Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą miasto. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 10 marca 2015

Mruczy, syczy i buczy

Wszystkie dźwięki z tytułu wydaje z siebie elektrownia. Elektrownia Rybnik konkretnie mówiąc. Ostatnimi czasy ER była głośniejsza niż zwykle, bo przechodziła kolejny zabieg wydłużający jej życie. Przy okazji przypomniałam sobie, że miałam o niej napisać.

Przez kilka lat wychowywałam się niedaleko elektrociepłowni i proszę, jak to na mnie wpłynęło! Lądując w nowym mieście szukam kominów i hałd węgla. Miasto, masa, maszyna. Kiedy wyprowadzałam się z Łodzi żal mi było między innymi elektrociepłowni. Ich kominów, czerwonych światełek i usytuowania, dzięki któremu trudno było się zgubić. W Rybniku na szczęście też mam elektrociepłownie i jedną (ale za to jaką!) elektrownię.

Elektrownia Rybnik (widok od strony zalewu)

Jest ogromna, posiada własny, sztucznie utworzony zbiornik wodny, fundację (dawniej Fundacja Elektrowni Rybnik, teraz Fundacja EDF; to ta od Ryjka), zużywa miliony ton węgla (co sobie będzie oszczędzać, na czarnym Śląsku jest), a środowisko truje tak, że może czuć się zawstydzona tylko przy gigantach, jak Bełchatów. Nie truje bez dajracji - trzy łódzkie elektrociepłownie razem wzięte nie dają tyle prądu co ona. Przy czym to elektrociepłownie, trzeba oddać im sprawiedliwość. No i oczywiście ER ma własne rondo, jedno z 38, którymi dysponuje miasto nazywane Rondnikiem.


ER ma jeden z najwyższych kominów w Polsce - 300 m. Kominy ma w sumie cztery. Wyglądają jak tradycyjna polska rodzina: tata (300 metrów), mama (260 m) i dzieci (każde po 120 m, ale nie bliźniaki, bo drugi pojawił się dopiero niedawno). Plus dwie chłodnie kominowe po 120 m - status rodzinny nie ustalony. Chłodnie oddzielone są od reszty zwykłą, dostępną dla każdego użytkownika drogą. Wygląda to tak, że w bardzo bliskiej odległości mija się te wszystkie obiekty o strategicznym znaczeniu. Po jednej stronie kominy do usuwania spalin, transformatory i budynki kryjące kotły, turbiny, generatory a po drugiej chłodnie kominowe i jakaś drobnica. Czyli oficjalnie można się między energetycznymi bohaterami przejść i posłuchać buczenia (transformator), mruczenia (najprawdopodobniej generator) i syczenia (chłodnia).

Spacer ul. Podmiejską

Elektrownia, podobnie jak kopalnia, kojarzy mi się ze słowami umiejętnie złożonymi na długo przed rewolucją przemysłową: "Ktoś nie śpi, aby spać mógł ktoś". Ja dostaję gotowe ciepło, światło, zasilanie urządzeń uważanych za zwyczajne, jak lodówka, pralka, telefon, komputer. Zdobycze cywilizacji, bez których naprawdę trudno wyobrazić sobie funkcjonowanie na co dzień. Jestem już tak rozpuszczona, że dziwię się, jeśli przy drodze nie ma latarni ulicznych. I nie zastanawiam się, ile to kosztuje ludzkiej pracy, czasu, materiału i pieniędzy, sprawić, żeby to porządnie funkcjonowało. Jaka to musi być odpowiedzialność! Pewnie na co dzień górnicy, kolejarze i energetycy tak o tym nie myślą, bo i po co. Ale prawda jest taka, że jakby na dłużej stanęły kopalnie, pociągi i elektrownie, nikt inny nie mógłby pracować. Fascynujące, prawda?

Zbliżenie na transformatory

Przeglądając stare kroniki filmowe z jakiegoś zbiorku wydanego ok. 10 lat temu można trafić na materiał ostrzegający przed spóźnianiem się do pracy. Obywatelom PRL wyszczególniono w nim ile kosztuje państwo kilka minut przestoju w różnych działach gospodarki. Bardzo sugestywne. Nawet dzisiaj, w innej rzeczywistości politycznej i gospodarczej, na samą myśl o możliwym spóźnieniu do pracy czuję się winna. Ile by kosztował kilkugodzinny, niezaplanowany przestój elektrowni?

