Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą wojna. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 11 listopada 2014

ANZAC

W Polsce maki kojarzą się z II wojną światową, Monte Cassino, misiem Wojtkiem i majem. Świat anglosaski przyzwyczaił nas natomiast do maków wpinanych w ubrania w rocznicę zakończenia działań bojowych I wojny światowej, 11 listopada. W tym roku maki "zakwitły" już latem. Z londyńskiego Tower od kilku miesięcy wylewa się czerwona rzeka kilkuset tysięcy porcelanowych kwiatów. Każdy symbolizuje śmierć jednego żołnierza brytyjskiego w czasie I wojny. Wystarczy spojrzeć na zdjęcie fosy tego zamku, by wyobrazić sobie ogrom strat jednego tylko państwa.

Rzeka maków wokół Tower
(zdjęcie z magazynu Dezeen)

W szkole uczyli nas, że dla Zachodu, zwłaszcza dla Francuzów, była to wielka wojna. Straty znacznie przewyższały te z czasów II wojny światowej. W Polsce jest odwrotnie, to II wojna była koszmarem. W latach 1914-1918 zginęło kilkaset tysięcy polskich żołnierzy walczących w armiach zaborców i kilkadziesiąt tysięcy cywili. Jeśli weźmiemy pod uwagę kolejne konflikty - wojnę z Rosją i powstania - nadal straty są niskie w porównaniu do lat 1939-1945. Żadne miasto nie ucierpiało też tak jak Warszawa w 1944 r. Najważniejsze jest zaś to, że na mapy wróciła niepodległa Polska. Pierwszą wojnę światową kojarzymy więc z historii raczej z dobrem niż złem.
Tymczasem straty wszystkich państw walczących w I wojnie światowej wyniosły około 8-10 mln zabitych żołnierzy i dwukrotnie więcej rannych. Wbrew pozorom straty ludności cywilnej nie były mniejsze i wyniosły od 7 do kilkunastu milionów zabitych i rannych. Wspominając wielką wojnę zawsze trzeba mieć bowiem w pamięci głód oraz epidemię grypy, która w latach 1918-1919 pochłonęła życie kilkudziesięciu milionów ludzi na całym świecie.
To była tak wielka trauma, że niektórzy myśleli, iż kolejny światowy konflikt jest po prostu niemożliwy.

Gałązka rozmarynu
(zdjęcie z kolekcji
Australian War Memorial)

Mniej znanym roślinnym symbolem I wojny światowej jest rozmaryn. Jego gałązki są przypinane przez Australijczyków i Nowozelandczyków w czasie ANZAC Day, 25 kwietnia. Przypominają bitwę na półwyspie Gallipoli.

W czasie obu światowych konfliktów Australia i Nowa Zelandia, mimo tego, że były już na drodze do niepodległości (od kolonii, przez dominium do samodzielnego państwa), wystawiły wojska do walki z wrogami Wielkiej Brytanii. ANZAC to właśnie skrót od Australian New Zaeland Army Corps (Australijsko-Nowozelandzki Korpus Ekspedycyjny). Korpus miał swoich dowódców, ale oddawany był pod wspólną brytyjską komendę na czas kolejnych kampanii. W czasie tej na Gallipoli okazało się to wielkim błędem dla Brytyjczyków. Chociaż ANZAC stanowił ułamek sił aliantów na półwyspie (początkowo kilkanaście tysięcy żołnierzy w kapeluszach i krótkich spodenkach), tamta przegrana pokazała Australijczykom i Nowozelandczykom, że Brytyjczycy mogą się kosztownie mylić. W związku z tym nie było już mowy o zatrzymaniu się na drodze do niepodległości.

Gallipoli przeforsował Churchill, ówczesny Pierwszy Lord Admiralicji. Śmiała wizja zakładała szybkie wyeliminowanie z wojny Turcji sprzymierzonej z państwami centralnymi (Cesarstwo Niemieckie i Austro-Węgry), przekonanie Bułgarii i Grecji do włączenia się do konfliktu po stronie Ententy (Trójporozumienie: Wielka Brytania, Francja, Rosja), udzielenie pomocy Rosji. Kluczem do sukcesu były cieśniny: Dardanele (między Morzem Egejskim a Marmara) i Bosfor (miedzy Morzem Marmara i Czarnym). Ententa miała nadzieję, że przejmie nad nimi kontrolę samymi siłami morskimi. Siły lądowe były potrzebne tylko do zajęcia terenu, na którym zdławiono by wcześniej wszelki opór ostrzałem z okrętów.

W teorii być może plan ten nie wydawał się samobójczy. Turcja osmańska była osłabiona po dwóch przegranych wojnach bałkańskich a Wielka Brytania miała wspaniałą flotę, której część mogła wysłać do cieśnin. Ale planiści w Londynie nie wzięli pod uwagę bardzo istotnych faktów. Te nieliczne oddziały tureckie, które ostały się w niemal niezmienionym składzie po konfliktach 1912 i 1913 r. skierowano w okolice Konstantynopola i tego, co mogło zostać przede wszystkim zaatakowane, a więc właśnie cieśnin. W tych oddziałach prawie nie było nie-Turków, co przekładało się na bardzo wysokie morale. Operacja na półwyspie to był desant blisko serca kurczącego się co prawda, ale nadal istniejącego osmańskiego imperium - jak łatwo się domyślić, wyzwoliło to bardzo silne emocje w obrońcach ziemi ojczystej. Mapy tamtego terenu będące w posiadaniu Brytyjczyków sporządzono głównie dzięki informacjom z przepływających przez cieśniny okrętów, zatem nie wiedziano, co dokładnie spotkają żołnierze na lądzie. I wreszcie: pomiędzy pierwszym atakiem z morza a desantem było tak duże opóźnienie (2 miesiące), że nie mogło być mowy o żadnym elemencie zaskoczenia.

Siłami tureckimi dowodził niemiecki generał, Otto Liman von Sanders. Nie był głupi, nie był też źle przygotowany. Sprytnie rozmieścił siły tak, żeby mieć szansę na ich szybkie skierowanie w najbardziej zagrożony rejon. Dlatego pozorowany atak francuski na południową stronę Dardaneli nie pomógł wojskom Ententy.

Ostrzał z okrętów nie zakończył się powodzeniem, pomimo podjęcia dwóch prób zniszczenia starych fortów znajdujących się po obu stronach Cieśniny Dardanelskiej. Musiano wysłać wojska lądowe. Desant rozpoczął się 25 kwietnia 1915 roku, przed świtem. Lądowały siły brytyjskie, francuskie, australijskie i nowozelandzkie. Główny ciężar spoczywał na Brytyjczykach, których było też najwięcej. Anzacs (żołnierze Australijsko-Nowozelandzkiego Korpusu Ekspedycyjnego) było najmniej, zaledwie kilkanaście tysięcy. Plan był taki, że w ciemności uda się południowcom wylądować z dala od wszelkich sił wroga. Desant korpusu nie przebiegł jednak zgodnie z planem. Australijczycy i Nowozelandczycy znaleźli się w zatoce nazwanej później Anzac Cove, gdzie od razu napotkali opór. Dowódcą 19. dywizji, której jednostki broniły półwyspu przeciwko Anzacs był Mustafa Kemal, dla którego świetne dowodzenie w czasie całej operacji okazało się przełomowym punktem w karierze wojskowej i politycznej (w 1923 r. został prezydentem Republiki Tureckiej; jest pamiętany jako Atatürk - "Ojciec Turków").

Wbrew obiegowej opinii wojna pozycyjna była standardem nie tylko na froncie zachodnim. Wojska Ententy okopały się również na Gallipoli. Otoczenie im wyraźnie nie sprzyjało - półwysep poprzecinany był pasmami wzgórz, z których Turcy mogli ich ostrzeliwać. Latem było tak gorąco, że żołnierze australijscy i nowozelandzcy walczyli bez koszul, nie przejmując się regulaminami. Czasem smród rozkładających się ciał był tak wielki, że decydowano o zawieszeniu broni i wspólnym grzebaniu zmarłych. Zwykle jednak napięta sytuacja na to nie pozwalała. Wody pitnej było bardzo mało i była paskudna. Tak jak resztę zaopatrzenia dostarczano ją z Egiptu i kilku wysp Morza Egejskiego. Dowództwo nie przewidziało, że aż tak ekstremalne warunki czekają na sprzymierzonych na lądzie. Żołnierze ciężko chorowali, najczęściej cierpieli na dyzenterię (czerwonka) Trudno było opędzić się od natrętnych chmar owadów. Leków brakowało, opieki medycznej również. Spokojnych miejsc, gdzie można było złożyć rannych i chorych też nie było za dużo. Zaopatrzenie nie działało tak jak powinno, wszystko trzeba było dostarczać okrętami, pod ostrzałem. A jak już trochę amunicji, śmierdząca woda i puszki z rozpływającym się jedzeniem znalazły się na lądzie, trzeba je było dostarczyć do okopów, również pod ostrzałem.

Siły sprzymierzonych zdobyły tak dramatycznie mały skrawek półwyspu, że aż trudno uwierzyć, iż nie przerwano tej operacji już w pierwszym miesiącu jej trwania. Głównodowodzący, brytyjski generał Ian Hamilton, który kwaterę miał na jednej z wysp w tak bezpiecznej odległości od linii frontu, że nie miał pojęcia co się na niej dzieje, wysyłał do Londynu informacje o sytuacji nie do końca zgodne z rzeczywistością. Cały czas miał nadzieję na zmianę. Owszem, prosił o ludzi i środki, ale nie pisał o tym, że lepiej byłoby się wycofać. A ludzi i środków było mało, większość - co zrozumiałe - przeznaczana była do zasilania wojsk we Francji. Dlatego na Gallipoli rzadko zmieniano załogi w okopach, bo przyszły posiłki. Na zluzowanie mogli jednak liczyć chorzy i ranni. Tliła się w nich nadzieja, byli szczęśliwi, bo zeszli z pierwszej linii, ale ich los był niepewny. Wielu umierało na plażach bądź na okrętach ewakuujących ich do Egiptu.

