Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wyobraźnia. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 14 marca 2013

Ur, Karaś i Mors a na dokładkę Miś

We wspaniałych, dawnych czasach, kiedy to pisarze zajmowali się pisaniem dobrych książek, a nie złą polityką, przeczytałam zbiór opowiadań "Noteka 2015" Konrada T. Lewandowskiego. Znacie zapewne anegdotkę o tym, jak to w czasach PRL-u ludzie chcieli, żeby Polska zaatakowała Stany Zjednoczone. Polacy poddaliby się i weszli do amerykańskiego snu. Mniej więcej. Coś podobnego rozgrywa się w "Notece": w absurdalnym świecie niedalekiej przyszłości USA toczą wojnę z Polską. W tej wersji jednak mocarstwo nie daje sobie rady. Korpus ekspedycyjny ulega polskiej pomysłowości, czyli prostym i bardzo skutecznym rozwiązaniom.

W tytule wpisu znajdują się nazwy produkowanego i projektowanego w latach 30. XX wieku sprzętu dla Wojska Polskiego '39.

Oprócz literek i cyferek samolotom, okrętom, czołgom, czy armatom trafiają się przydomki. Nie jest to oczywiście tylko polska specyfika, ale akurat tamte nazwy zupełnie subiektywnie uważam za najlepsze. Królowały wśród nich fauna, flora, zjawiska atmosferyczne i inni ("Mors" nie pochodzi od nazwy zwierzęcia). Po Bałtyku pływały sobie, na ten przykład: "Orzeł", "Sęp", "Gryf", "Burza", "Wicher", "Grom", "Błyskawica". W powietrze wzbijały się "Karasie", "Łosie" i "Mewy". ("Misiów", "Wilków" oraz "Jastrzębi" na niebie zabrakło.) Armii dostarczono różne armaty ze Starachowic (każdą można by było nazwać "Star"), karabiny przeciwpancerne "Ur" (projekt był tak tajny, że aż od Urugwaju jego skrót zapożyczono) i inne konstrukcje inżyniera Maroszka, a także pistolety maszynowe "Mors". Wszystko to jednak za późno i w zbyt małej ilości.

Sakramencko cudownie byłoby sprać Niemców i Austriaków na początku września 1939 roku, prawda? Oj, jak wspaniale! Ile nie startych z powierzchni ziemi istnień ludzkich. Ile szans powolnego, ale jednak - postępu. Ile dobrych możliwości!

Niezdrowe jest karmienie nienawiści bezsilnością wobec faktu, że niemieckich, austriackich i innych zbrodniarzy jednak nie powywieszano na latarniach i drzewach przy głównych traktach. Lepiej kanalizować to w inny sposób. Kulturalny.

Na temat alternatyw września '39 są książki, opowiadania, chyba komiks też już powstał. Przydałby się jeszcze pełnometrażowy film. Coś podobnego do animacji powstającej w Platige Image, tyle że "Hardkor 44" oparty jest na motywach z powstania warszawskiego, a ja chciałabym, żeby zrobiono coś o kampanii wrześniowej inaczej. (Od Tomasza Bagińskiego i jego współpracowników na pewno warto byłoby pożyczyć obraz nazistów jako bezdusznych maszyn.) Wcale nie wielka produkcja, bo nie za bardzo potrafimy coś takiego zrobić. Wystarczy średni rozmach, za to ogromny budżet od sponsorów, pozwalający na wybór najlepszych artystów, techników, materiałów, na dopracowanie każdego detalu.

Co by było, gdyby przyspieszono wprowadzenie do uzbrojenia konstrukcji, nad którymi i tak pracowano? Gdyby dyplomaci, politycy, kolejarze, robotnicy i żołnierze tak poustawiali klocki, że Czesi mieliby we wrześniu jeszcze tyle chęci, sił i możliwości, by Polsce pomóc. Gdyby wcześniej nastąpiła zmiana myślenia w najwyższym dowództwie. Porządna mobilizacja i nieoglądanie się na sojuszników też by nie zaszkodziły. No i kupa pieniędzy. Ta kupa pieniędzy dla konstruktorów, oblatywaczy, pracowników ośrodków doświadczalnych, szkoleniowców i fabryk w zasadzie by wystarczyła. Jednostki zostałyby zalane "Jastrzębiami", "Misiami", "Morsami", "Starami", lekkimi czołgami z rodziny 7TP i wieloma innymi maszynowymi przyjaciółmi, z których żołnierze potrafiliby korzystać. III Rzesza mogłaby wtedy Polskę pocałować w d..., przeprosić za najście, po czym się rozpaść. Piękny obraz.