Energetyk, w przeciwieństwie do kolejarza, stoczniowca, hutnika czy górnika, raczej nie był hołubiony przez dawną propagandę. Nie przypominam sobie kroniki opowiadającej o mozole tej pracy. O kopalni i hucie, o stoczni, o kolejach, to tak, niemało tego było i to filmów czasem bardzo dobrej jakości, ale o elektrowni? To już bardziej z Homerem Simpsonem i przyciskaniem co jakiś czas czerwonego guziczka się kojarzy. Albo z zespołem AC/DC. Kto wie, może energetyków gubi to, że nie mają wspólnego symbolu: lampki, kilofa, jakiegoś fantazyjnego nakrycia głowy, orzełka na czapce. Jest błyskawica, ale prędzej skojarzymy ją z wojskową łącznością, niż z prądem.

W ostatnich latach w ER zachodzą spore zmiany. Niewątpliwie wiąże się to z przejęciem Elektrowni przez francuski koncern energetyczny EDF kilka lat temu. Przy okazji, chyba nie wszystkim podobają się te zmiany, bo na chodniku przy wspomnianej już ulicy Podmiejskiej można było (przynajmniej jeszcze kilka miesięcy temu) przeczytać: "j...ć Francuza". Miała być znaczna rozbudowa elektrowni, mówiło się o nowych blokach, ale za dużo by to kosztowało, więc trwa odnawianie tego, co powstało w czasach Gierka. I tak jest to dość kosztowna i czasochłonna operacja (jakieś 350 mln euro, a prace mają zakończyć się w 2018 r.). W jej ramach zmodernizowane zostaną bloki energetyczne, ulepszane są instalacje odsiarczania (czego znakiem jest nowy, czwarty komin), powstanie nawet oczyszczalnia ścieków. Cały projekt nosi nazwę "Nowy Rybnik". Pozwoli na wydłużenie żywotności ER do 2030 r. Co potem? Niestety, jako region górniczy nie mamy szans na elektrownię atomową.

piątek, 19 października 2012

Rudzielce

Mamy sobie wieś. Bardzo nietypową, zdaje się. Nieprzystającą do obrazu, jaki na temat "wieś" wyświetla się w głowach mieszkańców miast i miasteczek.

Coraz mniej dużych zwierząt gospodarskich, coraz mniej pól uprawnych, coraz mniej rzemieślników potrafiących upleść wiklinowy kosz, postawić piec, zrobić podkowę i podkuć konia. Może gdyby to nie była zachodnia Galicja, degradacja zachodziłaby wolniej. Ale tutaj pola są małe, ziemia niezbyt dobra, pomiędzy górami z rzadka znaleźć można płaski teren. Nawet warzywniaki znikają, a to już szalenie niepokojące. Jakby ludziom nie opłacało się już nic hodować. W ciągu ostatnich kilku lat zbocze góry, na którym znajduje się mój dom rodzinny zarosło chwastami i krzakami. Gdzieniegdzie tylko drzewa się przebiły. Tak jakbyśmy mieli wrócić do czasów sprzed osiedlenia, sprzed karczowania i wypalania. Około 1000 lat temu ludzie wyszarpywali puszczy kawałek po kawałku, a teraz przyroda pokojowo to sobie odbiera. Puszczy szybko nie da się przywrócić, to jeszcze nawet porządny las długo nie będzie. To takie nie-wiadomo-co. Kolczaste i nieprzyjemne w dotyku, za to z daleka ładne, bo zielone latem i białe zimą.

Nie rozumiem tego. Wielu rzeczy nie rozumiem. Zwykle dlatego, że mam za mało danych albo jestem zbyt naiwna, czy też może zbyt butna, by dojść do trzymających się kupy wniosków. W tym przypadku problem dotyczy rodzinnych stron, więc niezrozumienie bardzo mnie boli. Z rozmów z - byłymi już właściwie - rolnikami wynika, że "nie opłaca się". Przy rozluźniającym atmosferę alkoholu można też usłyszeć, że "to już nie to samo". Niektórzy wspominają o rozleniwieniu rentami i stosunkowo tanim, łatwym życiem (nie chce się już wstawać o piątej i pracować do zmierzchu). Tata opowiada od czasu do czasu o tym, jak się żyło, kiedy on był mały i średni i jak się żyło, kiedy jego tata był mały, średni i duży. Pomijając fragmenty o tym, że ludzie nie chorowali, byli uczciwi, nie pili... Żyło się bardzo ciężko.

