Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zwierzęta. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2013

Podglądacze

W "The Secret World of Arrietty" poznajemy życie małych ludzi mieszkających w domu dużych ludzi. Bohaterowie są tak mali i sprytni, że ich wielcy sąsiedzi nigdy ich nie widują. To piękna fantazja Studia Ghibli na temat "Pożyczalskich" Mary Norton. Dzięki przyjaciołom Totoro podglądamy - bardzo subtelnie - urzekający świat Arrietty. Patrzymy tak, jak nas do tego przyzwyczaiło kino. Jakby na jednej ze ścian danego pomieszczenia czy w innym elemencie danej sceny znajdowało się weneckie lustro pozwalające obserwować pozostając anonimowym.

Twórcy "The Burrowers: Animals Underground" z BBC Two wykorzystali podobną sztuczkę w zupełnie realnej rzeczywistości.
Nie ma już białych plam na mapach, ale to nie znaczy, że o Ziemi wiemy wszystko. Jedną z tych rzeczy, których nie znamy są szczegóły życia ryjących zwierząt. Nakręcono pewnie tysiące godzin materiałów w podziemnych norach i tunelach, ale to zawsze jakieś wyrywkowe sceny. Brak było całościowego obrazu. Tak przynajmniej twierdzą autorzy pomysłu. Stworzono zatem wyjątkowe plany zdjęciowe, przypominające trochę fragmenty wioski hobbitów. Pośród korzeni ogromnego drzewa, w pobliżu rozległych łąk i średniego stawu zaplanowano i wybudowano system jam i przejść różnej wielkości, dostosowany do potrzeb zaproszonych gości. Wśród nich są przedstawiciele trzech gatunków: borsuka, szczura wodnego i królika (czasem będą się też pojawiać krety). Ich przygody poznajemy dzięki temu, że w zaprojektowanym dla nich podziemnym środowisku znalazło się miejsce na szyby i lustra weneckie. Są też bardziej tradycyjne sposoby umieszczenia kamer: pośród liści, czy w fałszywych elementach krajobrazu. Dokumentaliści i naukowcy (a wraz z nimi my) siedzą sobie w przystosowanych do ludzkiego wzrostu niewielkich pomieszczeniach, bądź też przed monitorami komputerów i podpatrują, co też tam ryjonki zmajstrowały. W zestawie są wyprawy po jedzenie, ucieczki, rycie, kopulacja, spanie, budowanie gniazd, wychowywanie młodych. Wszystko to, co znamy z innych filmów przyrodniczych. O tyle wyjątkowe, że dotyczące bardzo bliskich nam gatunków (nie tak jak w oceanarium), a dzięki temu, iż to ograniczona przestrzeń oglądamy absolutnie wszystko, co też te zwierzęta robią. Wielki brat w podziemiach. Ale bez swych minusów. Co prawda uczestników nie zapytano o zdanie, ale tylko dlatego, że to niemożliwe. Owszem, ludzie zachowali się jak zwykle, czyli sami zdecydowali o wszystkim, wpływając na życie zwierząt tak czy inaczej. Jednak futrzaki nie wyglądają na zestresowane poruszaniem się po scenie. Budowniczowie pomyśleli też o ochronie bohaterów przed drapieżnikami. Nie mamy gwarancji, że nie dzieje się i nie stanie się nic złego, ale wszystko wydaje się być przeprowadzane z dużym pomyślunkiem i wyczuciem. Można temu zaufać albo nie. Ja zaufałam.

poniedziałek, 24 grudnia 2012

Gizmo

Zapomniałam poprzednio zaktualizować stan orzechowej rozgrywki. Otóż wiewiórki przychodzące "na kradziołę" z lasu na moje osiedle podprowadziły z piwnicy sąsiadów cały zapas orzechów na zimę. Systematycznie, cierpliwie, skutecznie. Kwinto byłby z nich dumny, ale one by się tym pewnie nie przejęły, bo nie znają pojęcia kradzieży ani sprawiedliwości. Mają za to niemal stuprocentowe szanse na przeżycie wyniszczającej pory roku.
Przy okazji - czy leci z nami biolog mogący sprawdzić, jak się ma zabawna strona o wiewiórkach do faktów?


Gizmo chyba nie mówił ludzkim głosem. Nawet od święta. Swoją drogą to też jesteście przekonani, że gdyby po zjedzeniu kolorowych opłatków zwierzęta z obór, chlewni, kurników, czy też - ogólniej - zagród przemówiły, byłyby to długie wiązanki przekleństw? Gizmo mówi, ale w języku mogwajów. Tak przynajmniej wynika z filmu o gremlinach, jaki obejrzałam ze dwadzieścia lat temu. Obecnie w moim języku funkcjonuje wyrażenie "iść na Playstation", co oznacza odwiedziny u kogoś, kto ma PS3 i pozwala mi mordować Niemców w "Call of Duty" i bandytów oraz potwory w "Borderlands". W tamtym czasie "chodziłam na wideo". Do jednych sąsiadów szłam oglądać kreskówki ze stajni Hanna-Barbera i Warner Bros., a do innych na projekcje filmowe. Jak odwiedzałam kuzynów w mieście na Śląsku to załapywałam się na wyprawę do wypożyczalni kaset wideo, gdzie przeglądaliśmy grube segregatory w poszukiwaniu zajmujących tytułów. To chyba właśnie kuzynom zawdzięczam kilka maratonów, na które składały się: Wojownicze Żółwie Ninja, Gremliny, Terminator, RoboCop, Rambo.

