzono prawa gorsze od tych, które przyjęli Amerykanie po 11 września 2001 roku. Otóż we Włoszech lat 80. można było być przetrzymywanym przez kilka tygodni bez stawiania zarzutów, a areszt śledczy mógł trwać nawet 10 lat. Aresztowano wtedy kilkadziesiąt tysięcy ludzi. Niektórym z nich coś udowodniono i siedzą w więzieniach do tej pory. Jednak nie ci, którzy przyczynili się do śmierci Aldo Moro.

Mówi się, że to wydarzenie stało się przełomem w polityce Włoch. Od tamtej pory nie tylko zaczął się upadek chadecji i Czerwonych Brygad. Dziennikarze i śledczy zaczęli węszyć i doszukiwać się powiązań między światem polityki, biznesu, mafii i terrorystów. Dopiero jednak na początku lat dziewięćdziesiątych Włochami wstrząsnęła fala skandali korupcyjnych i mafijnych z udziałem wysoko postawionych polityków, prawników i biznesmenów. Stereotyp polityka powiązanego z mafią włoską nie wziął się przecież w Polsce znikąd. Stworzyła go pamięć o pewnych wydarzeniach z przeszłości. Z całkiem niedawnej przeszłości.

Pierwsze archiwalne dokumenty dotyczące sprawy Moro zostaną otwarte dopiero w 50 lat po tych wydarzeniach, czyli w 2028 roku. Na te ściśle tajne trzeba będzie poczekać jeszcze dłużej. Chyba, że ktoś na szczytach władzy zdecyduje się odtajnić je wcześniej. Z archiwami jest jednak tak, że raczej czeka się aż wszyscy, których ta sprawa dotyczy i mogłaby postawić w trudnej sytuacji, umrą. Jednym zaś z ludzi, którzy o sprawie Aldo Moro mogą wiedzieć sporo jest Romano Prodi, były włoski premier i były przewodniczący Komisji Europejskiej. To on w 1978 roku wskazał miejsce, gdzie znaleziono samochód, a w jego bagażniku ciało Moro. Prodi powoływał się przy tym na seans spirytystyczny, podczas którego poznał te informacje.

W czasie oficjalnych państwowych uroczystości żałobnych, które prowadził papież, ciała Moro nie było w trumnie. Rodzina, kierując się ostatnią wolą zamordowanego, zorganizowała skromny pogrzeb, na który nie zaproszono żadnego z polityków. Nikt z rodziny nie pojawił się na uroczystościach państwowych. Dziennikarze zaczęli się temu bliżej przyglądać i okazało się, że komórki organizacyjne chadeków kazały na kilka tygodni przed śmiercią Moro wykonać plakaty mówiące o jego śmierci. To jednak nie jest najgorsze, bo akurat taka praktyka jest znana propagandzie. W takich sytuacjach, gdy wyjścia są tylko dwa, tj. "przeżyje"/"nie przeżyje", robi się dwie wersje plakatów i ulotek – tak na wszelki wypadek. Ale chodziło też o to, że policja nie wykonywała swoich zadań należycie i że politycy mogli jednak podjąć mediacje – tylko po to, by zyskać na czasie. Co prawda oficjalna wersja jest taka, że z terrorystami się nie negocjuje, bo to zachęca ich tylko do kolejnych zamachów, ale mimo wszystko jakieś rozmowy się prowadzi, tak by wywiad i szturmowcy dostali czas na odnalezienie i odbicie porwanego. Tymczasem włoscy politycy od początku wyjątkowo zgodnie uznali, że jakiekolwiek formy kontaktu mogłyby zostać uznane przez Czerwone Brygady za okazanie słabości.


Aldo Moro był całkiem przystojny. Był też inteligentny i pracowity. Z wykształcenia prawnik, pracował na uniwersytecie. Jego powołaniem stała się jednak polityka. Na starość zaś rzeczywiście wyglądał godnie - jak na autorytet i głowę chadeków przystało. Bardzo ładnie się zestarzał.