Nieważne, że to się nie wydarzyło i nie mogło wydarzyć. Ważne, że wyobraźnia to potęga.

czwartek, 9 lutego 2012

Przydasie

Słowo "przydaś" poznałam, kiedy przyjechałam do Łodzi. Wcześniej rzeczy, które zostawia się na wszelki wypadek nie miały dla mnie odrębnej nazwy.

Sama przeprowadzka, chociaż obawiałam się jej, przebiegła sprawnie. Stało się tak dzięki grupie znajomych, którzy właściwie odwalili za mnie robotę. (Chwała Wam!) Nie myślcie jednak, że mi się upiekło. Otóż, żeby rozpakować swoje rzeczy, musiałam spakować własność poprzednich mieszkańców. Prawdopodobnie była to para staruszków. Ich duch nie unosi się w mieszkaniu, za to zostało po nich mnóstwo "przydasiów". To, co każdy z nas - ku utrapieniu rodziny - pozostawi. (Trzeba przecież przejrzeć wszystkie papiery, schowki i pojemniki. Tak na wszelki wypadek, bo może znajdzie się sto milionów w studolarówkach, arcydzieło, które będzie można sprzedać albo po prostu wyłowi się cenną sentymentalnie pamiątkę.)

Niektórzy mają tendencję do zbieractwa, inni nie. Jestem z tych pierwszych (może dlatego, że z lekcji historii zapamiętałam wyrażenie "zbieractwo i łowiectwo"). Powoli postaram się przechodzić do obozu nie-gromadników. Potrzebujemy różnych rzeczy, ale można pracować nad zminimalizowaniem ich ilości. Po co mi 20 pustych słoików albo zapasy mąki na 2 miesiące? W najbliższym czasie wojna raczej nie wybuchnie, chociaż co kilka lat warto analizować, czy jakaś hydra czająca się w pobliżu nie podnosi łbów.

Wyjmując rzeczy starszych państwa z półek i przenosząc je do schowków w przedpokoju czułam się nieswojo. Nie napiszę "dziwnie", bo zbyt często używam tego słowa. "Nieswojo" brzmi - w kontekście pakowania i wypakowywania - odpowiednio. Przecież te rzeczy nie są moje, a to ja musiałam je posortować i poprzekładać. Oczywiście, niektóre z nich były brudne, czy zepsute - to tylko jeszcze wyraźniej pokazuje, że ktoś ich używał, potrzebował. Inne od dawna były nieruszane. I tak się zastanawiałam, kim byli ci ludzie, jakich mieli przyjaciół, gdzie spędzali wolny czas, co planowali jeszcze zrobić, jak patrzyli na swoje życie, po co im były plątaniny kabli i sznurków, sterty reklamówek, czy kilkadziesiąt kieliszków. Takie standardowe myśli - zapewne - towarzyszące podobnym sytuacjom. Od dawna nie wynajmowałam mieszkania, ale z tego co pamiętam, pierwszy raz zdarzyło mi się znaleźć aż tak wiele rzeczy należących do poprzednich mieszkańców.

Gdy umieramy wszystko się kończy. Przestajemy istnieć fizycznie, zostajemy tylko we wspomnieniach albo - jeśli byliśmy twórcą - w swoich dziełach, dziełkach, pracach. W przedmiotach codziennego użytku i przydasiach nas nie widać. Nie dla obcych.