Gizmo reprezentuje wszystko to, co najlepsze w zwierzęciu-towarzyszu człowieka. Ma futro, szybko się uczy, lubi bliskość innych istot, jest dobry, cierpliwy i ciepły. Miodzio! Żeby nie było zbyt słodko ma też ogromny jak stąd do wieczności minus - kiedy się z nim postępuje niezgodnie z instrukcją to powstają coraz gorsze mogwajowe kopie. Ktoś nazwał sposób w jaki rozmnaża się Gizmo? Coś jak pączkowanie. Tym, którzy nie znają filmu opiszę to tak: po zetknięciu z wodą albo jedzeniem o nieodpowiedniej porze z pleców Gizmo wyskakują kulki sierści natychmiast przekształcające się w gremliny. Coraz bardziej nieszanujące swego przodka, coraz bardziej brzydkie, wredne i destrukcyjne chochliki. Każdy kolejny egzemplarz również może się w ten nieatrakcyjny dla człowieka sposób rozmnażać, więc jakby je zostawić samym sobie dosłownie zadeptałyby świat. Na szczęście Gizmo pozostaje taki jak na początku opowieści. No, może jednak nie do końca. Zmuszony okolicznościami z ciapowatej przytulanki przekształca się w gotowego na wszystko wojownika. (Typowe, jakże typowe dla tamtego pokolenia: spędzając długie godziny w klatce w sklepie starego Chińczyka naoglądał się chłopak filmów i myślał, że rzeczywistość wygląda tak jak w telewizji albo na taśmie VHS.) W jednej ze scen Gizmo naśladuje nawet Rambo. Kojarzycie część, w której bohater Stallone przy pomocy łuku i wybuchowej strzały niszczy latający czołg Mi-24? To to. Dzięki własnemu bohaterstwu i pomocy naprawiających swe błędy ludzi, Gizmo przywraca porządek. Gremliny tego nie przeżywają. Trudno oprzeć się wrażeniu, że na Gizmo wzorowali się twórcy zabawki Furby. Kiedyś spotkałam podróbkę albo może nawet oryginał Furbiego w sklepie i długą chwilę przesuwałam mu dłonią przed oczami, bo wtedy mruczał i przestępował z łapki na łapkę. Był wyrazem tęsknoty samotnych ludzi za odrobiną bliskości. Samotnych, którzy nie mogą albo nie chcą pozwolić sobie na zwierzę w domu. Z tego co pamiętam tak tłumaczono fenomen popularności Furbiego, Tamagotchi, a potem psa-robota. Takie uproszczenie. W każdym razie technika posunęła się już na tyle naprzód, że zbudowanie robota w kształcie zwierzęcia to dla konstruktorów pestka. Teraz inżynierowie są na etapie budowania robotów coraz bliższych ludziom, mających za zadanie bawić oraz pomagać. Gizmo jako postać filmowa miał więcej swobody niż Furby. Tyle tylko, iż nie można go przytulić, chyba że zdarzy się cud na miarę purpurowej róży z Kairu.

Bajka o Gizmo ma morał, a jakże. Jeśli bierzemy coś lub kogoś pod opiekę to i bierzemy odpowiedzialność. Jak coś pójdzie nie tak to nie będzie nawet komu się tłumaczyć i kogo prosić o pomoc. Chodzi więc o to, żeby nic nie poszło nie tak. A poza tym to nie jedzcie na noc.

PS Z tego nie da się zrobić rankingu, mogę tylko podkreślić, że to fenomenalne jak wiele potrafi zmieścić coś tak małego jak serce. W moim przypadku są to: Totoro, Gizmo, niektóre z Ewoków, R2-D2, WALL-E, Claptrap, Sulley z "Potworów i spółki", Kung Fu Panda, Optimus Prime, główni bohaterowie "Epoki lodowcowej", Falkor, Elmo i większość bandy muppetów, Aslan, pingwiny z Madagaskaru, Mufasa, zakochany kundel i pani jego serca, Kalaś i Pafnucek, Toothless, osiołek ze Shreka, Gromit, Teto towarzyszący Nauzyce z Doliny Wiatru, liczni bohaterowie dobranocek i wiele, wiele innych stworów.


piątek, 19 października 2012

Rudzielce

Mamy sobie wieś. Bardzo nietypową, zdaje się. Nieprzystającą do obrazu, jaki na temat "wieś" wyświetla się w głowach mieszkańców miast i miasteczek.