Nie wiem czy był dobrym człowiekiem. Przeczuwam tylko, że tak. Ciężko jest być dobrym, kiedy jest się politykiem i to na dodatek w powojennych Włoszech. Zapewne Moro niejedno miał na sumieniu, bo teorie spiskowe mówiące o tym, iż jego śmierć była na rękę politykom lewicy i prawicy tylko dlatego, że znał ich powiązania z mafią, sugerują tym samym, iż sam musiał być w coś zaplątany. Pomimo to wierzę, że był dobry.

To nie jest tak, że był stary, więc już przyszedł jego czas. Mógł jeszcze długo żyć i cieszyć się szacunkiem Włochów oraz chwilami spędzonymi w gronie licznej rodziny. Trzymał się tego życia. Nie chciał umrzeć.

Pozwolono mu listownie pożegnać się z rodziną.

Nie stał się symbolem. Pozostał sobą, czyli dosyć skromnym starym przywódcą największej siły politycznej ówczesnych Włoch. Zabójstwo pastora Kinga stało się symbolem walki z rasizmem. Zabójstwo Kennedy’ego – symbolem odejścia starej, niewinnej Ameryki, przejścia do następnego, bardziej burzliwego etapu jej historii. Zabójstwo Icchaka Rabina – symbolem niezdolności do porozumienia izraelsko-palestyńskiego.
Aldo Moro pozostał człowiekiem. Starym człowiekiem, który miał dla kogo żyć. Nie dla państwa, nie dla ludzkości, nie dla Kościoła, nie dla chadecji. On chciał żyć dla siebie i rodziny.

W swych listach z więzienia Czerwonych Brygad, były premier zapytywał rządzących o to, czy ważniejsze są zasady (polityczne), czy życie człowieka. On nade wszystko cenił życie.

piątek, 10 czerwca 2011

Ojcowie Europy

Znowu się zdenerwowałam. Lepsze to jednak, niż smutek ekonomisty.
Jakiś czas temu sięgnęłam po artykuł polecony przez kolegę. Na początku nie zwróciłam uwagi na to, że odnośnik dotyczy prawicowej gazety. W tekście chodziło o potępienie pro-unijnej "propagandy". Ponoć teraz dzieciom wtłacza się do głów, jaka wspaniała Unia Europejska jest, a to przecież nieprawda. Obiektywnie powinno się uczyć dzieci, że Unia jest paskudna.
Skąd ta niechęć? Z niewiedzy a to jest najgorsze. Gdybyż to na faktach oparte było! Można przecież struktur unijnych za biurokrację i wyrzucanie pieniędzy w błoto nie lubić. Ale ze względów ideologicznych?!

Prawie każdy z nas potrafi wymienić Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Może nie wszystkich, ale na pewno głównych: Thomasa Jeffersona, Benjamina Franklina, Alexandra Hamiltona, Jamesa Madisona, Jerzego Waszyngtona. Gorzej sprawa ma się z Ojcami Założycielami wspólnej Europy. A tych ojców zjednoczenia, którego jesteśmy świadkami, było co najmniej kilku. W zależności od tego, czy bierzemy pod uwagę tylko opracowanie koncepcji nowoczesnej Europy, czy też wykonawstwo tego planu, to grono liczy sobie od trzech do kilkunastu osób. Wśród nich wymienić należy przede wszystkim: Józefa Retingera, Jeana Monneta, Roberta Schumana, Alcide De Gasperiego, Konrada Adenauera, Winstona Churchilla, Paula Henriego Spaaka, Waltera Hallsteina, Charlesa de Gaulle’a.