Odpowiedź zwykle jest prosta. Nawet jeśli sprawa jest skomplikowana. Jakiś socjolog albo ekonomista zbadał już zapewne to, o czym teraz piszę. A przynajmniej próbował z którejś strony podejść gadzinę. Poszukam. Jak coś znajdę, dam znać.

Mamy już tło, więc możemy wziąć się za to, co na nim widać. Zwykle widać sikorki. Od późnej jesieni do późnej wiosny. Czasem przyfruną dzięcioły i sójki. Wróbli nie uświadczysz. Sikorki są już przyzwyczajone do przyjmowania pomocy. Jak rano znajdą puste karmniki, podlatują blisko okien i upominają się o swoje. Hitchcock by się takiej sceny nie powstydził. Nieco później zjawiają się koty. Skoro sikorki dostają nie tylko ziarno, ale i tłuszcz w postaci zawieszanych na gałęziach kawałków słoniny to czemu nie uszczknąć by im trochę, prawda? To jednak nie wszystko. W okolicy karmników pojawiły się wiewiórki. Z poprzednich lat nie przypominam sobie rudych przychodzących "na kradziołę". Do tej pory na większość wiewiórek (podobnie jak jeży) natknęłam się w miejskich parkach (ogromna zaleta Łodzi - dużo dużych parków).
Nasze koty domowe mają rozrywkę: siedzą na wewnętrznych parapetach okiennych i w charakterystyczny sposób szczekają i piszczą, nie mogąc dobrać się do tak znamienitej ofiary. Wiewiórki nie przejmują się kotami. Psy bardziej im na wyobraźnię działają, co przecież nie trzyma się kupy, bo to kot może za nimi wbiec na drzewo, a pies nijak tej sztuki dokonać nie może. Tak czy siak, wiewiórki przychodziły przez kilka dni z rzędu. Myślicie, że za jakiś czas na poczęstunek pod karmnik wpadnie długouch albo rogaś?

Jak to jest, że niby przyroda odbiera co swoje, a jednak zwierzęta leśne i polne nie mają wystarczającej ilości jedzenia. Jak bardzo człowiek zmienił tutaj środowisko, skoro nie było fabryk ani wielkich gospodarstw. Proste wytłumaczenie byłoby takie, że zwierzęta dostają jedzenie za darmo, więc po co mają szwendać się gdzie indziej - idą do karmnika. Ale to nie może być tylko cwaniactwo. O dokarmianiu wiedzą też z pewnością jastrzębie i inni nieprzyjaciele. Trudno byłoby nie zauważyć chmary ptaków w odkrytym miejscu. Wiewiórki natomiast, żeby z lasu przybiec do nas na orzechy, pokonują kilkaset metrów drogą, bez osłony. Lisy tu jeszcze stacjonują. Psów na osiedlu też nie brakuje i są raczej zaniedbane - czasem zbierają się w bandy i chodzą do lasu na polowania. Wiewiórka, chociaż mała, to zawsze coś na ząb.

Co by nimi nie powodowało, cieszę się z krótkiej obecności rudzielców pod oknami. Tutaj nie dosięgną ich szare, amerykańskie wiewiórki obecne na Wyspach Brytyjskich i fragmentach Europy kontynentalnej. By tak rzec - nasze wiewióry są lepsze. Bardziej pokojowo do świata nastawione, nawet jeśli od czasu do czasu zdarza im się zjadać przedstawicieli innych gatunków.
Tematem zagrożenia przez wiewiórkę szarą zainteresowałam się przypadkiem, po zapoznaniu z książką dla dzieci autorstwa Gary'ego Larsona: "There's a hair in my dirt! A worm's story". (Wszystkie pozycje, po jakie na początku sięgałam w bibliotece w Ennistymon miały mało stron i dużo obrazków. Inna wspaniała przygoda z tamtego czasu to "The Last Resort" J. Patricka Lewisa i Roberto Innocenti.) Książeczka Larsona w zabawny i konkretny sposób przekazuje dzieciom - i nie tylko - cenną wiedzę o przyrodzie. Robaków dzięki niej nie polubiłam, ale mam nadzieję, że stałam się chociaż trochę mniej naiwna w kwestii ochrony środowiska. Więcej informacji na temat opowiastki Larsona znajdziecie tutaj: Journey to the Far Side: There's a Hair in my Dirt.