Coraz mniej dużych zwierząt gospodarskich, coraz mniej pól uprawnych, coraz mniej rzemieślników potrafiących upleść wiklinowy kosz, postawić piec, zrobić podkowę i podkuć konia. Może gdyby to nie była zachodnia Galicja, degradacja zachodziłaby wolniej. Ale tutaj pola są małe, ziemia niezbyt dobra, pomiędzy górami z rzadka znaleźć można płaski teren. Nawet warzywniaki znikają, a to już szalenie niepokojące. Jakby ludziom nie opłacało się już nic hodować. W ciągu ostatnich kilku lat zbocze góry, na którym znajduje się mój dom rodzinny zarosło chwastami i krzakami. Gdzieniegdzie tylko drzewa się przebiły. Tak jakbyśmy mieli wrócić do czasów sprzed osiedlenia, sprzed karczowania i wypalania. Około 1000 lat temu ludzie wyszarpywali puszczy kawałek po kawałku, a teraz przyroda pokojowo to sobie odbiera. Puszczy szybko nie da się przywrócić, to jeszcze nawet porządny las długo nie będzie. To takie nie-wiadomo-co. Kolczaste i nieprzyjemne w dotyku, za to z daleka ładne, bo zielone latem i białe zimą.

Nie rozumiem tego. Wielu rzeczy nie rozumiem. Zwykle dlatego, że mam za mało danych albo jestem zbyt naiwna, czy też może zbyt butna, by dojść do trzymających się kupy wniosków. W tym przypadku problem dotyczy rodzinnych stron, więc niezrozumienie bardzo mnie boli. Z rozmów z - byłymi już właściwie - rolnikami wynika, że "nie opłaca się". Przy rozluźniającym atmosferę alkoholu można też usłyszeć, że "to już nie to samo". Niektórzy wspominają o rozleniwieniu rentami i stosunkowo tanim, łatwym życiem (nie chce się już wstawać o piątej i pracować do zmierzchu). Tata opowiada od czasu do czasu o tym, jak się żyło, kiedy on był mały i średni i jak się żyło, kiedy jego tata był mały, średni i duży. Pomijając fragmenty o tym, że ludzie nie chorowali, byli uczciwi, nie pili... Żyło się bardzo ciężko.

Odpowiedź zwykle jest prosta. Nawet jeśli sprawa jest skomplikowana. Jakiś socjolog albo ekonomista zbadał już zapewne to, o czym teraz piszę. A przynajmniej próbował z którejś strony podejść gadzinę. Poszukam. Jak coś znajdę, dam znać.

Mamy już tło, więc możemy wziąć się za to, co na nim widać. Zwykle widać sikorki. Od późnej jesieni do późnej wiosny. Czasem przyfruną dzięcioły i sójki. Wróbli nie uświadczysz. Sikorki są już przyzwyczajone do przyjmowania pomocy. Jak rano znajdą puste karmniki, podlatują blisko okien i upominają się o swoje. Hitchcock by się takiej sceny nie powstydził. Nieco później zjawiają się koty. Skoro sikorki dostają nie tylko ziarno, ale i tłuszcz w postaci zawieszanych na gałęziach kawałków słoniny to czemu nie uszczknąć by im trochę, prawda? To jednak nie wszystko. W okolicy karmników pojawiły się wiewiórki. Z poprzednich lat nie przypominam sobie rudych przychodzących "na kradziołę". Do tej pory na większość wiewiórek (podobnie jak jeży) natknęłam się w miejskich parkach (ogromna zaleta Łodzi - dużo dużych parków).
Nasze koty domowe mają rozrywkę: siedzą na wewnętrznych parapetach okiennych i w charakterystyczny sposób szczekają i piszczą, nie mogąc dobrać się do tak znamienitej ofiary. Wiewiórki nie przejmują się kotami. Psy bardziej im na wyobraźnię działają, co przecież nie trzyma się kupy, bo to kot może za nimi wbiec na drzewo, a pies nijak tej sztuki dokonać nie może. Tak czy siak, wiewiórki przychodziły przez kilka dni z rzędu. Myślicie, że za jakiś czas na poczęstunek pod karmnik wpadnie długouch albo rogaś?

Jak to jest, że niby przyroda odbiera co swoje, a jednak zwierzęta leśne i polne nie mają wystarczającej ilości jedzenia. Jak bardzo człowiek zmienił tutaj środowisko, skoro nie było fabryk ani wielkich gospodarstw. Proste wytłumaczenie byłoby takie, że zwierzęta dostają jedzenie za darmo, więc po co mają szwendać się gdzie indziej - idą do karmnika. Ale to nie może być tylko cwaniactwo. O dokarmianiu wiedzą też z pewnością jastrzębie i inni nieprzyjaciele. Trudno byłoby nie zauważyć chmary ptaków w odkrytym miejscu. Wiewiórki natomiast, żeby z lasu przybiec do nas na orzechy, pokonują kilkaset metrów drogą, bez osłony. Lisy tu jeszcze stacjonują. Psów na osiedlu też nie brakuje i są raczej zaniedbane - czasem zbierają się w bandy i chodzą do lasu na polowania. Wiewiórka, chociaż mała, to zawsze coś na ząb.