Do tego toczyły się walki. To nie wyglądało tak, że siedzieli sobie w tych okopach i co jakiś czas strzelali do siebie od niechcenia z tak fantastycznych wynalazków, jak australijski karabin z domontowanym peryskopem (amatorski, ale skuteczny). Oni musieli próbować zdobyć okopy przeciwnika. Jedna i druga strona. Turcy nie mogli po prostu czekać. Zależało im na jak najszybszym pozbyciu się najeźdźców, by podnieść morale całej armii i utrzymać spokój obywateli. Dla sprzymierzonych zaś ataki były sprawą przetrwania. Wiedzieli, że powiększenie stanu posiadania zabezpieczy dostawy i ochroni wycofywanych z pierwszej linii.
W sierpniu brytyjscy planiści zrealizowali kosztem życia kolejnych tysięcy ostatnią większą próbę zniszczenia Turków. Film "Gallipoli" Petera Weira wieńczy związana z tą operacją sekwencja. Oglądamy, jak trzy fale Anzacs są posyłane na pewną śmierć, żeby zająć tureckie okopy, podczas gdy w Zatoce Suvla lądują świeże, brytyjskie siły. W filmie Brytyjczycy po wylądowaniu raczą się herbatą i ofiara ANZAC idzie na marne. W rzeczywistości dowodzący w Suvla generał Stopford nie był aż takim potworem. Był za to skończonym durniem. Nie zrozumiał rozkazów albo źle je zinterpretował i po wylądowaniu, nie napotkawszy oporu, wysłał rekonesans a następnie zatrzymał wojska. Tymczasem jego zadaniem było przecięcie półwyspu i zaatakowanie Turków nie spodziewających się uderzenia z tamtej strony. To był jedyny moment kiedy zwycięstwo Ententy naprawdę było w zasięgu ręki.

Żadna próba, ani jednej, ani drugiej strony, nie skończyła się wielkim zwrotem akcji. Pod koniec lata impas stał się oczywisty. Hamiltona zastąpił generał Charles Monro, który wysłał do Londynu prawdziwy opis sytuacji.

Nadeszły chłody. Smród był mniej uciążliwy, owady już tak nie dokuczały, ale za to można było umrzeć na zapalenie płuc, wychłodzenie albo odmrozić sobie palce, uszy i nos. W najgorszym miesiącu więcej żołnierzy zginęło od ran i chorób niż poległo w walce. Zaopatrzenie działało tak samo źle.

W listopadzie sprawa była przesądzona. Sam lord Kitchener, brytyjski minister wojny, pojawił się na Morzu Śródziemnym, by sprawdzić, co się dzieje. Po rozmowach z dowódcami poparł decyzję Monro o ewakuacji. O kilka miesięcy za późno.

Najbardziej udanym elementem tej kampanii było wycofanie. Perfekcyjny plan, piękne wykonanie. Do końca Turcy nie byli pewni, czy żołnierze przeciwnika jeszcze w tych okopach są, czy już nie. W styczniu brytyjskie i francuskie okręty zabierały oddziały niszczące i palące za sobą sprzęt oraz zabijające zwierzęta, których nie udałoby się zabrać. Pomimo wielkości operacji zrobiono wszystko, by uniknąć dodatkowych ofiar. Żołnierze ANZAC wspominali, że ostatniej nocy zostawili na pozycjach w okopach swoje słynne karabiny z peryskopami i wycofali się tak cicho, że Turcy zorientowali się w sytuacji dopiero, kiedy po odbiciu od brzegu podpalono skrzynie po zaopatrzeniu mające zasłonić okręty ewakuacyjne.

Zginęło ponad 8 tysięcy Australijczyków i 2 tysiące Nowozelandczyków. Brytyjczycy i Francuzi stracili więcej niż 40 tysięcy zabitych, Turcy - nawet 70 tysięcy. Dwa-trzy razy więcej żołnierzy było rannych, wielu przeszło amputacje kończyn.

Nie osiągnięto żadnego z zakładanych przez planistów Ententy celów. Co więcej, Gallipoli mogło przyczynić się do ludobójstwa Ormian.

Jeśli Gallipoli jest znane, to należy za to podziękować głównie Peterowi Weirowi. Ale nawet jeśli kojarzymy fakt, że na tamtym półwyspie miał miejsce największy desant I wojny światowej, to czy ktoś kłopocze się zapamiętywaniem takich nazw jak Ari Burnu, Achi Baba, Suvla? Czym one były w porównaniu z Verdun, Marną, Tannenbergiem? To takie egzotyczne, że aż nierzeczywiste.

W czasie działań na półwyspie sytuacja była niezwykła jak na nowoczesną wojnę: nie było cywilów. Akcja toczyła się tylko pomiędzy uzbrojonymi ludźmi. Dochodziło do wspaniałych aktów bratania się pomiędzy osmańskimi i alianckimi okopami. Wymieniano się wodą, jedzeniem, papierosami. Ciała poległych grzebano we wspólnych mogiłach, zarządzano przerwy na zbieranie rannych. Były też sceny niepiękne: bicie jeńców, działalność snajperów, zabijanie w czasie świąt religijnych jednej bądź drugiej strony. Na szczęście nie użyto gazów bojowych.

Dla Turków to bitwa o Çanakkale. Żołnierze tureccy dokonywali w czasie jej trwania niesamowitych czynów. Mieli mało sprzętu, mało amunicji, zaopatrzenie ich nie rozpieszczało, cierpieli na te same upały i chłody co sprzymierzeni, dotykały ich te same choroby, ale nie dali się złamać. Do historii przeszedł rozkaz Mustafy Kemala z początkowego okresu bitwy, który kończył się słowami: "Nie rozkazuję wam walczyć, rozkazuję wam ginąć". W czasie morskiej fazy operacji turecki kapral Seyit, po tym, jak w czasie ostrzału fortu zniszczono nie tylko umocnienia, ale i wózek do przewożenia amunicji, kilka razy przenosił na własnym grzbiecie 215-kilogramowe pociski do działa. Dzięki niemu zatopiono jeden z brytyjskich okrętów. Symbolem działań na lądzie stał się natomiast osmański szeregowiec, który ryzykując życiem zabrał z ziemi niczyjej rannego brytyjskiego oficera i zaniósł go do jego okopów.

Na 25 kwietnia 2015 roku zaplanowano wyjątkowe uroczystości w Zatoce Anzac. Od kilkudziesięciu lat, zgodnie z obietnicą daną weteranom, co roku odbywają się tam przed świtem apele ku czci poległych. Tym razem będzie to setna rocznica lądowania. Nie tylko władzom Australii i Nowej Zelandii zależy na godnym uczczeniu poświęcenia żołnierzy. Obchodami zajmują się też zwykli obywatele. I co najciekawsze - w Anzac Cove i na cmentarzach nigdy nie brakuje przedstawicieli tureckich władz i wojska, a także cywilów. Ofiary upamiętnia się razem.
Na cmentarzu w Ari Burnu, ponad Anzac Cove, w kamieniu wyryto słowa Atatürka skierowane do Australijczyków i Nowozelandczyków w 1934 r.:
"Those heroes that shed their blood and lost their lives... You are now lying in the soil of a friendly country. Therefore rest in peace. There is no difference between the Johnnies and the Mehmets to us where they lie side by side here in this country of ours... You, the mothers, who sent their sons from far away countries wipe away your tears; your sons are now lying in our bosom and are in peace. After having lost their lives on this land they have become our sons as well".
"Bohaterowie, którzy przelaliście krew i straciliście życie... Leżycie teraz w ziemi przyjaznego wam kraju. Spoczywajcie w pokoju. Nie ma dla nas różnicy pomiędzy 'Johnnymi' i 'Mehmetami', kiedy leżą przy sobie… Wy, matki, które wysłałyście synów z dalekich krajów, otrzyjcie łzy; wasi synowie leżą teraz przytuleni do naszej piersi i spoczywają w pokoju. Po tym, jak stracili życie na tej ziemi stali się także naszymi synami".
Te same zdania wyryto na pomniku Atatürka w Canberze.


PS Na stronie Hardcore History znaleźć można serię podcastów poświęconych I wojnie światowej. Na razie słuchałam tylko niewielkiej części, ale to Dan Carlin, to musi być majstersztyk. Na Youtubie istnieje kanał poświęcony I wojnie światowej, w którym prowadzący od lipca tego roku aż do listopada 2018 r. ma zamiar w każdy czwartek opowiadać co się działo na poszczególnych frontach w danym tygodniu. Nie znałam wcześniej tego pana, ale jak na razie daje radę, chociaż to nie Dan Carlin i panowie różnią się w interpretacji niektórych faktów. Oprócz tego jest seria BBC, seriale dokumentalne, filmy. Zapewne w każdym kraju, który brał udział w wojnie, czy był wtedy na mapie, czy nie, powstał jakiś poświęcony jej program.

wtorek, 30 września 2014

Zaniedbania

Żyjemy. Mamy się dobrze. Zdrapek przestał podróżować i przybierać na wadze. Pozwiedzałam sobie trochę Śląsk. Zamiast o tym coś mądrego napisać zaniedbałam Mapnika.