Dlaczego nazwiska amerykańskich polityków i prezydentów są lepiej znane? Historia Ameryki Północnej jest bardziej pociągająca od europejskiej. Wydaje się też znacznie prostsza, bo liczy sobie tylko kilkaset lat. No i nie ukrywajmy, że pociąga nas amerykański sukces i łatwo zapamiętujemy towarzyszące mu nazwiska. Europa w porównaniu z Nowym Światem wydaje się nudna. I właśnie tak traktujemy europejskie zjednoczenie – jako nudne. Zupełnie niesłusznie. Wystarczy tylko wspomnieć, że w dwudziestoleciu międzywojennym niektórzy żałowali, iż kaiserowskie Niemcy nie wygrały I wojny światowej, bo wtedy zjednoczono by Europę. To samo chciał też przecież zrobić Hitler – zjednoczyć kontynent. W nieco inny sposób, bo bez ludobójstwa, do podobnego celu dążył Napoleon. Tyle tylko, że we wszystkich tych próbach chodziło o podbój i dominację jednego kraju nad innymi. Tymczasem najpiękniejsze w idei integracji europejskiej, w której uczestniczymy, jest to, że nie przyniesiono jej na niczyich bagnetach. Można boczyć się na dominację potężnych krajów starej Europy, ale nie da się ukryć, że wszelkie konflikty rozwiązujemy pokojowo i w zasadzie wspólnota przynosi korzyści wszystkim.

Przykładami na pokojowe zjednoczenie były dla polityków Starego Kontynentu Szwajcaria, no i Stany Zjednoczone. Dlatego też w 1929 roku minister spraw zagranicznych Francji Aristide Briand - z poparciem ministra spraw zagranicznych Niemiec Gustawa Stresemanna - zaproponował na forum Ligi Narodów powołanie do życia Stanów Zjednoczonych Europy. Miało to służyć tylko zacieśnieniu współpracy w ramach Ligi Narodów. Ale wtedy w Niemczech powoli dochodzili do władzy naziści, Wielka Brytania nie chciała mieszać się w sprawy kontynentu, a w wielu częściach Europy dominowały rządy autorytarne. W zasadzie nikt nie był jeszcze gotów na porzucenie starego sposobu prowadzenia polityki – dążenia do zdobycia przewagi albo utrzymywania równowagi militarnej. Europa potrzebowała traumatycznego doświadczenia kolejnej wojny. Dopiero wtedy uznano, że wywołanie przez Stary Kontynent dwóch wojen światowych jest wystarczającym powodem do tego, by zapobiec kolejnej katastrofie. Kolonie zaczęły uzyskiwać samodzielność, metropolie się wykrwawiły, skarbce stały puste. Dominującą pozycję w polityce międzynarodowej przejęły Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i Związek Radziecki. Europa czekała na pomysł, jak wygrzebać się z zapaści.

Polski działacz emigracyjny, Józef Retinger, w maju 1946 roku wygłosił referat w Królewskim Instytucie Spraw Zagranicznych w Chatham House. Mówił o przyszłości kontynentu. Stwierdził, że najlepszym punktem rozpoczęcia integracji będzie sfera gospodarcza. Wraz ze swymi wpływowymi przyjaciółmi z kręgów liberalnych krajów zachodniej Europy stworzył Niezależną Ligę Współpracy Ekonomicznej. To właśnie na tym forum wypracowano koncepcję Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Również w 1946 roku Winston Churchill, który był na bieżąco informowany o tych planach, apelował w Zurychu o niemiecko-francuskie pojednanie i Stany Zjednoczone Europy. Chodziło o pokój, bezpieczeństwo i wolność. To była wizja Churchilla, który utworzył Komitet Zjednoczonej Europy. W 1947 roku we Francji powstała zaś Rada na rzecz Zjednoczonej Europy. Te dwie ostatnie organizacje miały na celu zawiązanie wojskowych sojuszy na czas wojny.