Co by nimi nie powodowało, cieszę się z krótkiej obecności rudzielców pod oknami. Tutaj nie dosięgną ich szare, amerykańskie wiewiórki obecne na Wyspach Brytyjskich i fragmentach Europy kontynentalnej. By tak rzec - nasze wiewióry są lepsze. Bardziej pokojowo do świata nastawione, nawet jeśli od czasu do czasu zdarza im się zjadać przedstawicieli innych gatunków.
Tematem zagrożenia przez wiewiórkę szarą zainteresowałam się przypadkiem, po zapoznaniu z książką dla dzieci autorstwa Gary'ego Larsona: "There's a hair in my dirt! A worm's story". (Wszystkie pozycje, po jakie na początku sięgałam w bibliotece w Ennistymon miały mało stron i dużo obrazków. Inna wspaniała przygoda z tamtego czasu to "The Last Resort" J. Patricka Lewisa i Roberto Innocenti.) Książeczka Larsona w zabawny i konkretny sposób przekazuje dzieciom - i nie tylko - cenną wiedzę o przyrodzie. Robaków dzięki niej nie polubiłam, ale mam nadzieję, że stałam się chociaż trochę mniej naiwna w kwestii ochrony środowiska. Więcej informacji na temat opowiastki Larsona znajdziecie tutaj: Journey to the Far Side: There's a Hair in my Dirt.

Już mam! A jeśli to wiewiórki z jakiegoś parku? To w parkach rudo-brązowi manipulanci przybierają "słodkie" pozy i stroją minki, żeby dostać od przechodzącego człowieka coś do jedzenia (tylko proszę nie dawać im byle czego). Albo to one odwiedziły kuzyna w parku? Przecież żyjemy w czasach globalizacji. Skoro w zbiornikach statków może do Gdańska przypłynąć gość z drugiego końca świata to czemu podróż futrzaka z miasta na wieś miałaby stanowić problem. Możliwych odpowiedzi jest zatem całkiem niemało. Teraz trzeba jeszcze wybrać tę najbardziej prawdopodobną.

Wiewiórcza gangsterka
-
ilustracja z "There's a hair in my dirt"

piątek, 3 sierpnia 2012

Myszowaty anioł

Przypomniał mi się - niestety niedokładnie - tekst z jakiegoś dawnego radiowego programu z kabaretami w tle. "Bo nietoperz to jest taki myszowaty anioł...". Potem było coś o wiszeniu do góry nogami i pękającej żyłce.

Trwa pasmo gryzoniowo-jeżowe. Zaczęło się od szczurka. Kilka dni temu jeden taki wsiadł do autobusu, którym akurat jechałam. Spacerował po ramionach swojego opiekuna. Jak na małą krwiożerczą bestię był dosyć opanowany. Uśmiechałam się do niego, ale nie odwzajemnił zainteresowania.
Potem był jeż, a właściwie jeżyk (wyglądał młodo). Nie zdawał sobie, nicpoń, sprawy, jak blisko był porwania. Półtora roku temu zawiozłabym go do domu rodzinnego, żeby w małym gospodarstwie tępił owady i gryzonie. Tak się bowiem składa, że w mieście występuje nadmiar przedstawicieli tego gatunku, a na wsi niedobór. I jest kłopot. Spotkaliśmy się jednak teraz, a nie w przeszłości, więc dzboniec godnie odwrócił się na pięcie i wrócił skąd przyszedł. To znaczy, było godnie do pewnego momentu, kiedy to musiał wspiąć się z poziomu chodnika na niską podmurówkę a następnie przecisnąć się pomiędzy betonem i metalowym płotkiem. W czasie tych manewrów sporo sapał i śmajtał łapkami aż zaczął przypominać skrzyżowanie maleńkiego niedźwiadka z Krecikiem.
Ostatnia - jak na razie - jest mysz. Pojawiła się za kratką przewodu wentylacyjnego w naszym mieszkaniu. Pozostałaby niezauważona, gdyby nie Zdrapek, wystawiający ją niczym rasowy pies myśliwski. Bardzo ważne pytanie brzmi, czy to mysz czy domowy szczurek. Następne dotyczy tego, czy zwierzę nie należy do któregoś z sąsiadów. Gryzoń Zza Kratki zachowuje się dosyć nieszablonowo: próbował wydrapać sobie przejście do mieszkania w czasie, gdy wpatrywało się w niego dwóch ludzi i jeden kot.

