Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rybnik. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Rybnik. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 29 listopada 2015

"Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret..."

"Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret,
To takie proste, choć przecież takie stare.
Więc się nie tłumacz, że wszystko jest źle,
Ale po prostu uśmiechnij się!
Zrób kabaret, po prostu zrób kabaret,
Między dialogi piosenek włóż parę.
Zaproś publiczność i krzesła im daj,
Potem recytuj, śpiewaj i graj!".
Nigdy nie byłam na Pace w Krakowie. Raz tylko oglądałam przypadkiem próby kilku kabaretów i przygotowania żołnierzy, którzy w uliczce na tyłach klubu studenckiego "Żaczek" ćwiczyli marsz ze "Zrób kabaret" na ustach. Całkiem nieźle im to wychodziło.
Kiedy studiowałam w Krakowie, PAKA była dla mnie niepotrzebnym wydatkiem. Dlatego kiedy trafiłam do Rybnika, postanowiłam zobaczyć Ryjka, czyli Rybnicką Jesień Kabaretową. Udało mi się w tym roku. Obejrzałam koncert jubileuszowy z okazji dwudziestolecia Jesieni. Warto było. Koncert trwał kilka godzin i przez większą część był co najmniej umiarkowanie zabawny. Zdarzały się też jednak momenty, kiedy czułam mniejsze lub większe zażenowanie. Domyślałam się, że w takich momentach śmiech części widzów następuje jakby z rozpędu, bo przecież jesteśmy na koncercie kabaretowym - trzeba się śmiać. W przyszłym roku postaram się zobaczyć konkurs, żeby sprawdzić, czy kiedy się tego nie nagrywa, skecze są na wyższym poziomie.
Od kiedy oglądałam w telewizji Potem, Tey, Kabaret Olgi Lipińskiej i powtórki Starszych Panów, czy Dudka, minęło trochę czasu. Miałam dwa kanały do wyboru i z tego co kojarzę na kabarety trafić można było co najwyżej raz na tydzień, na jednym z nich. Ponoć teraz jest tak, że wystarczy sprawdzić kilka kanałów i na którymś na pewno będzie impreza kabaretowa. Namnożyło się wydarzeń, telewizja lubi je transmitować i retransmitować. W związku z tym mówi się o rozmienianiu talentu kabareciarzy na drobne. Zgadzam się z tym. Coraz trudniej znaleźć dobry skecz. Dobry, czyli trafiający w gust. Nawet tak kontrowersyjna postać, jak Ricky Gervais, posługująca się często humorem na poziomie kreta na Żuławach Wiślanych, czasem potrafi trafić w mój gust. Czyli da się. Najbardziej lubię jednak żarty, w których obśmiewa się tak, żeby obśmiewani dobrze się bawili. W takich przypadkach sypiący żartami po prostu śmieje się także z siebie.
Artysta kabaretowy nie ma pokazywać, że to "zwykli ludzie" są głupi a on jest jaśnie panem łaskawie wytykającym im błędy. Artysta kabaretowy ma być od tego, żeby zauważyć niedociągnięcia w sobie i otoczeniu i kpić z nas wszystkich, dopóki nie zatrzyma go wyczucie smaku.
Nie chcę poświęcać czasu na czytanie opracowań dotyczących upadku polskiego kabaretu. Domyślam się natomiast, że sporo takich powstało, bądź też powinno powstać, bo temat jest chwytliwy. Inna rzecz, której się domyślam, dotyczy zbytniego upraszczania: w PRL musieli omijać cenzurę, więc było mądrzej i dowcipniej, a teraz nie ma cenzury i nie trzeba się wysilać. Albo: kiedyś ludzie byli mądrzejsi, teraz są głupsi i telewizja, a z nią kabarety, muszą schlebić tym niskim gustom.
Bzdura.
Po pierwsze, w cenzurze nie pracowały same tępaki. W końcu ludzie byli wtedy mądrzejsi, prawda? Polska władza socjalistyczna raczej dbała o wentyle bezpieczeństwa, żeby społeczeństwo nie wybuchało za często. Kabaret był jednym z takich wentyli. Cenzura więc od czasu do czasu przymykała oczy. Na pewno jednak toczyła się między artystami i cenzorami gra, dająca czasem niesamowite rezultaty. Najlepszym przykładem na to jest Tey, chcący zamienić miejscami Polskę ze Szwecją, czy opowiadający o produkcji "bombek" na choinkę. Złym jest Jan Pietrzak, do tej pory zawodzący o tym, żeby Polska była Polską. Do stworzenia dobrego kabaretu cenzura nie jest jednak warunkiem koniecznym. Jakoś nie wiążę Kabaretu Starszych Panów, czy Potem z przemycaniem treści politycznych. Podstawą był dla nich tekst i solidne przygotowanie. Dodać do tego dobre a nawet świetne aktorstwo i mamy sukces.
Po drugie, to wcale nie jest zamknięte koło: ludzie są głupsi, produkuje się dla nich głupsze programy, oni stają się jeszcze głupsi, więc pokazuje się im jeszcze głupsze programy. Masowy odbiorca to tylko hipotetyczny twór jakim stacje chwalą się przed reklamodawcami. Winne są zatem stacje, chcące więcej zarobić. Przy czym widzowie nie będą oglądać, tylko telewizor będzie włączony w tle. Zupełnie inny efekt niż przy "Niewolnicy Isaurze", kiedy - zgodnie z legendą - ulice polskich miast i drogi na wsi były wyludnione a obywatele przyklejeni do odbiorników. I nie ma w tym zasadniczo nic złego - stacja telewizyjna ma wyniki oglądalności, czym pozyskuje kolejnych reklamodawców. Ci sami telewidzowie mogą też później, kiedy już ogarną się po pracy, oglądać filmy fabularne, dokumenty BBC, czy seriale HBO bądź Netflixa. Gdyby w polskiej telewizji zaproponować im coś innego niż imprezę kabaretową, np. powtórkę Potem albo Tey, prawdopodobnie większość z nich nie miałaby nic przeciwko, o czym jednak nie poinformowaliby danego nadawcy. Z tym da się żyć, ale po co wmawiać obywatelom, że są coraz głupsi, skoro kiedyś za szczytowe osiągnięcie kultury mogła być uważana Isaura?
Z pewnością polskim kabareciarzom przydałaby się długa telewizyjna absencja. To jest coś, co mogłoby im pomóc stanąć na nogi. Niech bez telewizji sprawdzą, czy aby na pewno publiczność ma żenująco niski gust. Może gdyby kilka razy nie zapełnili sal, wzięliby się do koncepcyjnej roboty a do tego poćwiczyli aktorstwo. Zarabiają jednak na tych telewizyjnych występach za dużo, więc jest to mrzonka.
Oprócz sprawdzenia konkursów Ryjka, a w dalekiej przyszłości Paki, na razie nie planuję oglądania współczesnych polskich kabaretów. Nie wykluczam jednak, że kiedyś znowu mogą być zabawne. Póki co, kultowi twórcy pozostawili po sobie wystarczająco dużo materiału, żeby przetrwać ten smutny czas.
"Czarować masy mogą tylko artyści,
Pięknymi słowy, wdziękiem ujmować,
Za to tak kochamy, lubimy ich wszyscy,
Byle tego innym nie darować,
Artyści mogą masy robić w balona,
W osła i w barana, ogółem w konia,
A kto inny naszą maskę ubierze,
To takiego... aż poleci pierze".