Co tam jeszcze? W Irlandii cisza i spokój, trwa powrót w koleiny rozwoju sprzed kryzysu, ale nie ma już mowy o celtyckim tygrysie. Z nowości to w małej miejscowości, do której staram się co roku zaglądać, planuje się budowę kolejnego marketu, zdaje się Lidla. Małe sklepy mają ciężki żywot (cen nie mogą już bardziej obniżać), na szczęście poprzedni market ich nie zabił, więc i tym razem jest dla nich nadzieja.

Tak naprawdę tyle się dzieje, że nie wiadomo od czego zacząć. Może od tego, że zupełnie nie cieszę się z tego, co dzieje się na wschód od nas. Niedobrze, jak przypomina się, że w poszczególnych częściach Europa nie wytrzymuje stu lat bez wojny. Pojawia się wtedy myśl, że co do całości kontynentu, zasadę stu lat przyjdzie sprawdzić na własnej skórze. I chociaż w każdym zakątku świata można znaleźć miejsce, gdzie źle się dzieje, los Ukraińców i ich państwa znajduje się na pierwszym planie. Nie po to przechodziliśmy trudne a nawet straszne etapy w historii, żeby nie martwić się przerwaniem spokojnego rozwoju naszych sąsiadów. Ale tak, tych złych rzeczy jest więcej: rozprzestrzenianie się wirusa ebola, strzelanie do cywilnych samolotów, rozwój "Państwa Islamskiego", tlący się w Strefie Gazy konflikt, katastrofy naturalne.

Są też na szczęście dobre rzeczy. Nawet taka maruda jak ja zwyczajnie cieszy się tym, że Polacy zostali mistrzami świata w siatkówce, będziemy mieli polskiego "prezydenta Europy", a zmiana rządu w naszym kraju nie wiąże się z większymi emocjami.

Zastanawiając się nad tym, jak to dużo się dzieje, zwłaszcza złych rzeczy, wróciłam pamięcią wspomaganą zasobami Internetu do 1994 roku. Cofnięcie się 20 lat wstecz wystarczy, bo to już okres po zakończeniu zimnej wojny, a jeszcze przed popularyzacją Internetu przyczyniającego się do zagęszczenia informacyjnego szumu. Co wtedy się działo? Niemało. I nie był to jakiś wyjątkowo obfitujący w wydarzenia rok. Różnica polega tylko na tym, że informacji docierało wtedy do nas mniej. Czy były to solidniej przedstawiane fakty, czy analiza była bardziej pogłębiona? Wątpię. Notki o tym, co danego dnia czy tygodnia wydarzyło się na Bałkanach były czasem niewiele dłuższe niż "leady" w obecnych wydaniach internetowych. A jeśli się tylko chce, można we współczesnych mediach i w Internecie znaleźć solidne analizy. Jedyne co nas ogranicza to czas na szukanie wiarygodnych źródeł i zapoznawanie się z nimi. Tyle technikalia. Fakty są takie, że w 1994 roku na Haiti wysłano polski GROM, trwało oblężenie Sarajewa, rozpoczęła się oficjalnie pierwsza wojna w Czeczenii, bojówki Hutu wymordowały ok. milion Tutsi w Rwandzie, Amerykanie wycofali swój kontyngent z Somalii. Doszło też do kilku dużych katastrof samolotów, w których wyniku zginęło kilkaset osób. A w jednej tylko katastrofie estońskiego promu na Bałtyku zginęło ponad 850 osób. To wszystko już w czasach upadku znaczenia ONZ i bez wymieniania katastrof naturalnych.
Łatwo zauważyć, że nie wymieniłam dobrych rzeczy. One się sprytnie ukrywają, nie tylko przed moją pamięcią. Jestem jednak otwarta na propozycje w sekcji "komentarze", świat przecież nie składa się tylko z cierpienia.

Głęboki wniosek jest taki, że obecnie nie dzieje się więcej. Wątpię też w to, czy politycy, dyplomaci, wojskowi i inni odpowiedzialni nie tylko za siebie, radzą sobie gorzej z reagowaniem na kolejne wydarzenia. Tyle tylko, że w międzyczasie ja jako odrębna, samodzielnie myśląca jednostka dorosłam i widzę, że schematy są powtarzane. A one niekoniecznie prowadzą do rozwiązywania problemów. Ani sytuacja na Ukrainie, ani "Państwo Islamskie" nie wzięły się znikąd. Tylko co ja mam z tym zrobić? W czasie pomarańczowej rewolucji mogłam iść na krakowski Rynek, żeby pokazać którymś z kolei reformatorom na Ukrainie, że nie są sami. Tamci reformatorzy nie poradzili sobie ze skomplikowaną sytuacją. Nie oni pierwsi. Wobec czego dzisiaj rządzący mają jeszcze bardziej skomplikowaną sytuację do rozwiązania. A większości obywateli Ukrainy nie żyje się dłużej czy lepiej.
Albo co mi z wiedzy, że "Państwo Islamskie" to pokłosie starych działań jeszcze z czasów zimnej wojny. Raczej tego w twarz CIA, FSB i Asada nie rzucę, bo na audiencję nie mam co liczyć.

Pozostaje pielęgnować w sobie głęboko skrywany optymizm realisty i egoizm. Nie ma co martwić się wielkimi zagrożeniami na zapas.

poniedziałek, 15 lipca 2013

"Ptak bez skrzydeł"

To parafraza fragmentu poezji Byrona i tytuł mini-serii obecnej na antenie TVP kilkanaście lat temu. Zdanie o braku skrzydeł odnosiło się co prawda do miłości, a dokładniej mówiąc do jej braku, ale nie o to tu chodzi. W serialu pokazano krwiożerczość generałów i okrucieństwo I wojny światowej. I chociaż tamtemu konfliktowi poświęcono dużo lepszych produkcji, np. "Ścieżki chwały", "Na zachodzie bez zmian", "Gallipoli", "War Horse", czy sekwencję z zasiekami i końmi w maskach przeciwgazowych w "Wichrach namiętności", to właśnie "Ptak bez skrzydeł" jako pierwszy zwrócił moją uwagę na potrzebę zniszczenia romantycznego wizerunku wojny.

W jednej ze scen tego serialu do przyokopowej kwatery wraca zmęczony brytyjski oficer. Celuje w swojego kolegę z rewolweru i każe mu maszerować w swoją stronę. Kolega najpierw jest zdezorientowany, a potem przerażony. Nieraz już zapewne widział w tych stronach szaleństwo. Ale oficer nie zwariował. Po przykrym dla obu stron pokazie wytłumaczył, że to rozkaz dowództwa. Nazajutrz brytyjscy żołnierze z ich odcinka frontu mają wyjść ze swoich okopów, marszowym krokiem przejść przez ziemię niczyją, po czym zająć stanowiska przeciwnika. Prosty sztabowy przepis na rzeź.

Mniej więcej tak wyobrażamy sobie I wojnę światową na froncie zachodnim: dwie postrzępione linie okopów pełne milionów żołnierzy, błota, wszy i szczurów, pomiędzy nimi najeżona zaporami i zasiekami, zryta wybuchami pocisków ziemia niczyja, a nad tym wszystkim samotny balon obserwacyjny i Czerwony Baron w pogoni za kolejną ofiarą. Co jakiś czas żołnierze jednej albo drugiej strony wypełzają z okopów i przy dźwiękach gwizdków oraz werbli próbują nie polec na polu chwały. Generałowie raczą się zaś herbatką, koniakiem i zakąską w odległym pałacu.

I wojna światowa to jeszcze ten okres, kiedy nawet w armiach państw zachodnich nie patyczkowano się z tym, co dzisiaj znamy jako zespół stresu pourazowego (PTSD), a za tak zwane tchórzostwo karano śmiercią. To ten sam czas, kiedy bez cienia wstydu, bez żadnych oporów, rządzący i wysocy oficerowie wmawiali całym społeczeństwom, że zdobycie kilkuset metrów ziemi kosztem życia kilku tysięcy ludzi jest przełomowym momentem jakiejś kampanii. Dziennikarstwo było już wtedy rozwinięte, fotografia prasowa również, ale przecież od czego są cenzura i manipulacja.

Symbolem wojny na Pacyfiku stało się kilku Marines zatykających amerykańską flagę na Iwo Jimie, z wojny o Falklandy szczerzy się do nas książę Andrzej, "Pustynną Burzę" pamiętamy jako rozbłyski wybuchów daleko za plecami reportera CNN, tzw. wojna z terroryzmem przedstawia się płonącymi wieżami WTC.
Tylko z nielicznymi konfliktami kojarzę same przerażające, smutne, dosłowne zdjęcia tragedii z frontu i zaplecza.
Nie wiem, jakie obrazy utkwiły w pamięci ludzi żyjących w czasie I wojny światowej, ale tak sobie myślę, że z pewnością nie te, które powinny, skoro niedługo po Wielkiej Wojnie wybuchła jeszcze większa. To zresztą chyba nigdy nie są te, które powinny.

Dopiero niedawno dotarło do mnie, że nie mam pojęcia jak to wyglądało w Związku Radzieckim. Oczywiście, dość wcześnie zakochałam się w "Opowieści o prawdziwym człowieku" Borysa Polewoja, zapoznałam się też z "Żołnierskim szczęściem" Walentyny Czudakowej,  a z filmów ze wspaniałym - chociaż miejscami artystycznie wydumanym - "Lecą żurawie", ale nadal niewiele wiem o niepropagandowym przedstawieniu tego, jak wojna nie tylko odbierała, ale i niszczyła ludzkie życia, niezależnie od odległości od linii frontu i liczby lat, jakie minęły od parady zwycięstwa. Znalazłam już jedną książkę zawierającą wspomnienia o byłych żołnierzach chowających się przed wyimaginowanym nalotem do wybudowanych na domowych podwórkach schronów, kierujących ruchem na "przyfrontowych" skrzyżowaniach, czekających do końca życia na tych, którzy z wojny nie wrócili. Ta książka to "Urodziłam się nad Bajkałem" Bełły-Chan Skwarskiej. Mam nadzieję, że niedługo natrafię na równie poruszający wiersz opowiadający o powojennych cieniach, o których oficjalnie w Związku Radzieckim się nie mówiło.