W 1947 roku amerykański sekretarz stanu George Marshall zaproponował pomoc gospodarczą dla Europy. Warunkiem było utworzenie przez państwa mające zostać objęte tym programem organizacji do zarządzania pomocą i planowania odbudowy. Umowy zawarte pomiędzy kilkunastoma krajami i USA zobowiązywały państwa sygnatariuszy do współpracy gospodarczej, liberalizacji rynków i rozwoju handlu. To była Organizacja Europejskiej Współpracy Gospodarczej (OEEC). Jak widać, był to niesamowity okres powstawania wielu związków działających na rzecz integracji. Powstała na przykład organizacja europejskich chadeków: Nowe Ekipy Międzynarodowe. Na tym forum poglądy wymieniali Konrad Adenauer z RFN, Alcide De Gasperi z Włoch i Robert Schuman z Francji.

To wszystko nie było jednak takie proste i spontaniczne. Nadal istniało wiele różnic i ścierały się tendencje narodowe. Nawet federaliści byli podzieleni. Anglicy zaś w ogóle trzymali się na uboczu, chociaż stworzyli militarną Unię Zachodnioeuropejską (Wlk. Brytania, Francja i kraje Beneluksu).

To Polak, Józef Retinger, wpadł na to, że trzeba te wszystkie wysiłki połączyć. W 1947 roku, w czerwcu, doprowadził do powstania Komitetu Koordynacyjnego Ruchów Międzynarodowych na rzecz Jedności Europejskiej. Na czele stanął zięć Winstona Churchilla, Duncan Sandys z Ruchu Zjednoczenia Europy. Retinger został sekretarzem generalnym. To ten Komitet doprowadził do Kongresu w Hadze - kongresu, który miał sformułować zasady polityki jedności europejskiej. 8-10 maja 1948 roku prawie tysiąc polityków, ekonomistów, prawników, naukowców, przedstawicieli świata kultury i biznesmenów z 19 krajów oraz obserwatorów z Kanady i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zebrało się, by rozmawiać o dalszych losach Starego Kontynentu. Paul-Henri Spaak przedstawił konkretne plany utworzenia Rady Europy, którą to Radę powołano do istnienia w Londynie w maju 1949 roku. Miała ona na celu stanie na straży pokoju i sprawiedliwości, rozwijanie współpracy międzynarodowej i zabezpieczenie wspólnego dziedzictwa europejskiego.
Józef Retinger zdawał już sobie wtedy sprawę z tego, że może przestać martwić się o zjednoczenie. Zajął się opracowywaniem projektów unii celnej, wspólnego rynku europejskiego oraz Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Ktoś musiał opracować podstawę teoretyczną, a ktoś inny musiał wcielić te pomysły w życie. Ci, którzy pracowali nad samą koncepcją wspólnej Europy popadli już w zapomnienie. Łatwiej zapamiętać premierów, czy ministrów spraw zagranicznych. To dlatego wśród Ojców Integracji wymienia się Churchilla, de Gaulle’a, Adenauera i De Gasperiego. Potem są Schuman i Monnet, a nieliczni znają jeszcze kogoś takiego jak Spaak czy Spinelli. Wśród tych najmniej rozpoznawalnych nazwisk znajdujemy polskiego przedstawiciela zjednoczenia – chodzi o Józefa Retingera.