Nie mam pojęcia jakim towarzyszem okazałby się gryzoń już przez kogoś oswojony, za to wiem, że dobrze mi się kiedyś mieszkało z jeżem. Tuptuś po kilku godzinach nocnych wybryków szedł spać albo w najmniej odpowiednim miejscu, z którego potem musiałam go wyciągać, bo - dajmy na to - mama została pokłuta, kiedy sięgała ręką do wielkiego pojemnika z trocinami albo wdrapywał się na moje niewysokie łóżko, czym dostarczał mi dużo radości. I tak wtedy nie spałam, no bo budził mnie tuptaniem po podłodze w poszukiwaniu ofiar, więc obserwowałam huncwota w czasie walki z pościelą, a następnie doświadczałam smyrania złożonymi kolcami w stopy. Spanie z jeżem było interesujące - starał się i kładł kolce po sobie, ale i tak nie można go było pomylić z typowym futrzakiem, bo w dalszym ciągu lekko kłuł. Niestety, nasza wiedza o wymaganiach jeży była wtedy skąpa. Po przeczekaniu na darmowym wikcie i opierunku trudnych miesięcy, a także odbębnieniu zimowego snu pod szafą, Tuptuś wyszedł, jak to się mówi, "po papierosy" i już nie wrócił. Szkoda hultaja. Kolega wmawiał mi potem, że zaprzyjaźnionego jeża rozjechał samochód, ale mu nie wierzyłam. A to ten sam kolega, który poinformował mnie - zgodnie z prawdą - o przeznaczeniu domowego psa na psinę, więc powinnam mu była wierzyć. (Nie wiem jak się mają sprawy teraz, ale wcześniej "psina" w Małopolsce nie była stosowana jako określenie małego psa, tylko jako cudowny lek na wiele dolegliwości - to tłuszcz z psa. Psinę pozyskiwano czasem w bestialski sposób. Proceder ten nie został jeszcze wyeliminowany. Jak na wycieczce po południowej czy południowo-wschodniej Polsce poczujecie rzeźnicko-krematoryjny swąd, w pobliżu nie będzie ubojni, a podpytywani miejscowi będą wymigiwać się od odpowiedzi, wezwijcie Policję, a potem pod numerem danej komendy wojewódzkiej upewnijcie się, czy coś w tej sprawie zrobiono.)

Pozytywna informacja na koniec: jeże w Polsce podlegają ścisłej ochronie i to niezwykłej. Na ten przykład inni pożyteczni (z małymi aksamitnymi dżentelmenami naprawdę da się żyć w zgodzie) bywalcy zieleni - krety - też są pod ochroną, ale niewielką. Kreta nie wolno nam zabić, natomiast możemy usunąć go ze swojego ogrodu (nie na tamten świat, tylko za ogrodzenie). Jeż doczekał się ochrony ścisłej i czynnej. Gdy zobaczymy kłujaka w opałach (ranny, kopany, szczuty i inne), mamy obowiązek go ratować. Tylko z głową ratować i jeśli zajdzie konieczność zabrania do mieszkania, proszę nie nakłuwać im jabłek na grzbiet. W Internecie można znaleźć, w ciągu kilku minut, namiary na organizacje informujące o jeżowych zwyczajach i potrzebach.

Do boju o dobro polskiej kolczatki będącej skrzyżowaniem niedźwiadka z Krecikiem!

poniedziałek, 27 lutego 2012

Maks na emeryturze

Maks, czyli koń, który pomógł mi zrozumieć, że nie ma co odkładać nauki jazdy konnej w nieskończoność, przeszedł na emeryturę. Poinformowali mnie o tym łódzcy strażnicy miejscy, goszczący kilka dni temu w Żaku.

Chłopak służył w oddziale konnym wydziału prewencji Straży Miejskiej w Łodzi od początku powstania tej jednostki. Emeryta przygarnął do siebie strażnik, który pełnił służbę razem z nim. Finansowo pomoże Stowarzyszenie na Rzecz Bezdomnych Zwierząt "Schronisko".

Jak miło, że po ciężkiej pracy Maks nie skończy jak Bokser w "Folwarku zwierzęcym".

środa, 22 lutego 2012

Audycja o zwierzętach

W piątek pierwsze nagranie. Do Żaka przyjdą łódzcy strażnicy miejscy: komendant Dariusz Grzybowski, jego zastępca ds. prewencji, Artur Krajewski (to jemu podlega oddział konny naszej Straży) oraz starszy inspektor Andrzej Gorący - jeden ze strażników, którzy uratowali psy z Anastazewa.

W sieci w marcu pojawi się blog audycji i wersje mp3 wywiadów.

Bardzo ważna sprawa: nazwa programu. Przecież nie może nazywać się "Audycja o zwierzętach".

Pomóżcie!

piątek, 6 stycznia 2012

Odorek

Zastanawiam się nad zmianą imienia Zdrapek na Odorek. Czyli powinnam kupować jaśnie panu lepszą karmę - wtedy charakterystyczny brzydki zapach się zmniejszy.

Szybko się do siebie przywiązaliśmy. Kilka razy w życiu spotykało mnie coś podobnego, ale we wszystkich przypadkach chodziło o zwierzęta należące do domowników - przywiązanie rozkładało się na poszczególne osoby. Teraz jesteśmy tylko we dwójkę: ja i Zdrapek.

Mój pręgowany chłopak jest nieszczęśliwy, bo utracił wolność, ale chyba zdaje sobie sprawę z tego, że zyskał regularne uzupełnianie miski i zaspokajanie potrzeby czułości. Pytanie, dlaczego ja też szybko się przywiązałam. Zdrapek nie daje mi jeść, roztacza smrodek, bałagani, psoci, miauczy i drapie drzwi, przez co trzeba będzie się wyprowadzać z taniego lokum itd.