Po produkcjach Toma Hanksa i Stevena Spielberga ("Szeregowiec Ryan", "Kompania braci", "Pacyfik"), a także Clinta Eastwooda ("Sztandar chwały", "Listy z Iwo Jimy"), czy świetnie dopracowanych próbach rozliczania mitów z kin narodowych ("Kokoda", "Indigènes") można mieć najbliższe jak się da - dopóki nie doświadczymy konfliktu na własnej skórze - wyobrażenie o tym, jak wyglądała II wojna światowa w Europie Zachodniej i na Pacyfiku. Nie znajdziemy w nich piękna walki i umierania za ojczyznę. Są za to obrazy przygnębienia, wyczerpania, załamania, ran, chorób, a w końcu "nieludzkich" odruchów "zezwierzęcenia".

Nie istnieje uniwersalne lekarstwo na głupotę postrzegania wojny jako historycznej konieczności, wielkiej przygody, czy kuźni narodowych bohaterów. Gdyby istniało, wymienione przeze mnie filmy i książki znajdowałyby się na recepcie. Tak jak poniższe słowa przenoszące nas na front zachodni sprzed niemalże stu lat.


"No Man's Land" ("The Green Fields of France")
Eric Bogle

Well, how do you do, Private William McBride,
Do you mind if I sit down here by your graveside?
And rest for awhile in the warm summer sun,
I've been walking all day, and I'm nearly done.
And I see by your gravestone you were only nineteen
When you joined the glorious fallen in 1916,
Well, I hope you died quick and I hope you died clean,
Or, Willie McBride, was it slow and obscene?
Did they beat the drum slowly, did they play the pipes lowly?
Did the rifles fire o'er you as they lowered you down?
Did the bugles sing "The Last Post" in chorus?
Did the pipes play "The Flowers of the Forest"?
And did you leave a wife or a sweetheart behind
In some faithful heart is your memory enshrined?
And, though you died back in 1916,
To that loyal heart are you forever nineteen?
Or are you a stranger, without even a name,
Forever enshrined behind some glass pane,
In an old photograph, torn and tattered and stained,
And fading to yellow in a brown leather frame?
Well, the sun's shining down on these green fields of France;
The warm wind blows gently, the red poppies dance.
The trenches have vanished long under the plow;
No gas and no barbed wire, no guns firing now.
But here in this graveyard it's still No Man's Land;
The countless white crosses in mute witness stand
To man's blind indifference to his fellow man.
And a whole generation who were butchered and damned.
And I can't help but wonder now, Willie McBride,
Do all those who lie here know why they died?
Did you really believe them when they told you "The Cause"?
Did you really believe that this war would end wars?
Well the suffering, the sorrow, the glory, the shame,
The killing, the dying, it was all done in vain,
For Willie McBride, it's all happened again,
And again, and again, and again, and again.

niedziela, 24 lutego 2013

Litzmannstadt

Czasem tęsknota za historyczną wielkością, czy cudem gospodarczym, mogąca tłumaczyć fenomen używania przez Polaków niemieckojęzycznych nazw polskich miast, kryje w sobie nazistowską pułapkę.

Może i "Danzig", "Posen", czy "Breslau" brzmią atrakcyjnie, kusząc niczym okręty dumnej Hanzy, wystarczy jednak uświadomić sobie, że takie ich nazwy widnieją na starych mapach. Różnie to przecież w historii bywało. Łódź, chociaż prawa miejskie uzyskała od biorącego kąpiel w balii Władysława Jagiełły, bardzo długo nie odgrywała istotnej roli w dziejach. Obcojęzyczne nazwy miasta nie są więc raczej używane przez Polaków. Oprócz tej jednej jedynej, kojarzącej się z gettem. "Litzmannstadt". Jako miejscowość o tej nazwie Łódź wystąpiła tylko raz w swojej historii, pomiędzy 1940 i 1945 rokiem.


Karla Litzmanna tytułowano Lwem z Brzezin. To od nazwiska tego człowieka Łódź wzięła swe nazistowskie miano.

Szukając informacji o tym, co działo się w okolicach mojej rodzinnej miejscowości, Kasiny Wielkiej, w czasach I i II wojny światowej, natrafiłam na takie nazwisko: Josef Roth Freiherr von Limanowa-Łapanów. To też Lew, tyle że spod Limanowej. W czasie I wojny światowej sprawnie przeprowadził tam atak na rosyjskie pozycje. Tak jak Litzmann był świetnym dowódcą frontowym, sztabowcem i szkoleniowcem. Obu oficerów wyraźnie różni jednak to, że austro-węgierski bohater był opisywany przez swoich zwierzchników mniej więcej jako "miękki", bo przywiązujący wagę do minimalizowania strat po obu stronach, a Brandenburczyk był twardym nacjonalistą, który chciał "oczyszczenia" wielkich Niemiec z wrogich elementów.

Karl Litzmann do wojska wstąpił niedługo po wojnie austriacko-pruskiej, w 1867 roku. Brał udział w wojnie z Francją (1870-1871), w której zasłużył na Żelazny Krzyż. Pod koniec XIX wieku dostał się do sztabu generalnego, gdzie miał okazję pracować z wychowankami Moltkego starszego. Potem szefował akademii wojskowej w Berlinie. Na początku XX wieku był już generałem i mógł przejść na zasłużoną emeryturę. W 1914 roku został z niej ściągnięty, by dowodzić na froncie.

W pierwszych miesiącach wielkiej wojny na froncie wschodnim Niemcy zatrzymali ofensywę rosyjską na Prusy. Co prawda Rosjanom nieco lepiej szło w walce z Cesarstwem Austro-Węgierskim, ale nie udało im się osiągnąć wszystkich wyznaczonych celów. Na listopad i grudzień zaplanowali więc przełamanie frontu mniej więcej pośrodku współczesnej Polski, a także w pobliżu Krakowa. Niemcy i Austriacy uprzedzili jednak Rosjan atakując na terenie dzisiejszego województwa łódzkiego. W walkach zginęło około 200 tysięcy żołnierzy obu stron konfliktu.

Zimą 1914 roku podległe Litzmannowi oddziały zostały w okolicach Łowicza odcięte od reszty sił niemieckich. Generał nakazał marsz w kierunku Brzezin. Tak jak dowódcy sił rosyjskich z tamtego rejonu nie posiadał zbyt wielu informacji o rozmieszczeniu sił przeciwnika. To jeden z czynników, który dopomógł Niemcom. Litzmannowi udało się przebić przez linie rosyjskie, niszcząc przy tym kilka dużych jednostek. Odznaczono go, nazwano Lwem z Brzezin, doceniono wspaniałą wiedzę wojskową sprawdzoną w praktyce. Mógł spocząć na laurach, spisać wspomnienia, cieszyć pokojem. Musiał przecież widzieć, jak wojna okalecza, jaka jest straszna. Ale niewiele humanizmu wyniósł z tej lekcji. Wybrał inną drogę. Po wojnie zaangażował się politycznie. Od 1930 roku był członkiem NSDAP. 19 grudnia 1932 roku jako najstarszy deputowany, a więc marszałek senior, otwierał posiedzenie Reichstagu. Tego samego, dzięki któremu naziści przejęli władzę. Zmarł w 1936 roku, miał więc jeszcze okazję słyszeć o "sukcesach" w postaci ustaw norymberskich, obalania kolejnych postanowień traktatu wersalskiego, dążenia do konfliktu. Wszystko, co do tamtej pory wcielili w życie Hitler i jego zwolennicy, było zgodne z przekonaniami Litzmanna.

Zatem w 1940 roku rozbudowujący Rzeszę na wschód Niemcy złożyli generałowi piękny - swym zdaniem - hołd, nadając dużemu miastu, bliskiemu miejsca jego zwycięstwa, nazwę Litzmannstadt.


Różne były wojenne i powojenne tłumaczenia. Za wyjaśnianie brali się psycholodzy, artyści, naukowcy, politycy, historycy i inni. Był eksperyment więzienny Zimbardo, sprawdzanie granic posłuszeństwa przez Milgrama, były i inne badania. Większość Niemców, Austriaków i obywateli innych krajów, współpracujących ze zbrodniczym systemem, tłumaczyła się tym, że nie wiedziała a nawet jeśli wiedziała to przecież trzeba było wykonać rozkaz, panował pruski dryl, karą za sprzeciw była śmierć, na tym polegała ich praca, inni też tak robili...

Mimo wszystko dość łatwo przyjąć wyjaśnienia o wykonywaniu rozkazów, niewiedzy, strachu. Nie przypominam sobie z czasów szkolnych żadnego podręcznika, w którym mowa byłaby o tzw. dobrym Niemcu. A jeszcze o żołnierzu? Kto to słyszał! Przecież żołnierze (ale nie tylko - urzędnicy też) składali przysięgę na wierność Hitlerowi, a nie państwu, czy porządkowi prawnemu. Tak dosyć zwyczajnie, pojedynczo i całymi oddziałami, składali tę z gruntu podejrzaną przysięgę. Na początku próbowali ominąć rytuał, ale co to były za próby, skoro jednak się ugięli. Dalej było już z górki. W każdym razie - o Wilmie Hosenfeldzie i owszem, wiedziałam, dzięki filmom, ale to jeden przykład. Trochę mało jak na kilkanaście milionów niemieckich żołnierzy i kilkadziesiąt milionów cywilów.