Przy tej okazji należy powiedzieć coś ważnego. Otóż myślicieli i filozofów traktuje się w najlepszym przypadku z przymrużeniem oka. Wiem, bo sama na początku studiów, po pierwszym kursie z doktryn politycznych, uznałam ich za obiboków i stwierdziłam, że trzeba ich było wszystkich wysłać do kamieniołomów, to wtedy może przydaliby się na coś ludzkości i nie myśleliby o głupotach. A teraz sama jestem jednym z takich obiboków, co to tylko czytają książki, a następnie na ich podstawie piszą artykuły. Na sprawy dotąd przeze mnie wyśmiewane z konieczności patrzę więc inaczej. Być może to niedocenienie zajmowania się myślą polityczną czy ekonomiczną wiąże się też z kompleksem humanisty. Przecież humaniści rzadko kiedy robią coś spektakularnego. Ani nie modyfikują genetycznie, żeby można było wykarmić Afrykę, ani nie opracowują modeli statków międzyplanetarnych, ani nawet zwykle nie rozumieją o co dokładnie chodzi w teorii ewolucji. Nie wszędzie jednak działania humanistów są mało widoczne. Na Zachodzie istnieją zespoły, tzw. think tanki, które na potrzeby rządów czy prywatnych firm opracowują różne koncepcje dotyczące jednostek, społeczeństw, instytucji i organizacji. Koncepcję wspólnej Europy też ktoś musiał obmyślić. Szefowie rządów nie mieli na to czasu. Nie ukrywajmy, że za premierami, ministrami, czy prezydentami, stoją sztaby ludzi, którzy myślą za nich. Politycy mają podejmować decyzje, bardzo ważne decyzje, a następnie przekonać do nich społeczeństwa, ale ich uwagi wymaga tak wiele spraw, że nie mają czasu na szczegółowe roztrząsanie wszystkich za i przeciw. Rozstrzygnięcia następują więc na podstawie materiałów przygotowanych przez zespoły doradców. Dlatego musiało zebrać się grono wykształconych w różnych dziedzinach, inteligentnych i mądrych ludzi: ekonomistów, urzędników, prawników, finansistów, teoretyków polityki i dyplomacji, by w ciągu kilku lat przedyskutować pewne idee dotyczące powojennego ładu europejskiego. Musieli zbijać argumenty, szukać za i przeciw – dokonywać intelektualnego wysiłku, by następnie przeforsować swoje propozycje wśród polityków. To nie żadna teoria spiskowa. Chodzi o mechanizm, według którego działa wielka polityka. W świecie nauki uznaje się, na przykład, że aby Darwin mógł opracować teorię ewolucji, musiało na niego pracować jeśli nie tysiące, to setki innych naukowców, przez kilkaset lat. To taka piramida, na której szczycie stoi Karol Darwin. Podobne porównanie da się zastosować w sferze polityki. Na to, aby de Gaulle, Churchill, Adenauer i De Gasperi mogli triumfalnie ogłosić nową nadzieję dla Europy musiały pracować setki innych umysłów.

Po II wojnie światowej brano pod uwagę różne scenariusze przyszłości Niemiec. Jeśli chodzi o gospodarkę, to Francji zależało na jak największym osłabieniu pokonanego militarnie przeciwnika, natomiast Wielka Brytania i USA z jednej strony przychylały się do wyznaczenia niskich limitów produkcji stali, czy wydobycia węgla, ale z drugiej strony zależało im na szybkiej odbudowie gospodarczej Niemiec, by oddalić widmo komunizmu. Ścierały się więc różne interesy natury politycznej i ekonomicznej. Minister Spraw Zagranicznych Francji, Robert Schuman, mając na uwadze niezaostrzanie konfliktu pomiędzy byłymi aliantami, zwrócił się o pomoc do Jeana Monneta odpowiedzialnego za plan modernizacji francuskiej gospodarki. Wytyczne były takie, by zapewnić pokój Europie i spróbować rozwiązać niemiecko-francuski konflikt o Zagłębie Saary i nadprodukcję stali w Zagłębiu Ruhry. Monnet wyszedł z założenia, że od razu nie da się stworzyć jakiejś potężnej organizacji mającej zjednoczyć Stary Kontynent. Postanowił więc skupić się na tym, co było najbardziej drażliwe: na węglu i przemyśle ciężkim. I to właśnie Monnet i jego ludzie z francuskiej Komisji Planu byli autorami Deklaracji Schumana, ogłoszonej 9 maja 1950 roku. W wystąpieniu ministra spraw zagranicznych Francji ustalono cele przyszłej organizacji, a także przedstawiono mechanizmy podejmowania decyzji w jej instytucjach. Po raz pierwszy od dawna Francja i Niemcy zaczęły pracować wspólnie, mając na uwadze dobro całego regionu. Chodziło o węgiel i stal oraz organizację, która będzie kontrolować ich zasoby i produkcję. Monnet, a za nim Schuman, posługiwali się argumentem zysków materialnych. W ich wypowiedziach znaleźć jednak można także idealizm. Monnet wypowiedział zdanie: "Celem wszystkich naszych wysiłków jest rozwój ludzkości, a nie proklamowanie ojczyzny wielkiej czy małej".