Dlaczego wzięłam go do domu? Po co ma mieszkać ze mną w bloku, mając do dyspozycji małą przestrzeń?

Robię listę rzeczy, które mogą mu się we mnie nie podobać. Z ciekawości. Z pewnością na pierwszym miejscu jest to, że niekoniecznie biegnę go nakarmić, kiedy budzi mnie pacnięciem łapki w oko. (Właśnie uczy się skuteczniejszego triku - przesuwa po podłodze hałaśliwe zabawki.) Poza tym, zostawiam go samego i nie wracam, kiedy zaczyna miauczeć i piszczeć, dając znać, że momenty odosobnienia są potrzebne, ale bez przesady. I bawić się nie umiem porządnie - zabraniam mocnego gryzienia i drapania...

Myślicie, że w zwierzętach zakochujemy się od pierwszego wejrzenia? To nie takie znowu głupie. Przecież jestem pewna, że Zdrapek nie zmieni zdania, nie tylko dlatego, że jest już oficjalnie moją własnością. Zwierzęta domowe są wierne. Nie dawaliśmy sobie słowa, ale tak zupełnie po prostu będziemy ze sobą.

poniedziałek, 2 stycznia 2012

Balto

W Krakowie, niedaleko zamku wawelskiego, stoi niezwykły pomnik. Dwie dłonie otaczają zaniedbanego, nieszczęśliwego kundla, który wygląda jakby czegoś szukał, o coś prosił. Ten pies to Dżok, jakiś czas temu przez kilka miesięcy kręcący się po krakowskim rondzie w poszukiwaniu swego zmarłego pana. Dżok zakończył swe życie pod kołami pociągu. Stał się symbolem wierności i poświęcenia, za co krakowianie wystawili mu ten skromny postument. Lepsze od pomnika byłoby jednak jego spokojne, długie życie, prawda?

Pomnik Balto w Central Parku
W nowojorskim Central Parku stoi inny psi pomnik. Na jego podstawie wyryto napis: "Wytrwałości, wierności i inteligencji". Nie przedstawia żadnego naukowca, lekarza, czy innego dobroczyńcy ludzkości, tylko psa gotowego do biegu. To Balto, pół-wilk, który uratował przed zarazą dzieci z alaskańskiego miasteczka. On i jego towarzysze z dwudziestu psich zaprzęgów w 1925 roku, w czasie najsroższej od lat zimy, przywieźli do miejscowości Nome na Alasce szczepionkę, chroniącą dzieci przed rozpoczynającą się epidemią dyfterytu.

W 1867 roku potrzebujący gotówki car Aleksander II sprzedał ogromny kawał z pozoru niepotrzebnej i nieurodzajnej ziemi Amerykanom. Chodzi oczywiście o Alaskę, gdzie już w dwadzieścia lat później rozpoczął się okres zwany gorączką złota. Do lat 20. XX wieku na Alaskę ściągnęły setki tysięcy ludzi, którzy chcieli szybko się wzbogacić. Mieszkali w górniczych osadach, oddalonych od siebie o setki a nawet tysiące kilometrów. W 1925 roku ich stan nawiedziła ostra zima. Wtedy to właśnie w miasteczku Nome wybuchła epidemia dyfterytu. Potrzebne leki znajdowały się o tysiąc sześćset kilometrów stamtąd, w Anchorage. Pociąg mógł je dowieźć tylko na odległość tysiąca kilometrów, a z uwagi na trudne warunki atmosferyczne w grę nie wchodził samolot. Mieszkańcy Nome i okolic wiedzieli, że w tej beznadziejnej sytuacji pomóc im mogą tylko psy zaprzęgowe.

Husky i Malamut nawet bez specjalnych bucików chroniących łapy przed ostrym lodem potrafią biec nieprzerwanie kilkadziesiąt kilometrów. Ich drużyna zaprzężona do sań była świetnym sposobem na poruszanie się po zagrzebanej w śniegu i targanej zawiejami Alasce. Taki pojazd prowadzi teoretycznie człowiek, jednak wszyscy wiedzą, że tak naprawdę jest to pierwszy pies w zaprzęgu, wybrany tylko na to stanowisko przez swego pana. Z Nome po szczepionkę i z powrotem biegło 20 zaprzęgów z 400 psami, które utworzyły sztafetę. Trasę, którą mieli pokonać śmiałkowie, dzisiaj, przy użyciu najnowszych technik, przejeżdża się saniami ciągniętymi przez psy w ciągu dziesięciu dni. W 1925 roku naszym bohaterom zajęło to dni pięć. Na ostatnim etapie zaprzęg prowadził mieszaniec o imieniu Balto.