Timothy Snyder w jednym ze swoich tekstów napisał o tym, że to było wtedy normalne. Tak jak teraz dla nas normalne są pokój i demokracja, tak wtedy dla części Europy normalne były autorytaryzm, nacjonalizm, rasizm. W Niemczech normalny stał się nazizm.

Kiedy czytałam wspomnienia Philippa von Boeselagera o tym, jak brał udział w spisku 20 lipca, nie mogłam uwierzyć, że żyjąc do 2008 roku cały czas uważał, że w czasie wojny postępował słusznie i bronił swoich wyborów życiowych w standardowy sposób (taki był rozkaz, pruska kultura wojskowa itp.). Czuł się aż tak normalnie, że będąc oficerem Wehrmachtu zauważającym zbrodnie na terenach podbitych napisał w tej sprawie list do zwierzchników i uznał, że zrobił wszystko, co mógł w tej sprawie. Zaangażował się też w spisek mający na celu pozbawienie Hitlera życia. Należy jednak pamiętać, co było celem tego spisku. Nie radykalna zmiana systemu i przerwanie łańcucha okrucieństwa. Celem była zmiana przywództwa, ponieważ doprowadzenie do władzy wojskowych mogło poskutkować wygraną przynajmniej na froncie wschodnim.

Prosta odpowiedź jest taka, że Niemcom żyło się wtedy lepiej. Z nazwiskiem Hitlera wiązali zakończenie kryzysu gospodarczego. Jak mogli sprzeciwiać się czemuś, co przyniosło pracę, stabilizację, rozwój ekonomiczny i co sprawiło, że poczuli się silnym narodem? No i jeszcze te podboje, które aż do Stalingradu kojarzyły się niemalże z wielką przygodą.

Mimo, że pokładam wielkie nadzieje w edukacji, to rzeczywistość jest raczej niewesoła. Oczywiste jest, że to może się powtórzyć. Jeśli dojdzie do zbiegu wystarczających okoliczności. Gdyby, na przykład, trudności gospodarcze jakie odczuwamy potrwały dłużej, gdyby się pogłębiły, gdyby zagroził nam głód, ilu z nas odmówiłoby poparcia politykom obiecującym niemal natychmiastową poprawę, tyle tylko, że kosztem - dajmy na to - nieprawdziwych Polaków?


Jakże pocieszające jest to, że wśród Niemców, Austriaków i obywateli krajów kolaborujących z III Rzeszą znajdowali się i tacy, którzy sprzeciwiali się nazizmowi. Możliwe było niepodążanie za tłumem, zdobycie się na pomaganie innym wbrew otoczeniu, podejmowanie ryzyka i przezwyciężanie bierności. Nie było tych ludzi wielu, ale byli. I w wojsku i w cywilu.

Anton Schmid służył jako sierżant w Wehrmachcie. Tak zwany zwykły człowiek, niepochodzący z arystokracji niezawodowy wojskowy, rzemieślnik, który zdawał sobie sprawę z tego, że nie może zbyt wiele. Za to chciał pozostać przyzwoitym człowiekiem. Pod koniec swojego życia służył w Wilnie, gdzie wyrabiał Żydom z getta odpowiednie papiery i wysyłał ich w mniej niebezpieczne rejony, np. do Generalnego Gubernatorstwa. Pomagał też żydowskiej organizacji podziemnej. Za zdradę został stracony w 1942 roku. W czasie procesu Adolfa Eichmanna zrelacjonowano działalność Schmida. Potem uczczono jego pamięć chwilą ciszy. Bardzo wymownej ciszy.

W lipcu 1942 roku Albert Battel, oficer Wehrmachtu, przed wojną prawnik, przekonał swego zwierzchnika, Maxa Liedtke (w cywilu dziennikarza), żeby pracujących dla ich jednostki Żydów z przemyskiego getta wziąć pod opiekę. Nakarmiono ich i zakwaterowano na terenie wojskowym. Zamknięto też most, którym siły SS mogłyby próbować odbić Żydów. Interweniował w tej sprawie sam Himmler, rozkazując przenieść zdrajcę do jednostki frontowej. Wbrew jego intencjom Battel wojnę przeżył i wrócił do ojczyzny. Liedtke miał mniej szczęścia - zmarł w radzieckiej niewoli. Taki los spotkał też znanego z uratowania Władysława Szpilmana Wilhelma Hosenfelda.

Żołnierz, prawnik i przede wszystkim policjant, Klaus Ernst Hornig, dowodząc małym oddziałem porządkowym na wschodzie, nie wykonał rozkazu zastrzelenia rosyjskich jeńców wojennych. Zamknięto go za to w obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie, gdzie doczekał końca wojny.

Inżynier, a w Wehrmachcie major, Karl Plagge, przez kilka lat ratował przed śmiercią litewskich Żydów. W krytycznych miesiącach transportów do obozów wydał odpowiednie papiery o niezbędności dla wysiłku wojennego III Rzeszy ponad tysiącowi mieszkańców getta w Wilnie. Potem powiadomił ich też o zbliżającej się akcji likwidacyjnej. Do końca wojny udało mu się ocalić kilkaset istnień ludzkich. Sam również przeżył i wrócił do ojczyzny.

Takich wojskowych, o których wiadomo, było ponad stu.

Innym bohaterem był hrabia Helmuth James von Moltke, pochodzący ze znanego arystokratycznego rodu. Życiem zapłacił nie za ratowanie ludzi przed zagładą, czy zamach na wodza. Odpowiedział za intelektualną pracę, z której skorzystali później, między innymi, twórcy wspólnej Europy. A także za przekazywanie aliantom informacji o zbrodniach.
Niezdolny do służby wojskowej pracował w dowództwie Wehrmachtu i w służbach Canarisa. Tam dowiedział się o obozach i Einsatzgruppen. To między innymi on przemycał za granicę ulotki Białej Róży, które później alianci zrzucali nad terytorium Niemiec. W 1940 roku w jego majątku powstał Krąg z Krzyżowej, skupiający dosyć wąską grupę podobnie myślących intelektualistów. Nazwę temu niezwykłemu jak na ówczesne czasy niemieckiemu ugrupowaniu liberalnemu i demokratycznemu nadało Gestapo podczas przesłuchań członków grupy w latach 1944-1945. Przedstawiciele Kręgu uważali, że jeśli Hitler ma upaść, to tylko w wyniku działania niemieckiego społeczeństwa i w imieniu tego społeczeństwa ma być osądzony i skazany. Sam Moltke był pacyfistą i stał na stanowisku, że wojna powinna zostać natychmiast zakończona. Na wszystkich frontach.

Oprócz działalności Oskara Schindlera, Białej Róży, czy Kręgu z Krzyżowej, a więc czegoś przemyślanego i zorganizowanego, były spontaniczne akcje cywili. Margarethe von Trotta w 2003 roku pokazała światu film "Rosenstrasse". Ktoś nazwał go obrazem "niemego buntu". Bunt należał do Niemek z Berlina, których żydowskich mężów z dnia na dzień zamknięto pod strażą. Mieli być "deportowani", ale ich żony-Aryjki w to nie uwierzyły. Mroźną zimą 1943 r., głównie w ciszy - z rzadka tylko wznosząc śmiałe okrzyki - nie ustępując władzom ani na krok, wytrwały przed budynkiem, w którym uwięziono ich mężów. Ugiął się przed nimi sam Joseph Goebbels, faktyczny zarządca stolicy. Trwają spory, czy ugiął się, czy też raczej element uwolnienia od początku wpisany był w jego rozkaz o deportacji ostatnich berlińskich Żydów. Goebbels chciał uczynić przyszłą Germanię "Judenfrei", ale bał się społecznego niezadowolenia i protestów. Dlatego na początku marca 1943 roku, po militarnej i propagandowej porażce jaką była przegrana von Paulusa pod Stalingradem, kazał przetrzymywanych Żydów zwolnić i przywieźć z powrotem kilkudziesięciu innych, wywiezionych już do Oświęcimia. Cichy protest kobiet z Berlina – wśród nich tych z Rosenstrasse – udowodnił ludziom, którzy o nim wiedzieli, że można było wpływać na władze Rzeszy, sprzeciwiać się ich decyzjom. Tamte kobiety nie zgodziły się rozwieść ze swymi ukochanymi, a tylko wtedy, w świetle nazistowskiego ustawodawstwa, można było wysłać ich na wschód. Podobnych do Rosenstrasse miejsc było w czasie tych kilku dni przełomu lutego i marca 1943 roku więcej – protestowało przed nimi około 6 tysięcy ludzi, w różnych częściach miasta. Berlińczycy musieli zauważyć, że coś się dzieje.

John Rabe zapisał się do NSDAP w dobrej wierze. Jako przedstawiciel Siemensa na Dalekim Wschodzie nie wiedział, co dokładnie działo się w Europie. Wierzył w to, co było napisane w programie partii i o czym informowała propaganda. A zarówno w programie, jak i propagandzie przywiązywano wielką wagę do ekonomii. Pisano o obowiązku pracy (i jej zapewnienia przez państwo), zakończeniu kryzysu, budowie państwa socjalnego, nacjonalizacji przemysłu. Była mowa o potrzebie wycofania się z ustaleń wersalskich, budowie wielkich Niemiec i rasizmie, jednak z daleka najważniejsze wydawało się podniesienie standardu życia Niemców. Jako solidnemu biznesmenowi Rabemu musiało to odpowiadać.
W 1937 roku do Nankinu, w którym przebywał, zbliżała się japońska ofensywa. Ostatni obcokrajowcy jacy zostali w tym mieście zaczęli tworzyć strefy bezpieczeństwa dla chińskich cywili. Poprosili Rabego, by jako reprezentant sojusznika Imperium Japońskiego został szefem tego przedsięwzięcia. Dziwnie to brzmi dla Europejczyka, ale John Rabe pomógł uratować ponad 200 tysięcy Chińczyków dzięki odznace NSDAP i flagom ze swastyką.
Rabe, razem z pozostałymi obcokrajowcami, dokumentował też masakrę nankińską. W związku z tym, co zobaczył, napisał do Hitlera z prośbą o interwencję u sojuszników, aby japońscy generałowie poskromili swoich żołnierzy. List pozostał bez odpowiedzi.
Po powrocie do Niemiec w 1938 roku Rabego odwiedzili gestapowcy. Zabronili mu opowiadać o tym, co działo się na wschodzie, odebrali pamiętniki.
Po wojnie cichemu bohaterowi groziła wywózka na Syberię, ale na szczęście przejęli go Anglicy i to w ich strefie pozytywnie przeszedł proces denazyfikacji. Paczki z pomocą, w związku ze złą sytuacją materialną w jakiej znalazła się jego rodzina, przesyłali mu wdzięczni Chińczycy.