J. Monnet i R. Schuman

Jeśli chodzi o idee zjednoczenia Europy, które ścierały się ze sobą w latach 40., to wyróżniamy wśród nich tendencję federalistyczną, czyli wizję państw związkowych i superpaństwa nad nimi stojącego – coś podobnego jak USA. Za tym opowiadał się między innymi Churchill. Naprzeciwko niej stała koncepcja unii, czy też konfederacji. Chodziło tu o stopniową integrację poprzez współpracę międzynarodową centralnych władz poszczególnych państw. Za tym opowiadali się Retinger czy de Gaulle. Jeśli wyrazem federalizmu było hasło Stanów Zjednoczonych Europy, to konfederalizm ujęty został w haśle "Europy państw". Trzecim ważnym nurtem obecnym w debatach lat 40. był funkcjonalizm. W uproszczeniu można powiedzieć, że nawoływano w nim do scalania poszczególnych sfer aktywności państw. Podstawą miało być zbudowanie więzi gospodarczych. Świetnie podsumowano w tym ostatnim nurcie ideę integracji podkreślając, że scalony gospodarczo kontynent będzie spokojny, ponieważ żadnemu państwu nie będzie zależało na wojnie i podbojach. Każdy konflikt zerwałby bowiem sieć ekonomicznych powiązań i skutkowałby niezadowoleniem obywateli. Funkcjonalistą był na przykład Schuman.

Jeśli chodzi o samych ojców wspólnej Europy, to urodzili się pod koniec XIX wieku. W połowie XX stulecia byli więc już w sile wieku. Widzieli klęskę I wojny światowej, jak i zniszczenie Europy w wyniku II wojny światowej. Mieli określone doświadczenia i nieśli za sobą wartości, które miały połączyć skłócone dotąd mocarstwa. Byli antynacjonalistami, ale szanowali odmienność etniczną, kulturową i historyczną poszczególnych części Europy. Chcieli jednak uchronić swoje ojczyzny przed kolejną katastrofą.
Trzech z nich połączyło to, że pochodzili z obszarów pogranicza, a na scenie politycznej reprezentowali ugrupowania chrześcijańsko-demokratyczne. Chodzi o Adenauera, De Gasperiego i Schumana. Co ciekawe, każdy z nich ma szansę na beatyfikację.

Schuman urodził się we francuskiej rodzinie w Luksemburgu. Uczył się po francusku w niemieckiej szkole, bo rodzina zamieszkała w Lotaryngii, która należała wtedy do Cesarstwa Niemieckiego. Francuskie obywatelstwo dostał dopiero po I wojnie światowej i od razu zajął się polityką. W czasie II wojny światowej, po tym jak rozstał się z rządem Vichy, uciekał przed Niemcami, którzy chcieli nakłonić go do kolaboracji.
Z kolei Niemiec, Konrad Adenauer, pochodził z Nadrenii, a więc również z obszaru, o który Francuzi i Niemcy długo ze sobą walczyli. Tak samo jak Schuman Adenauer zaczynał karierę polityczną po I wojnie światowej. Pomiędzy 1933 a 1945 rokiem kilka razy siedział w więzieniach Gestapo, podejrzany o działalność antynazistowską.
Włoch, De Gasperi, też siedział w więzieniu, tyle że za sprzeciwianie się faszyzmowi Mussoliniego. Również urodził się na pograniczu – w austriackiej części Włoch.