wtorek, 10 marca 2015

Mruczy, syczy i buczy

Wszystkie dźwięki z tytułu wydaje z siebie elektrownia. Elektrownia Rybnik konkretnie mówiąc. Ostatnimi czasy ER była głośniejsza niż zwykle, bo przechodziła kolejny zabieg wydłużający jej życie. Przy okazji przypomniałam sobie, że miałam o niej napisać.

Przez kilka lat wychowywałam się niedaleko elektrociepłowni i proszę, jak to na mnie wpłynęło! Lądując w nowym mieście szukam kominów i hałd węgla. Miasto, masa, maszyna. Kiedy wyprowadzałam się z Łodzi żal mi było między innymi elektrociepłowni. Ich kominów, czerwonych światełek i usytuowania, dzięki któremu trudno było się zgubić. W Rybniku na szczęście też mam elektrociepłownie i jedną (ale za to jaką!) elektrownię.

Elektrownia Rybnik (widok od strony zalewu)

Jest ogromna, posiada własny, sztucznie utworzony zbiornik wodny, fundację (dawniej Fundacja Elektrowni Rybnik, teraz Fundacja EDF; to ta od Ryjka), zużywa miliony ton węgla (co sobie będzie oszczędzać, na czarnym Śląsku jest), a środowisko truje tak, że może czuć się zawstydzona tylko przy gigantach, jak Bełchatów. Nie truje bez dajracji - trzy łódzkie elektrociepłownie razem wzięte nie dają tyle prądu co ona. Przy czym to elektrociepłownie, trzeba oddać im sprawiedliwość. No i oczywiście ER ma własne rondo, jedno z 38, którymi dysponuje miasto nazywane Rondnikiem.