Czasem niemiecka kinematografia pokazuje cierpienia Niemców z czasów II wojny światowej i okresu powojennego. Wysiedlenia, ucieczki, wypędzenia, gwałty, rabunki, bombardowania ("Anonyma - kobieta w Berlinie", 2008, Max Färberböck; "Drezno", 2006, Roland Suso Richter; "Ucieczka", 2007, Kai Wessel). Trudno przyjąć tę perspektywę Niemców-ofiar. Powojenna kinematografia polska i światowa przyzwyczaiła Polaków do widoku dobrych aliantów i złych - zwykle głupich - Niemców. Chociaż i ona zaskakuje, na przykład ukazując oficerów Wehrmachtu ze spisku 20 lipca jako rycerzy bez skazy ("Walkiria", 2008, Bryan Singer).

W filmach pokazuje się też Niemców otwarcie występujących przeciwko III Rzeszy. Zastanawiałam się nad tym, czy dzięki obrazom o cierpieniach czy sprzeciwie nasi sąsiedzi próbują wybielać swoją historię. Może tak być. Co więcej, oni to mogą robić nawet poprzez filmy o Hitlerze. Dlatego oglądając "Upadek" warto pamiętać, że wśród przedstawionych na ekranie bohaterów niewielu było takich, którzy nie mieli zbrodni na sumieniu. Ale z drugiej strony, czemu Niemcy mieliby nie pokazywać wypędzonych, skrzywdzonych, tych, którzy o niczym nie wiedzieli, opozycjonistów? Mają na to pieniądze, pomysły i najwyraźniej również zwykłą potrzebę tworzenia takich filmów. Reżyser "Sophie Scholl - ostatnie dni" z 2005 roku, Marc Rothemund, wspomniał w jednym z wywiadów, że zainteresował go przypadek jego własnej babci, która nie była zbrodniarką, ale jako mistrzyni olimpijska w pięcioboju była sponsorowana przez nazistów i w spokoju przeżyła wojnę: "Dlatego tak ważną postacią jest w >Sophie Scholl< urzędnik, który przesłuchuje Sophie. Dzięki jego postaci dowiedziałem się sporo o moich dziadkach. Interesowało mnie, w jaki sposób zostawało się wtedy nazistą. Nie mordercą, lecz po prostu oportunistą".



W jednym z listów do żony Helmuth James von Moltke napisał:
Czy mogę wiedząc o tym, spokojnie siedzieć przy stole i pić herbatę w moim przytulnym mieszkaniu? Czy nie staję się przez to współwinny? Co ja powiem, gdy kiedyś zapytają mnie: a co ty wtedy robiłeś?


Jeśli już łodzianie mają potrzebę wyróżnienia się, to niech nazywają swoje miasto "polskim Manchesterem", "Boat City" albo siedzibą "Lodzermenschów". A nazwę "Litzmannstadt" niech przykryje archiwalny kurz.

czwartek, 12 kwietnia 2012

Sztuka dyplomacji

Nagrywałam dzisiaj rozmowę z magistrem historii, który specjalizuje się w najnowszych dziejach Bałkanów. Jak nietrudno się domyślić większość czasu spotkania pochłonęła wojna z lat 90. XX wieku.
Jedno z pytań, które zadałam mojemu rozmówcy dotyczyło kierunku studiów - co takiego sprawiło, że wybrał historię, no i poświęcił się takiej, a nie innej specjalizacji. Odpowiedział, iż jedną z kluczowych spraw był wybuch konfliktu zbrojnego w byłej Jugosławii.

Po zakończeniu zimnej wojny miał być spokój, a tu proszę - wojna i to w Europie.

Na mnie wpłynęło to podobnie, tyle że wybrałam później politologię. Oglądałam relacje telewizyjne i zdjęcia w gazetach, czytałam artykuły i w ten sposób poznawałam informacje dotyczące Pustynnej Burzy, oblężenia Sarajewa, walk w Mogadiszu, ludobójstwa w Rwandzie. Rozpoznawałam nazwiska, takie jak generał Norman Schwarzkopf i Richard Holbrooke, sytuowałam nazwy krajów i miast na mapie świata, starałam się zapamiętać, co o różnicach między Hutu i Tutsi, czy muzułmanami i Serbami, mówili dziennikarze.
O II wojnie światowej słyszałam w szkole, zadawałam pytania jej dotyczące rodzicom, bratu i innym "starszym", byłam wiernym widzem Czterech Pancernych i Hansa Klossa a także filmów dokumentalnych o tamtych czasach, ale to była odległa przeszłość. Tymczasem wspomniane przeze mnie wyżej tragedie rozgrywały się w jakże bliskim "teraz". To musiało robić wrażenie. I jasne, że doceniałam spokój życia w Polsce.

Minęło kilka lat i sceny znane dzięki mediom zastąpiły obrazy filmowe, takie jak "Aleja snajperów", czy "Życie ukryte w słowach". Zaskakujące przy tym, jak dużo czasu - pomimo tego, iż docierały do mnie wiadomości o okrucieństwach konfliktów - zajęło mi dojście do tego, że świat nie jest czarno-biały a wojnę przegrywają wszyscy.

Dość szybko wpadłam natomiast na to, jak dużą rolę odgrywają politycy i służby dyplomatyczne. Kojarzycie dyskusje dotyczące tego, iż jednym z warunków przystąpienia do NATO było skończenie z tradycją powoływania czynnych zawodowo wojskowych na stanowisko ministra obrony narodowej? Cywilna kontrola nad armią - jakie to oczywiste. Co prawda wojskowi narzekają, że cywil nic o nich nie wie i rzadko kiedy szanują swojego szefa mniejszego (szef większy to w przypadku Polski prezydent), ale kto z nas chciałby wrócić do poprzedniego schematu? Wydaje mi się, że nasi wojskowi nie są szkoleni na dyplomatów. Najpierw dążyliby do rozwiązania siłowego i wzrostu znaczenia armii w życiu kraju, a potem pytaliby o co chodzi. To dosyć niebezpieczne. Jest bardziej prawdopodobne, że cywil najpierw pomyśli o tym, jak uniknąć kosztów ludzkich i finansowych, więc wyśle do akcji swoich dyplomatów. Oczywiście, jeśli zawiedzie sugestia, delikatność i targ, w zanadrzu trzeba mieć broń. Zawsze rozsądnie jest zadbać o posiadanie przewagi i niekoniecznie chodzi tutaj o lotniskowce na każdym z oceanów. To może być pieniądz albo informacja. W trylogii o Skrytobójcy autorstwa Robin Hobb znajdziecie zgrabny opis sztuki dyplomacji jako aksamitnej rękawiczki okrywającej rękę z ukrytym sztyletem. (Machiavelli chyba polubiłby tę trylogię.) Chciałoby się, żeby sztylet nigdy nie został użyty, ale czasem nie można tego uniknąć.

W latach 90. byłam rozgoryczona bezradnością polityków i dyplomatów. Wierzyłam w ONZ, a on jakby spał. Jakiś czas później, studiując politologię, zapoznałam się z książką o konfliktach w Afryce i Azji od XIX do końca XX wieku. Ciekawe analizy. W tej dotyczącej początków krwawych jatek w wolnym Kongo, zainteresował mnie fragment o oficerze sił ONZ, który rozkazał swoim żołnierzom otworzyć ogień do obu stron wojny domowej. Od razu zapanował między nimi spokój. To było działanie niezgodne z zasadami misji pokojowej, ale jakże skuteczne. W byłej Jugosławii nie można było czegoś takiego zrobić, co uświadomił mi dopiero mój rozmówca z Naukowej. Stron konfliktu było co najmniej kilka w jednym czasie. Zdaje się, że to generał Lewis MacKenzie, Kanadyjczyk dowodzący częścią sił UNPROFOR, powiedział, że wtedy trzeba było podjąć mniej więcej taką decyzję: pomagamy temu, kto zabił 15 osób, innemu, który zabił 10 osób, czy też temu, który "na koncie" miał 5 ofiar?

Na początku XXI wieku polskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych powołało do życia Akademię Dyplomatyczną. Po kilku latach opiekę nad nią przejął Polski Instytut Spraw Międzynarodowych. W Akademii szkolona jest kadra na potrzeby naszej dyplomacji. Bardzo chciałabym, żeby to byli najlepsi z najlepszych.

W tej działce wielkość kraju i liczebność a także jakość jego sił zbrojnych mają drugorzędne znaczenie. Z pewnością jednak przydają się dobry wywiad i kontrwywiad.
To jest tak, że czeski dyplomata może wpłynąć na zmianę decyzji amerykańskiego kolegi. Serio, serio. Zręczni dyplomaci mogą z małego kraju stworzyć wspaniałego rozgrywającego na arenie międzynarodowej. Ciekawe czy ich praca bardziej przypomina dokonywanie transakcji na giełdzie i biznesowe obiady, czy też podchody szpiegów?