Adenauer jako kanclerz Niemiec chciał powiązać gospodarczo swój kraj z odwiecznym wrogiem – Francją. Był w stanie przekonać do tej idei parlamentarzystów nie tylko z CDU. Nie bał się głośno mówić o tym, że czas już przezwyciężyć historyczne konflikty, a integracja europejska jest najlepszą szansą odbudowy Niemiec. Zjednoczenie miało być też środkiem bezpieczeństwa i tamą dla odradzającego się nacjonalizmu. Adenauer popierał koncepcję funkcjonalistyczną, polegającą na jednoczeniu etapami. W kolejności: gospodarka, obronność, polityka i kultura.
Jako szef francuskiej dyplomacji Schuman postulował odbudowę stosunków francusko-niemieckich. Po utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej przez dwa lata (1958-60) był przewodniczącym Europejskiego Zgromadzenia Parlamentarnego, a do 1963 r. - jego członkiem.
Alcide De Gasperi, premier Włoch, był współinicjatorem założonej w 1949 roku Rady Europy, a później także EWWiS. Znany był jako znakomity mówca i negocjator. Przekonywał Włochów do nowej nadziei, jaką miała się stać integracja Europy. Chodziło mu nie tylko o szczytne idee, ale też o zwiększenie potencjału gospodarczego, technologicznego i finansowego kontynentu. Za de Gasperiego Włochy stały się członkiem NATO. Okres jego rządów nazywa się we Włoszech "erą de Gasperiego". Dzięki aktywnemu uczestnictwu w europejskim procesie gospodarczym zdołał on odbudować pozycję Włoch na arenie międzynarodowej.

Badacze podkreślają, że życie Gasperiego, podobnie jak Schumana i Adenauera, można podzielić na dwa okresy. Jeden to czasy młodości, kiedy to sprzeciwiali się faszyzmowi i nazizmowi. Byli więzieni, bądź też musieli się ukrywać przed służbami bezpieczeństwa zbrodniczych systemów. Gasperi swoje ocalenie zawdzięczał osobistej interwencji papieża, który po podpisaniu przez Mussoliniego Traktatów Laterańskich upomniał się o znaczących opozycjonistów.
Drugi ważny etap w życiu tych kilku kluczowych dla europejskiego zjednoczenia postaci to okres od końca II wojny światowej, kiedy to znowu pojawili się na scenie jako dojrzali i doświadczeni politycy.

Ci trzej panowie: Schuman jako minister spraw zagranicznych Francji, Adenauer jako kanclerz Niemiec i Gasperi jako premier Włoch, uzgodnili między sobą plan stopniowego zjednoczenia Europy. Opracowali go jednak inni.

Główny ciężar spoczywał na pragmatycznym Jeanie Monnecie, który musiał gospodarczo pogodzić Niemców i Francuzów po wojnie, tak by uniknąć kolejnych tarć między tymi pełnymi resentymentów narodami. Jako człowiek odpowiedzialny za plan odbudowy i modernizacji gospodarki francuskiej był doskonałym kandydatem do wypracowania struktury organizacji międzynarodowej mającej zarządzać zasobami węgla i produkcją stali we Francji i w Niemczech. To były newralgiczne punkty gospodarki europejskiej. Pracę Monneta popierał Józef Retinger.