W drogę wyruszono 27 stycznia 1925 roku. Po trzech dobach sanie dotarły do wagonu z lekami. W drodze powrotnej rozszalała się burza śnieżna. Ostatni w sztafecie maszer - Gunnar Kaasen - został przez nią oślepiony. Teraz zaprzęg prowadził już tylko Balto, który musiał zapanować nad pozostałymi psami, zadbać o bezpieczeństwo delikatnej przesyłki składającej się ze szklanych fiolek z lekarstwem oraz uważać, żeby jego pan nie spadł z sań. Gdy patrzę na mojego psa nie jestem w stanie tego pojąć. Chyba dlatego, że tutaj nie ma co sobie wyobrażać i nad czym dyskutować – to się po prostu zdarzyło. Balto kilka razy się wahał, gubił kierunek i nie miał pojęcia gdzie jest. Dzięki świetnemu węchowi, spokojowi i wytrwałości po jakimś czasie wracał na właściwy szlak. Prowadziła go determinacja – musiał wypełnić powierzone mu zadanie ratowania życia. Nikt nie wie, jak to się stało, że zrozumiał o jaką stawkę toczy się ta wyprawa. Świadkowie opowiadali tylko, że Balto po dotarciu na miejsce i dostarczeniu przesyłki padł na ziemię z wyczerpania.

1 lutego chore dzieci z Nome dostały pierwszą dawkę życiodajnego leku. Po kilku dniach mogły serdecznie uściskać swoich pupili, których wpuszczono wtedy na salę chorych.

Właściciele zaprzęgów nie odpoczywali długo. Po następne dostawy lekarstw potrzebnych do opanowania epidemii, już w lepszych warunkach pogodowych, jeździły kolejne wyprawy, jednak to na pamiątkę pierwszej sztafety od 1973 roku rozgrywany jest wyścig psich zaprzęgów The Iditarod Trail Sled Dog Race, którego trasa jest dwa razy dłuższa niż ta pierwotna. Jest to jeden z dwóch najtrudniejszych na świecie wyścigów. Dojechać do jego mety to już jest wyczyn sam w sobie.

Balto nie był gwiazdą mediów, tak jak hollywoodzki owczarek Rin Tin Tin. Był całkiem zwyczajnym psem, który dokonał niezwykłej rzeczy, za co nie dostał żadnej wielkiej nagrody. Pomnik wystawiono mu niemalże od razu, jednak jego samego czekał smutny los. Właściciel sprzedał go do cyrku, gdzie pies nie miał odpowiedniej opieki. Po dwóch latach odnalazł go pewien naukowiec, który wykupił bohatera i oddał do zoo. Po śmierci w wieku 14 lat, Balto został wypchany i trafił na wystawę do muzeum historii naturalnej w Cleveland.

Odsłonięcie pomnika Balto w Central Parku
PS
Od pół roku układam plan radiowej audycji o zwierzętach. Mam nadzieję, że na antenie Żaka pojawi się ona w lutym lub w marcu 2012 roku. Nie mogę uratować wszystkich zwierząt, które cierpią, nie mogę uratować chociażby 10 z nich. W zasięgu ręki mam jednak medium, przez które ponieść można kaganiec oświaty. Dużą winę za nieodpowiedzialne zachowanie ludzi wobec zwierząt ponosi przecież niewiedza.

wtorek, 20 grudnia 2011

Zdrapek

Kot został nazwany Zdrapkiem. Zdrobnienie to Drapek.

Wymyśliłam mu rasę - po tym, jak ktoś w radiu zadał mi dotyczące tego pytanie. Znacie osobiście przedstawicieli rodziny kotowatych innych niż "kot europejski"? Ja nie. Od czegoś trzeba zacząć zmiany i ocieranie się o arystokrację, więc mój łobuz to "przystankowiec nadzwyczajny" (łac. kotus empekus).

Jak każdy szanujący się kot, Zdrapek zajmuje się spaniem. Pomaga mu to przez kilka godzin dziennie miauczeć, piszczeć, prychać i szaleńczo biegać po pokoju. Patrzę na niego z zazdrością w sercu i sceptycyzmem w mózgu, zastanawiając się, w jaki sposób potrafi tak płynnie przechodzić od snu do jawy i z powrotem. Jest genialny w swej prostocie!

Jak się domyślacie jego imię nie wzięło się znikąd. Pomimo odbycia kilku poważnych rozmów i dostarczenia mu dwóch drapć, kocisko sprawia problem wychowawczy - drapie łóżko, krzesła i moją głowę (długie, gęste włosy mogą być świetną zabawką). W tym ostatnim przypadku jest to przynajmniej choć trochę pożyteczne, bo przypomina nieco czesanie.

Do tej pory nikt się po Zdrapka nie zgłosił. Trochę go szkoda, bo na razie ma do dyspozycji tylko jeden pokój, ale z drugiej strony istniało wysokie prawdopodobieństwo, że życie na wolności zakończy przedwcześnie pod kołami samochodu, więc stąd tylko "trochę go szkoda". Wszystko ma swoje plusy i minusy. Tylko co na to sam zainteresowany?

PS Żyje. Fascynujące. Jak kocisko śpi to czasem zapominam, że istnieje. Podobnie mam z futrzakami w domu rodzinnym. Potem patrzę na niego, na nie, czy na nich i dociera do mnie, że żyją i są samodzielnymi istotami kroczącymi (w "Gwiezdnych wojnach" były pojazdy kroczące). Zadziwiające, a przecież takie zwyczajne. Podobnie jak to, że oddychamy.