Już mam! A jeśli to wiewiórki z jakiegoś parku? To w parkach rudo-brązowi manipulanci przybierają "słodkie" pozy i stroją minki, żeby dostać od przechodzącego człowieka coś do jedzenia (tylko proszę nie dawać im byle czego). Albo to one odwiedziły kuzyna w parku? Przecież żyjemy w czasach globalizacji. Skoro w zbiornikach statków może do Gdańska przypłynąć gość z drugiego końca świata to czemu podróż futrzaka z miasta na wieś miałaby stanowić problem. Możliwych odpowiedzi jest zatem całkiem niemało. Teraz trzeba jeszcze wybrać tę najbardziej prawdopodobną.

Wiewiórcza gangsterka
-
ilustracja z "There's a hair in my dirt"

poniedziałek, 21 maja 2012

Muu z Politechniki

Po czym rozpoznać Juwenalia? Po krowie.

Spotkałam jedną, kiedy w niedzielę rano szłam do radia. Na "kładce" łączącej dwa brzegi Alei Politechniki.

Poranki w mieście są bardzo cenne. Ponieważ słychać. Nie ma jeszcze zagłuszającego wszystko inne hałasu. Noce też lubię, ale nie aż tak, jak porę, w której ptaszki ćwierkają, dozorcy sprzątają chodniki przed budynkami, imprezowicze wracają do domów... Ci ostatni mogą też z zacisza domowego wychodzić. Z "Mikrusa", czyli II Domu Studenta PŁ wyszła łaciata, czarno-biała krowa. Z ostatniego piętra tego niewielkiego akademika filmowali ją dwaj koledzy. Krowa zagrodziła mi drogę i powiedziała: "Muu". Nie miałam ze sobą łańcucha (zwykle noszę, ale tego dnia zapomniałam włożyć do torebki) i nie mogłam odprowadzić zguby do obory, więc chciałam ją wyminąć zostawiając problem innym, najlepiej gospodarzom. Krowa zażądała jednak dwóch "muu" za przejście. Zdążyłam się już zorientować, że obyczaje bydła miejskiego są inne, niż wiejskiego. Miałam tylko nadzieję, iż nie chce się ode mnie nic więcej ponad odgłosy paszczowe. Skończyło się na przybiciu "piątek" prawą i lewą dłonią. Niewielkie myto. Po uiszczeniu opłaty zostawiłam studenta ubranego w pidżamę-kombinezon w krowi motyw i udałam się w znanym sobie doskonale kierunku. Pożegnało mnie przeciągłe: "Muu".

To najbardziej urocza historyjka juwenaliowa, jaką znam. To nieprawda, że święto studentów charakteryzuje się tylko pijaństwem, brudem i brakiem klasy. To istnieje, oczywiście. I istniało drzewiej, o czym się nie mówi. Stanowi główny powód, dla którego należy Juwenalia omijać. Nie zapominajmy też jednak o tym, co dobre w studenckiej fantazji. W sobotę przed jednym z akademików Politechniki Łódzkiej urządzono przyjemne przyjęcie taneczne. Na chodniku i trawnikach. Wszyscy przechodnie byli zaproszeni. Z Krakowa - oprócz pochodów juwenaliowych - pamiętam trębacza, który budził miasteczko AGH. W juwenaliową niedzielę. Nikt nie chciał go zabić, może dlatego, że dzięki świetnej orkiestrze Akademii Górniczo-Hutniczej, studenci byli przyzwyczajeni do dętych pobudek.

Cóż mogę jeszcze dodać? Jeśli znacie krowę z "Mikrusa", przekażcie jej pozdrowienia od Kanapki.

czwartek, 16 lutego 2012

"After the Factory"

Kluczem jest RoboCop. Pozostaje ze mną od pierwszego spotkania, czyli od początku lat 90. XX wieku. Razem z wypożyczalnią kaset wideo i jej specyficznym zapachem, mieszkaniem wujostwa i filmowymi seansami z kuzynostwem ("Wojownicze żółwie ninja", "RoboCop", "Terminator", Alien, Indiana Jones i wiele innych klasyków kina nowej przygody oraz s-f).

RoboCop jest swój, nawet wtedy, gdy zdejmuje hełm. Największe wrażenie robi jednak zakuty w metal i plastik od stóp do głowy.