Józef Retinger

Retinger urodził się pod koniec XIX wieku w Krakowie. Studiował na Sorbonie, w Monachium, Florencji i Londynie. Kiedy tak jeździł po akademickim świecie zawierał liczne znajomości, które miały zaprocentować w przyszłości. Jego przyjaciele z czasów młodości stawali się bowiem wielkimi finansistami, politykami, czy artystami. Jako polski emigrant zakładał organizacje, mające na celu uzyskanie pomocy dla polskich dążeń niepodległościowych. Przez wiele lat pracował na swoją pozycję niezależnego eksperta i doradcy. Jego kontakty w wielkim świecie podsumowuje się zwykle stwierdzeniem, że dla niego drzwi na Downing Street 10 i do Białego Domu zawsze były otwarte. Nie zawdzięczał tego tylko i wyłącznie swojemu czarowi i elegancji. Chodzi raczej o licznych przyjaciół. Wystarczyło kilka telefonów i spotkań, by mógł swe postulaty kierować do samego Churchilla czy Roosevelta. W czasie II wojny światowej pomagał polskiemu rządowi działającemu na wychodźstwie. Został też cichociemnym, ale z tym wiąże się inna, bardzo dramatyczna historia. Przez ten cały czas odkąd przed I wojną światową wyjechał z Polski kształtowało się w nim przekonanie, że jedyną szansą Europy na rozwój jest pokój. Stał się więc rzecznikiem zjednoczenia Starego Kontynentu. Korzystając ze swoich kontaktów i zdolności dyplomatycznych doprowadził do powstania w 1946 roku Międzynarodowego Komitetu Ruchów Jedności Europy, który współorganizował Kongres Europy w Hadze. Na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ powstała niezła praca doktorska: Andrzej Pieczewski, "Działalność Józefa Hieronima Retingera na rzecz integracji europejskiej".

Co do pozostałych Ojców Integracji, to warto wymienić Winstona Churchilla, który to po przegraniu wyborów parlamentarnych zaraz po wojnie, zaczął jeździć po świecie i wygłaszać różne odczyty. To z tamtego okresu pochodzi zdanie o tym, że w Europie spadła żelazna kurtyna – od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem. Z tego też okresu pochodzi wypowiedź o potrzebie stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. W czasie wojny Churchill zetknął się z Retingerem. Retinger z kolei wpłynął bezpośrednio także na Paula-Henriego Spaaka, belgijskiego polityka działającego w Londynie. To Spaak zapoczątkował ścisłą współpracę pomiędzy krajami Beneluksu. Wśród Ojców wspólnej Europy znajdujemy także takie nazwiska jak de Gaulle, Altiero Spinelli, Walter Hallsteina, czy Jaques Delors.

Oficjele po podpisaniu układu o EWWiS

18 kwietnia 1951 roku, w Paryżu, przedstawiciele sześciu krajów zachodniej Europy podpisali układ o Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali i ich też zaliczamy do grona Ojców Europy (tak jak sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości i Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zalicza się do amerykańskich Ojców Założycieli). Pod Traktatem paryskim podpisali się: Paul van Zeeland i Joseph Meurice (Belgia), Joseph Bech (Luksemburg), Carlo Sforza (Włochy), Dirk Stikker i Johannes van den Brink (Holandia), Robert Schuman (Francja) oraz Konrad Adenauer (RFN).

Historia integracji europejskiej wcale nie jest nudna, a nazwiska, które za nią stoją są naprawdę wielkie. Wspólna Europa to coś, czego doświadczamy właściwie na co dzień, korzystając ze stworzonego przez nią okienka pogodowego, w czasie którego cieszymy się wolnością i pokojem. Ojcowie Założyciele zdawali sobie sprawę z różnic dzielących poszczególne narody i państwa. Byli ludźmi niemłodymi, pragmatykami, którzy do wielkiej idei zjednoczenia przekonywali poprzez argumenty ekonomiczne. Każdy z nich jednak marzył o tym, by Stary Kontynent zintegrował się nie tylko gospodarczo, ale też politycznie i kulturowo. Echa tego idealizmu odnajdujemy w Traktacie paryskim i Traktatach rzymskich, a w ostatnim czasie w Traktacie reformującym z Lizbony. Niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze dzieje Europy, trzeba przyznać tym kilku wielkim myślicielom i politykom, którzy zapoczątkowali integrację, że odwalili kawał dobrej roboty.