Richard Holbrooke i Slobodan Milosevic

środa, 24 sierpnia 2011

"Ostatni brzeg"

Kanada, lata sześćdziesiąte XX wieku. Niedawno skończyła się II wojna światowa. Szkoła na przedmieściu. Jedenastoletni a może trochę starszy chłopiec: Max Gluck. Tak nazywał się chyba zresztą ten serial - "Max Gluck" (z umlautem nad "u"). Opowiadał o zróżnicowanym środowisku kulturowym, narodowościowym, wyznaniowym, materialnym i politycznym Kanady. Był odcinek, w którym dzieci wysyłały do parlamentu propozycje nowej flagi państwowej (taki konkurs rzeczywiście miał miejsce i to jemu zawdzięczamy identyfikowanie Kanady z pięknym liściem klonu na białym tle, ograniczonym dwoma pasami czerwieni). W innym odcinku dzieci przygotowywały prace dotyczące wojny nuklearnej. Miały to być modele schronów. W trakcie przygotowań do wykonania zadania zdarzyło się, że tytułowy bohater spotkał na swej drodze kogoś, kto opowiedział mu o koszmarze Hiroszimy i Nagasaki. Chłopak zaczął szukać opracowań dotyczących broni jądrowej i na tej podstawie przedstawił na lekcji makietę ruin szkoły. Opisał, jak wygląda wybuch bomby, co stanie się i w jakim promieniu w ciągu sekundy, minuty, godziny, tygodnia po katastrofie. Potem przedstawił dane mówiące o tym, jakie są szanse przeżycia w prowizorycznych schronach - tych, których makiety pokazywali wcześniej jego koledzy. Klasa słuchała w ciszy. Potem wszyscy rozeszli się do domów - smutni, pokonani. Tak to mniej więcej wyglądało.

Kadr z "Ostatniego brzegu"

Australia, lata pięćdziesiąte XX wieku. Na 6 pozostałych kontynentach nie ma już żywych ludzi. Doszło do konfliktu nuklearnego pomiędzy USA i ZSRR. Chmura atomowa zbliża się do Australii. Rząd wydaje obywatelom tabletki i zastrzyki z trucizną. To film "Ostatni brzeg" z 1959 roku w reżyserii Stanleya Kramera (na podstawie świeżej wtedy powieści Nevila Shute'a), z Gregorym Peckiem w roli kapitana okrętu podwodnego z napędem... atomowym.

Jak zachowują się bohaterowie? Różnie. Większość nie panikuje ani nie popada w obłęd. Nie ma też zamieszek, morderstw, kradzieży. Przecież niedługo i tak wszyscy zginą. Wielu ludzi ściąga na wybrzeże. Robią sobie wakacje. Żyją pełnią życia - w znaczeniu jak najbardziej pozytywnym. Sami wybiorą moment śmierci najbliższych i swojej. Ale to stanie się dopiero za jakiś czas. Na razie po prostu cieszą się tym, co jest. Tak zapamiętałam ten film. Nawet jeśli w rzeczywistości fabuła wygląda nieco inaczej, to w mojej pamięci przedstawia się jako wspaniała wizja wymierającej, a jednak wielkiej ludzkości, pojmowanej nie jako abstrakcyjny byt, ale jak najbardziej realny zbiór wyjątkowych jednostek.

Zimna wojna i stałe zagrożenie przerodzeniem się jej w wojnę atomową pozostawiło trwały ślad w kulturze. Nie tylko political i science-fiction karmiły się tym tematem. Był on obecny także w kryminałach czy historiach romantycznych. Przecież w latach 1950. mówiło się wręcz o histerii, która ogarniała ludzi żyjących po obu stronach żelaznej kurtyny. W 1962 roku strach spotęgował kryzys kubański. Nic dziwnego, że znalazło to swoje odbicie w wytworach kultury.

Co byśmy zrobili, gdybyśmy wiedzieli, że niedługo czeka nas wszystkich śmierć? Każdy z nas jest niepowtarzalną jednostką i chociaż w tłumie (niekoniecznie w sensie jego fizycznego istnienia) tracimy swą indywidualność, to jednak wiele filmów, książek, opowiadań i komiksów pokazuje, że w tak niezwykłej sytuacji, jaką są ostatnie miesiące, tygodnie, dni i godziny przed wielką katastrofą, jaką byłoby wymarcie człowieka, większość z nas zachowywałyby się całkiem spokojnie i godnie. Oczywiście najpierw doszłoby do histerii (no bo jak to?! wszyscy skazani na śmierć? za nic? zupełnie przypadkiem, bo ktoś nacisnął atomowy guzik?), potem jednak przyszłaby racjonalizacja: przecież to nie tylko ja, wszyscy są skazani, a skoro już to wiemy, to pogódźmy się ze straszną wiadomością i przeżyjmy w spokoju tych kilka tygodni, czy miesięcy. Bez nadziei na ocalenie, ale za to z pewnością maksymalnego wykorzystania tego, co zostało. Ale nie tak, jak wyobrażają to sobie ci, którzy posądzają człowieka o najgorsze. Nie wiem, co na to psychologia i badania naukowe, w każdym razie w wizjach tworzonych przez artystów bylibyśmy życzliwi, godni, szczerzy, nawet lekko uśmiechnięci. A potem przyszłaby ta chwila - jeśli mielibyśmy taką możliwość - kiedy trzeba zdecydować się na samobójstwo bądź czekanie na chorobę popromienną. To byłyby okropne momenty, które każdy przeżywałby sam. Następnie wszystko by się skończyło - w ludzkim sensie. Ziemia nadal kręciłaby się wokół Słońca, a karaluchy myszkowałyby po rozpadających się, zarastających siedzibach wymarłego gatunku.

wtorek, 2 sierpnia 2011

"It's not just a game"

To nie tylko gra - to życie.

W 1995 roku drużyna rugby RPA wygrała Puchar Świata w swojej dyscyplinie - polecam film "Invictus" w reżyserii Clinta Eastwooda, opowiadający o tym wydarzeniu.

Tytułowe słowa postu pochodzą z piosenki "Colorblind" zespołu Overtone, czyli ze ścieżki dźwiękowej do tego filmu.


Kilkanaście lat temu cud zdarzył się w Johannesburgu.
Na niewiele lat wystarczył jego potencjał.


RPA jest podzielone. Można się tam spotkać z całymi dzielnicami bogactwa i skrajnego ubóstwa, z terytoriami Białych i Czarnych, z krainą ciszy i spokoju, a także z wojną domową. Największym zmartwieniem FIFA w czasie Mistrzostw Świata w piłce nożnej z zeszłego roku nie było to, że nie sprzedadzą kompletu biletów na poszczególne stadiony - chodziło bardziej o to, ilu ludzi zginie w zamieszkach (święto piłki nożnej było transmitowane przez największe stacje telewizyjne świata).

"To nie tylko gra!". Teraz już to rozumiem.

Możnaby rzec: filmy to nie tylko filmy. Gdzie nie rzucisz kamieniem, tam uderza cię życie.

"Give them hope!" - mówi Danilov, kiedy przerażony Chruszczow zapytuje komisarzy politycznych w oblężonym Stalingradzie, co zrobić, by wygrać tę najważniejszą batalię pomiędzy ludźmi radzieckimi a nazistami ("Enemy at the gates" w reżyserii Jean-Jaquesa Annauda). Daniłow ma rację - nadzieja może stać się ocaleniem.

W archiwach Filmoteki Narodowej, czy łódzkiej Filmówki odnaleźć można propagandowe produkcyjniaki z wczesnych lat PRL. Reżyserowały je sławy, takie jak Andrzej Wajda, czy Jerzy Kawalerowicz.

"Invictus" w swym duchu przypomina PRL-owskie produkcyjniaki. Na tym podobieństwo się kończy. Polecam ten film - tak jak zresztą wszystkie inne, wyreżyserowane bądź też wyprodukowane przez Clinta Eastwooda. (Jeśli kiedyś spotkam Kyle'a Eastwooda, to nie zapomnę podziękować mu za to, że ścieżki dźwiękowe jego współautorstwa, obecne w "Gran Torino" i "Invictus", dały mi nadzieję.)

Nadzieja. Bywa i tak, że to wszystko co w danej chwili mamy.

"Kiedyś".


"Invictus"
William Ernest Henley
Out of the night that covers me,
Black as the pit from pole to pole,
I thank whatever gods may be
For my unconquerable soul.

In the fell clutch of circumstance
I have not winced nor cried aloud.
Under the bludgeonings of chance
My head is bloody, but unbowed.

Beyond this place of wrath and tears
Looms but the Horror of the shade,
And yet the menace of the years
Finds, and shall find, me unafraid.

It matters not how strait the gate,
How charged with punishments the scroll.
I am the master of my fate:
I am the captain of my soul.
PS Polecam swój ulubiony program na antenie Żaka, czyli "Prawie jak w kinie" Kingi Dyndowicz (wtorki, 22:00-23:00). Niestety, audycja odbywa się z przerwami, ale to w zasadzie w niczym jej nie przeszkadza - nadal jest najlepszą godziną na antenie S.R. ŻAK PŁ.

niedziela, 19 czerwca 2011

Szarża Lekkiej Brygady

Rok temu Oscara za pierwszoplanową rolę żeńską otrzymała Sandra Bullock. Było to o tyle niesamowite, że dzień wcześniej odebrała Złotą Malinę za najgorszą rolę żeńską. Warto zapoznać się z fragmentami z jej udziałem, pochodzącymi z obu uroczystości. Ma kobieta klasę.
Złota Malina za "All about Steve", a Oscar za "The Blind Side". Pierwszy tytuł jest komedią romantyczną z podkreśleniem komedią, bo przeważa w nim typ humoru ze slapstickowych obrazów z początków XX wieku. "The Blind Side" to historia murzyńskiego nastolatka z biednych przedmieść Memphis, który dostaje szansę na naukę w szkole prywatnej i zostaje przygarnięty przez zamożną rodzinę z białej części miasta. To taki klasyczny film o tym, że równość materialna jest niemożliwa, ale najważniejsza jest miłość i wykorzystanie szansy, na którą człowiek się czasem natyka. W tym właśnie filmie znajduje się fragment dotyczący "Szarży Lekkiej Brygady", poematu o odwadze, honorze i poświęceniu, autorstwa lorda Tennysona.