Kiedy skończyłam nieswoją czynność, jaką było sprzątanie po staruszkach, zrobiłam sobie długą przerwę. Nie chodziło o uczczenie zmiany chwilą ciszy. Oprócz refleksji na temat tego, że pozostanie po mnie kupa niepotrzebnych nikomu rzeczy, doszło do mnie, iż lubię przechadzki po muzeach i grzebanie w archiwach, a jednak nie potrafię ze znalezionych materiałów zbudować obrazu życia człowieka, którego już nie ma. Czasem tylko dociera do mnie zamazana wizja przeszłości - tak było w ogrodzie Pałacu Herbsta w Łodzi, czy przy stole konferencyjnym zamku w Pszczynie. Uboga wyobraźnia, nie w pełni wykorzystująca zgromadzone informacje? Zapewne. Przecież nie można mieć wszystkiego. Za to wiem już, dlaczego tak bardzo lgnę do filmów i książek pełnych opisów - znacząco poprawiają pracę tego, co w uproszczeniu nazywamy wyobraźnią.

poniedziałek, 28 listopada 2011

Lwy


Odwaga, prawość, waleczność, współczucie, dobro. Nieprzypadkowo otrzymałam kiedyś w prezencie szalik z herbem Gryffindoru, chciałoby się rzec. To jednak nieprawda. Po prostu - z uwagi na to, że nosiłam okulary, przyznawałam się do czytania książek J.K. Rowling i miałam krótkie włosy - nazywano mnie Harrym lub Harrym Potterem. Ciekawe były to czasy.

"Harry Potter" to seria dla dzieci i młodzieży, ale jak to z wieloma tworami kultury bywa: dorośli też się w tym nieźle odnajdują. Nazywa się to postmodernizm. Dzieci bawią się na "Shreku", bo to sympatyczna bajka. Dorośli na tym samym filmie pękają ze śmiechu, bo odnajdują różne tropy funkcjonujące w kulturze. Jeśli tych związków nie znajdziemy, to i tak pozostaje nam radość z odbioru bardzo dobrego filmu.

Do niedawna drażniła mnie przemoc obecna w opowieściach dla dzieci. Dlaczego? Wolałabym, żeby jej tam nie było. Dzieci powinny mieć przecież radosne dzieciństwo. To takie zaprzeczanie rzeczywistości, bo przecież nie da się trzymać ludzi pod kloszem. To niemożliwe i już.

Autor "Opowieści z Narnii" nie miał dzieci. Jest jednak taka wspaniała scena w filmie "Cienista Dolina" Richarda Attenborough (oczywiście wiemy, że kino to nie rzeczywistość): Clive Staples Lewis je obiad albo kolację z innymi profesorami Oxfordu. Jeden z kolegów pyta, jak Lewis mógł napisać popularną książkę dla malców, nie znając się na nich (nie posiadając Lewisiątek). Na co, zupełnie spokojnie, C.S. Lewis odpowiada: "To proste - sam byłem dzieckiem".

Pamiętacie, jak zaczyna się pierwsza część "Opowieści"? Wydaje mi się, że od podróży pociągiem małych Anglików wywożonych z bombardowanego przez Niemców Londynu. Kiedy po raz pierwszy czytałam "Opowieści", nie zrozumiałam tego odwołania do wojny. Dziwiła mnie też cała przemoc obecna w tej książce. Na przykład kilkuletnia dziewczynka biega po polu bitwy z eliksirem uleczającym, a jej starszy brat w tym samym czasie zabija przeciwników, czemu z uznaniem przygląda się Aslan. Nie da się ukryć, że źle się czułam z tym, iż mój ukochany władca zjada swoich przeciwników. Na szczęście niedługo potem obejrzałam film o Parku Narodowym Serengeti, z którego dowiedziałam się krwawej prawdy o lwach.

Znamy to z "Władcy Pierścieni", "Wiedźmina", czy "Króla Maciusia I": przemoc, cierpienie i zło zawsze będą w kulturze obecne.

Podobnie jest z "Harrym Potterem": z książki na książkę więcej przemocy, zła i ofiar. Staram się to jednak opuszczać. Dla mnie przynajmniej Gryfoni są dobrzy. Odważni, prawi, szlachetni, godni zaufania mimo lekkiego postrzelenia, pomocni, no i waleczni duchem, a nie ręką trzymającą miecz. W mojej pamięci, w której żyją czarodzieje z Hogwartu, Gryfoni są wręcz nudni. Skoków adrenaliny wywołanych przez nich można spodziewać się co najwyżej przy okazji meczu quidditcha.

Wyobraźnia to potężna broń. Potrafi tworzyć i zmieniać fabuły książek i filmów, sny, wspomnienia. Warto sprawdzić, czy wystarczy energii z niej czerpanej, by zmieniać na lepsze otaczającą nas rzeczywistość.

Gryfoni, naprzód!