ER ma jeden z najwyższych kominów w Polsce - 300 m. Kominy ma w sumie cztery. Wyglądają jak tradycyjna polska rodzina: tata (300 metrów), mama (260 m) i dzieci (każde po 120 m, ale nie bliźniaki, bo drugi pojawił się dopiero niedawno). Plus dwie chłodnie kominowe po 120 m - status rodzinny nie ustalony. Chłodnie oddzielone są od reszty zwykłą, dostępną dla każdego użytkownika drogą. Wygląda to tak, że w bardzo bliskiej odległości mija się te wszystkie obiekty o strategicznym znaczeniu. Po jednej stronie kominy do usuwania spalin, transformatory i budynki kryjące kotły, turbiny, generatory a po drugiej chłodnie kominowe i jakaś drobnica. Czyli oficjalnie można się między energetycznymi bohaterami przejść i posłuchać buczenia (transformator), mruczenia (najprawdopodobniej generator) i syczenia (chłodnia).

Spacer ul. Podmiejską

Elektrownia, podobnie jak kopalnia, kojarzy mi się ze słowami umiejętnie złożonymi na długo przed rewolucją przemysłową: "Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś". Ja dostaję gotowe ciepło, światło, zasilanie urządzeń uważanych za zwyczajne, jak lodówka, pralka, telefon, komputer. Zdobycze cywilizacji, bez których naprawdę trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie na co dzień. Jestem już tak rozpuszczona, że dziwię się, jeśli przy drodze nie ma latarni ulicznych. I nie zastanawiam się, ile to kosztuje ludzkiej pracy, czasu, materiału i pieniędzy, sprawić, żeby to porządnie funkcjonowało. Jaka to musi być odpowiedzialność! Pewnie na co dzień górnicy, kolejarze i energetycy tak o tym nie myślą, bo i po co. Ale prawda jest taka, że jakby na dłużej stanęły kopalnie, pociągi i elektrownie, nikt inny nie mógłby pracować. Fascynujące, prawda?

Zbliżenie na transformatory

Przeglądając stare kroniki filmowe z jakiegoś zbiorku wydanego ok. 10 lat temu można trafić na materiał ostrzegający przed spóźnianiem się do pracy. Obywatelom PRL wyszczególniono w nim ile kosztuje państwo kilka minut przestoju w różnych działach gospodarki. Bardzo sugestywne. Nawet dzisiaj, w innej rzeczywistości politycznej i gospodarczej, na samą myśl o możliwym spóźnieniu do pracy czuję się winna. Ile by kosztował kilkugodzinny, niezaplanowany przestój elektrowni?

Energetyk, w przeciwieństwie do kolejarza, stoczniowca, hutnika czy górnika, raczej nie był hołubiony przez dawną propagandę. Nie przypominam sobie kroniki opowiadającej o mozole tej pracy. O kopalni i hucie, o stoczni, o kolejach, to tak, niemało tego było i to filmów czasem bardzo dobrej jakości, ale o elektrowni? To już bardziej z Homerem Simpsonem i przyciskaniem co jakiś czas czerwonego guziczka się kojarzy. Albo z zespołem AC/DC. Kto wie, może energetyków gubi to, że nie mają wspólnego symbolu: lampki, kilofa, jakiegoś fantazyjnego nakrycia głowy, orzełka na czapce. Jest błyskawica, ale prędzej skojarzymy ją z wojskową łącznością, niż z prądem.

W ostatnich latach w ER zachodzą spore zmiany. Niewątpliwie wiąże się to z przejęciem Elektrowni przez francuski koncern energetyczny EDF kilka lat temu. Przy okazji, chyba nie wszystkim podobają się te zmiany, bo na chodniku przy wspomnianej już ulicy Podmiejskiej można było (przynajmniej jeszcze kilka miesięcy temu) przeczytać: "j...ć Francuza". Miała być znaczna rozbudowa elektrowni, mówiło się o nowych blokach, ale za dużo by to kosztowało, więc trwa odnawianie tego, co powstało w czasach Gierka. I tak jest to dość kosztowna i czasochłonna operacja (jakieś 350 mln euro, a prace mają zakończyć się w 2018 r.). W jej ramach zmodernizowane zostaną bloki energetyczne, ulepszane są instalacje odsiarczania (czego znakiem jest nowy, czwarty komin), powstanie nawet oczyszczalnia ścieków. Cały projekt nosi nazwę "Nowy Rybnik". Pozwoli na wydłużenie żywotności ER do 2030 r. Co potem? Niestety, jako region górniczy nie mamy szans na elektrownię atomową.

środa, 30 kwietnia 2014

"Elektryczne sny"

Nadal nie wiadomo, czy androidy liczą przed snem elektryczne owce. Na pewno jednak wielu ludzi śni o elektronice.