środa, 7 grudnia 2011

Nietypowy pasażer

Znalazłam kota. Nie jest to nic nowego, bo w ciągu swego dotychczasowego życia nad losem kilku co najmniej się nie pochyliłam. Dzisiaj jednak nastąpiło przekroczenie krytycznego poziomu tego czegoś, co trudno nazwać, no i kocisko śpi teraz pod krzesłem, mrucząc.

Wychodzę ci ja sobie rano z jazdy konnej, zastanawiając się - znowu - nad tym, jak to się za zwierzakami tęskni i jakim odpowiedzialnym trzeba być, by dobrze się nimi opiekować... No, dobra - myślałam też o tym, że im większe zwierzę, tym więcej kosztuje jego utrzymanie i tym lepszy ma pijar. (Zauważyliście? Białego misia kochamy, chociaż nie jest miziu-miziu, a futrzastą muchę, która nie zrobi nam raczej dużej krzywdy najchętniej byśmy rozstrzelali.) Idę tak i myślę o trudnych sprawach, dochodzę do przystanku autobusowego, a tam na ławce siedzi spokojnie kot i patrzy na mnie. Usiadłam obok niego i tak sobie razem czekaliśmy na "54". On od czasu do czasu mruczał i wyrażał swą potrzebę czułości, ja oczywiście - jako że mam podobne potrzeby - odwzajemniałam kocie zaczepki. Trwało to jakieś 15 minut. Kiedy autobus podjechał, zapytałam kota, czy idzie ze mną. Nie wiem czego się spodziewałam, ale w tym miejscu należy mocno podkreślić, że naoglądałam się dużo filmów, naczytałam książek i nasłuchałam bajek. W każdym razie - kot nie odpowiedział. Stwierdziłam, że nie ma na co czekać i wzięłam go pod pachę. Teraz muszę go obfotografować i porozklejać w okolicy jego przystanku ogłoszenia o znalezisku. Kot jest dobrze odżywiony i nie boi się ludzi. Za to bardzo nie lubi ulicznego ruchu i odgłosów wydawanych przez autobusy i ciężarówki. Weterynarz sprawdził, czy nietypowy pasażer "54" nie ma chipa lub jakiegoś nadruku firmowego - nie ma. Ciekawe czy ktoś go na tym przystanku porzucił, czy po prostu czekał tam na właściciela wracającego z pracy, a ja tego nie zrozumiałam.


niedziela, 4 lipca 2010

Maks


Jechałam na koniu! Jedną minutę, a może nawet dwie (oczywiście koń był prowadzony). Pozostały czas z 5 minut mojej obecności blisko futrzaka ważącego ponad 500 kg i wysokiego na 1,70 m (w kłębie), to było wsiadanie i zsiadanie (dowiedziałam się, że są dwa sposoby zsiadania - amerykański i europejski; wybrałam europejski). Przez pierwsze 10 sekund zachowywałam się tak, jakbym siedziała w jednym z narzędzi tortur w wesołym miasteczku, czyli wręcz przykleiłam się do siodła i trzymałam mocno. Potem odważyłam się nieco obrócić i spojrzałam za siebie, a następnie na ziemię. Daleko do niej było, to fakt.

Dzisiaj w Arturówku odbyła się impreza spod znaku Łódzkiej Wioski Historycznej. W jej ramach strażnicy z Oddziału Konnego Straży Miejskiej w Łodzi zrobili mały pokaz konny, a potem umożliwili gawiedzi przejażdżki. Mnie pan strażnik zaskoczył trochę, bo myślałam, że jest kolejka chętnych i czekałam spokojnie na tyłach, a tu się okazało, że to już! Musiałam zrobić dwa podejścia do konia, bo strasznie się bałam. Bardzo sympatyczny pan strażnik zabezpieczał mnie przy skomplikowanych operacjach wsiadania i zsiadania, czyli właściwie najpierw popchnął na grzbiet zwierzaka, a następnie z niego ściągnął - bardzo pewnie, ale delikatnie. W dodatku spokojnym głosem, jakby mówił do swojego towarzysza, powtarzał mi, że współpracę z wierzchowcami mamy w genach, a na koniec stwierdził, że mam szansę nauczyć się jeździć, bo jakbym tak naprawdę, naprawdę się bała, to nawet bym do konia nie podeszła.

Uff! Kilkanaście lat niepewności rozwiane dzięki jednej małej wycieczce, by znaleźć się we właściwym miejscu w odpowiednim czasie. Bałam się, że po tym, jak mnie w dzieciństwie straszono historiami z cyklu: "co to okropnego może koń zrobić", do końca życia będę te zwierzęta podziwiać tylko z daleka.
Sprawdziłam, czy nie przeszkadza mi zapach, ich wygląd z bliska (zderzenie marzeń z rzeczywistością), a jak jechałam, to pobawiłam się grzywą (szorstka jest, ale przyjemna) i pomiziałam Maksa po skórze. Koń to nie jest futrzak w pełnym wydaniu, ale daje radę.