RoboCop walczy z korporacją OCP, która w miejscu pogrążonego w chaosie i bezprawiu Detroit niedalekiej przyszłości chce zbudować miasto marzeń milionerów. Nasz bohater wygrywa. Pomaga mu w tym banda dosyć nieprzystających do siebie sojuszników, wśród których odnajdziemy byłą partnerkę Murphy'ego z policji, graną przez cudowną Nancy Allen.

Detroit RoboCopa podnosi się z upadku.

Czy w rzeczywistości też tak będzie? Twórcy filmu dokumentalnego "After the Factory" nie pokazują walki dobra ze złem. Opowiadają czym były Detroit i Łódź w swojej historii i czym mogą się stać całkiem niedługo, jeśli tylko wykorzystają swoje atuty. Najbardziej w tym filmie spodobało mi się zdanie, że nie ma co porównywać Detroit do Nowego Jorku, Los Angeles, Chicago. Trzeba znaleźć własny pomysł na swoje miasto. To nieco bardziej pozytywna wersja tego, co powiedział jeden z gości audycji regionalnej "Łódzkim szlakiem" (Żak, wtorki, 17:00-18:00) - Łódź nigdy Warszawy, Krakowa, czy Wrocławia nie prześcignie i nie ma sensu stawianie jej w szeregu z tymi miastami.

Co zobaczyłam w Łodzi i dlaczego postanowiłam zakotwiczyć w niej na dłużej? Po raz pierwszy przyjechałam do polskiego Manchesteru na Camerimage 2004. Razem z kilkunastoma osobami z krakowskiego filmoznawstwa wysiadłam na Łodzi Fabrycznej i to wystarczyło. Otóż na tym dworcu kończyły się tory. Czyli nie było niebezpieczeństwa, że przegapi się stację. Co za ulga. Potem było Camerimage 2005, jakieś spotkania naukowe, odwiedziny w Studenckim Radiu ŻAK Politechniki Łódzkiej i YAPA. Po drodze poznałam studentów UŁ, którzy przyjechali do Krakowa w ramach programu MOST. W ten sposób, po zakończeniu politologii, w 2006 roku przeniosłam się do miasta z Łodzią w herbie - na ostatni rok filmoznawstwa z możliwością zabawienia na dłużej. Teraz odpowiedź na pytanie, co zobaczyłam. Mniej więcej to, o czym mowa w "After the Factory" - szansę. W porównaniu z Krakowem wydało mi się, iż jest tutaj sporo ludzi z chęcią i energią do zmiany. Teraz mój związek z Łodzią to typowe love-hate-relatioship (spodobało mi się to określenie, zasłyszane na żakowskim korytarzu kilka miesięcy temu). Czasem znowu patrzę na Łódź tak jak w 2004 roku, kiedy pierwszy raz odwiedziłam to miasto i w 2006, kiedy się tu osiedliłam. Widzę mnóstwo przestrzeni do zagospodarowania i wielu ludzi realizujących dobre pomysły. Zdarzają się też jednak momenty, w których przytłacza mnie szarość i beznadzieja dziurawej Łodzi, która co prawda nie tonie, ale też i nie pomyka po tafli wody, bo przecież swe rzeki zamknęła w kanałach.

Najsłynniejszy łódzki mural (ul. Piotrkowska 152)

Ciągle brakuje czasu, pieniędzy. Pomysłów jest pod dostatkiem. Zwykle tak bywa: łatwiej coś obiecać, wypowiedzieć życzenie, zrobić nadzieję, niż zrealizować zamiar. Ponoć sukces osiągają wcale nie ci najzdolniejsi, a długodystansowcy. Trzeba znaleźć maratończyków wśród łódzkich urzędników i samorządowców. To jedna z dróg i to nie najszybsza. Na innej młodzi łodzianie nie uciekają ze swojego miasta, tylko w nim zostają i dzięki swojemu wykształceniu, cierpliwości i pracowitości, pomagają mu wyjść na prostą. Tylko jak do tego ludzi przekonać? Przecież niemało moich znajomych pracuje za płacę nieodbiegającą za bardzo od tej minimalnej i ledwo się tu utrzymuje, chociaż Łódź jest stosunkowo tania.

Anne Lewis i RoboCop

Przekaz filmu "After the Factory" jest pozytywny. Mam nadzieję, że Łodzi i Detroit, którym poświęcony jest dokument, uda się ułożyć sobie przyszłość i RoboCop nie będzie musiał wkraczać do akcji.