Jakiś czas temu w Zespole Szkół Technicznych w Rybniku odbyły się zawody robotów. W Łodzi coś podobnego oglądałam na Sumo Challenge w centrum handlowym Manufaktura a organizatorem było Studenckie Koło Naukowe Robotyki SKaNeR. Różnice pomiędzy tymi dwoma wydarzeniami wcale nie są tak duże jak mogłoby się wydawać. W obu są podobne zadania, porównywalna liczba uczestników, pole do popisu dla ludzi z zewnątrz, którzy chcą poznać podstawy konstrukcji i programowania. To łódzkie jest oczywiście bardziej nagłośnione, ma większą widownię, no i bohaterami są roboty studentów, ale rybnickie jest bliższe oglądającym i uczestnikom, nie tylko za sprawą dusznej sali gimnastycznej. Atmosfera w ZST była naprawdę przyjaźnie techniczna. Tyle komputerów na metr kwadratowy w jednym pomieszczeniu oglądałam ostatnio w filmie o NASA.

Mimo starań nadal wpadam w pewne pułapki: zdziwiło mnie, że wśród uczestników były kobiety. A chyba nie powinno. Może to przez to, że było ich niewiele? Mam nadzieję, że za 10 czy 20 lat będzie ich więcej. Teraz w szkołach pewnie już nie mówi się wprost, a może i także nie między wierszami, że kobiety nie nadają się na technicznych (przypominam sobie np. coś takiego: w podstawówce większość nauczycieli bawiła się tym, że i tak nic z nas ogólnie nie będzie, a w liceum prawnik czy architekt ok, budownictwo - no, co ty). Pozdrawiam z tego miejsca akcję Dziewczyny na Politechniki - zamiast ustalać obowiązkowe kwoty lepiej zachęcać do tego, że można i nie ma w tym nic dziwnego. Sposób myślenia zmienia się co prawda dłużej, ale efekt jest trwalszy.

Serdecznie rozbawił mnie plakat, który kilka lat temu zobaczyłam gdzieś w centrum Warszawy: "Mężczyźni też mogą tworzyć naukę". To takie przyjemnie rozbrajające.
Są też sprawy nieprzyjemne i zupełnie niezabawne, ale wróćmy do elektroniki.

Kiedy wybierałam się na zawody sumo robotów w Łodzi i w Rybniku wiedziałam już, że mam się nie spodziewać LS3 Boston Dynamics, ASIMO, czy małego sapera z "True Blue" albo polskiej jednostki antyterrorystycznej, który może się pomylić więcej niż raz. To nie znaczy, że roboty konstruowane przez uczniów i studentów są brzydkie i niczego nie przypominają. Wręcz przeciwnie. Część zawodów jest na ten przykład dedykowana maszynom z klocków lego. Część to tor do jazdy na czas po wyznaczonej linii - samochody przypominają bolidy F1 albo statki floty rebeliantów z "Gwiezdnych Wojen". W sumo walczą zarówno ociężali, z pozoru nieatrakcyjni, jak i delikatniejsza, lekka kawaleria. Wszystkich łączy jedno: skądś wystaje jakiś przewodzik, coś trzeba nasmarować. Od razu widać, że to nie są zabawki (żaden urząd by tego do użytku nie dopuścił), chociaż czasem znajdują się w rękach dziesięciolatków.

Technika zmienia się bardzo szybko. W końcu będziemy musieli zmierzyć się z takimi tematami jak android, cyborg, myśląca a nawet czująca maszyna. Może skończy się jak w "Terminatorze" i "Matriksie", a może będzie bardziej spokojnie, bo przecież zacznie się od małych rzeczy. W polskiej telewizji już w pierwszej połowie lat 90. pokazano "Electric Dreams". Film nie opowiadał o zespole muzycznym, tylko o domowym komputerze, o którym można było tylko śnić, przeglądając "Bartka" albo chłonąc programy telewizji edukacyjnej. Bohater "Electric Dreams" mógł już zarządzać całym domem (w latach 80. to było science-fiction), uczył się myśleć, a nawet czuć. Chodziło o system operacyjny, ale przecież do tej pory dla uproszczenia mówię "komputer", nie rozróżniając jednostki centralnej, monitora, systemu. Nie pamiętam czy tamten komputer był jednym pudłem czy kilkoma. Zapamiętałam film dzięki zakończeniu. (Uwaga, będzie spoiler!) Jest tam sekwencja, w której komputer - zanim popełni samobójstwo - prosi swojego właściciela, żeby go przytulił. Oj, jak się wtedy popłakałam.

Jesteśmy ok. 30 lat później w rozwoju techniki i kultury. System operacyjny będący bohaterem filmu zyskał głos Scarlett Johansson ("Her"), ale wolę produkcję z lat 80., nawet jeśli teraz wydałaby się kiczowata. Bo w tamtym obrazie przytulono kanciaste pudło.