Kapral Philip Smith pod Sewastopolem

Wojna krymska. Połowa XIX wieku. Powód tamtego konfliktu pomiędzy Imperium Rosyjskim i Osmańskim był całkiem błahy. Oficjalnie chodziło o ochronę ludności niemuzułmańskiej i miejsc świętych chrześcijaństwa, które znajdowały się na terenie Imperium Osmańskiego. Tak naprawdę dyplomatom nie udało się bezboleśnie podzielić stref wpływów. Naprzeciwko siebie stanęli na początku Rosjanie i Turcy. Turkom pomogli później – w ramach różnych przymierzy - Francuzi, Brytyjczycy i Sardyńczycy. Mówi się o tej wojnie, że była przykładem rywalizacji XIX-wiecznych mocarstw, ostrzeżeniem przed kataklizmem I wojny światowej. Europa była jeszcze zmęczona wojnami napoleońskimi i różnymi powstaniami i społecznymi niepokojami, takimi jak Wiosna Ludów. Na razie ani Prusy, ani Austria, ani Wielka Brytania czy Francja nie mogły zaryzykować otwartego konfliktu w sercu Europy. Tworzyły się dopiero różne przymierza, w armiach dokonywał się postęp technologiczny, rozwijał się kolonializm. Dlatego wojny toczono daleko od granic zachodnioeuropejskich mocarstw.

Krym to dzisiaj część Ukrainy, ale taka bardzo rosyjska, bo przez kilka wieków panowali tam właśnie Rosjanie. W sewastopolskim porcie nadal stacjonuje rosyjska Flota Czarnomorska. Z uwagi na swoje znaczenie Sewastopol nie raz był oblegany. Jedno z tych oblężeń miało miejsce w czasie wojny krymskiej w 1854 i 1855 roku. Miasto chciały odciąć od dróg zaopatrzenia i posiłków rosyjskich wojska brytyjskie, francuskie i tureckie. Posiłki i zaopatrzenie przysyłano im statkami. Do oblężenia Sewastopola potrzebowali więc średniej wielkości portu. Zdobyli założoną przez Greków Bałakławę. To od tej miejscowości pochodzi nazwa bitwy, w której doszło do słynnej szarży Lekkiej Brygady.

Był koniec 1854 roku. Trwało oblężenie Sewastopola. W Bałakławie stacjonowało kilka tysięcy Brytyjczyków, Francuzów i Turków. Część z nich budowała umocnienia na wypadek większego rosyjskiego kontrataku. Okopy, stanowiska dla armat, przejścia pomiędzy szańcami. Teren wokół Bałakławy był bardzo nierówny. Wysokie wzgórza, mniejsze wzniesienia, a pomiędzy nimi doliny. W jednej z takich dolin znajdowała się droga, którą oddziały koalicjantów miały za zadanie osłaniać. Linia komunikacyjna pomiędzy zaopatrzeniowym portem i oblegającymi Sewastopol wojskami. Zgrupowaniem pod Bałakławą dowodził nieudolny generał Somerset, lord Raglan (część historyków to właśnie jemu przypisuje winę za bezsensowną szarżę; tamtego październikowego dnia miał wydać kilka niejasnych rozkazów, wprowadzając do szeregów chaos i podwyższając straty). Dywizją kawalerii, w skład której wchodziła Lekka Brygada generała Brundenella, lorda Cardigan, dowodził generał Bingham, lord Lucan. Na miejscu był też doświadczony, świetny dowódca, generał Campbell ze swoimi szkockimi góralami. Warto wspomnieć jeszcze jedno oficerskie nazwisko, najbardziej kontrowersyjne. Chodzi o kapitana Nolana. W zależności od wersji jest on albo bohaterem albo nadętym bufonem, którego błąd kosztował życie ponad stu ludzi. To ponoć on nie przekazał we właściwy sposób rozkazu lorda Raglana, który nie kazał Lekkiej Brygadzie atakować baterii rosyjskich dział na końcu doliny, tylko odzyskać stracone na jednym ze wzgórz działa brytyjskie. W tej wersji historii Nolan spostrzega błąd i chce zawrócić Cardigana i cały oddział, ale jest już za późno. Pada zmieciony odłamkiem artyleryjskiego pocisku.

W filmie Tony'ego Richardsona Cardigana, a więc dowódcę Lekkiej Brygady przedstawiono jako arystokratę-idiotę i szaleńca. Winę za masakrę zrzucono w zasadzie na przestarzały system organizacji brytyjskiego wojska. Pewnie pamiętacie, że Francuzi w wojnach napoleońskich, czy Amerykanie w wojnie o niepodległość sprawdzili – powiedzmy – demokratyczny system awansów. Oficerem mógł wtedy zostać każdy. W Wielkiej Brytanii ta zmiana w myśleniu o armii następowała powoli. Wojsko miało tam inny status: niby państwowy, ale prywatny. Związane to było jeszcze z początkami ery kolonialnej i z decyzjami wydanymi przez Elżbietę Wielką. Część oddziałów wystawiały jednostki administracyjne, na przykład hrabstwa, a część wystawiali bogacze. I te oddziały były właściwie prywatne, zdane na łaskę dowodzącego nimi bezpośrednio właściciela albo też zatrudnionego przez niego oficera. W legendzie o szarży Lekkiej Brygady takim właścicielem jest lord Cardigan, nadęty błazen niebezpieczny dla swoich żołnierzy.

W rosyjskim ataku na umocnienia wokół Bałakławy Anglicy stracili część dział. Lord Raglan chciał je odzyskać. To podłoże rozkazu, jaki miał wydać Cardiganowi i Lekkiej Brygadzie. Zresztą, cała ta bitwa pod Bałakławą to seria niedokładnych instrukcji dla oficerów obu stron. Podczas jej trwania zarówno koalicjanci, jak i Rosjanie stracili wiele okazji na wygraną. Kilka razy niepotrzebnie przegrupowywano oddziały. Mówi się, że ta bitwa, jak i cała wojna, zwiastowała I wojnę światową, była także jednak zakorzeniona w starej tradycji znanej chociażby spod Jeny, czy Austerlitz. Z jednej strony nowocześniejszy sprzęt i wojna pozycyjna, a z drugiej szarże kawalerii załamujące się przy małych stratach, na skutek paniki ogarniającej pierwszą linię.

Jeśli chodzi o Lekką Brygadę, to jej szarża zdaje się być legendą. Bardzo potrzebną Brytyjczykom legendą, w której swych żołnierzy porównują oni do polskich szwoleżerów spod Somosierry. Czasem tak to właśnie jest - coś powstaje z zapotrzebowania na pokrzepienie serc. W tej legendzie kawalerzyści zginęli. Ponad 600 jeźdźców z Lekkiej Brygady straciło życie w bezsensownej szarży na armaty przeciwnika. Jechali doliną, na której końcu, a także na wzgórzach po bokach, stały rosyjskie armaty. W ciągu kilkunastu minut osiągnęli cel i przepędziwszy kozackie oddziały zdobyli działa z krańca doliny. Wracali tą samą drogą, znowu pod gradem pocisków wystrzeliwanych z baterii ustawionych na wzgórzach. Krwawe, bezsensowne bohaterstwo.

Czasem tak jest. Jakby społeczeństwo składało zapotrzebowanie na historię o honorze i poświęceniu. O śmierci. W Polsce taką historią jest Powstanie Warszawskie. W Wielkiej Brytanii szarża Lekkiej Brygady.

Później wydarzyły się tragedie I i II wojny światowej, a także wielu innych konfliktów. Bezsensownych rozkazów ataków, które nie miały żadnych szans powodzenia, wydano wiele. W brytyjskiej tradycji żywa jest jednak tamta lekka brygada i jej straceńcza szarża. Nieważne, jak to wyglądało naprawdę, kto zawiódł, czy istniały rozkazy, czy ktoś je źle przekazał. Liczy się legenda!

To jedna z najlepiej znanych, ale i pełnych luk w opisie bitew z czasów tamtej wojny. W większości książek dotyczących wojskowości znaleźć można jej stereotypowe przedstawienie. Na podstawie rosyjskich dokumentów i relacji prowadzonych jakiś czas po bitwie, już na chłodno, widać jednak, że to nie była masakra. Straty oddziału Cardigana były duże, ale nie uniemożliwiały mu dalszej walki.

Wojna krymska była nietypowym konfliktem, stojącym na pograniczu między starym a nowym. To z tamtego czasu pochodzą pierwsze relacje prasowe dzień po dniu, z pierwszej linii frontu. To na tej wojnie Florence Nightingale zrewolucjonizowała medyczne zaplecze i sposób opieki nad rannymi. To wreszcie z tamtej wojny pochodzi słynne określenie brytyjskiego oddziału jako "cienkiej czerwonej linii". Dowódca szkockich górali, generał Campbell, który dostał rozkaz utrzymania odcinka skromnym kilkusetosobowym oddziałem piechoty, bez wsparcia kawalerii, powiedział swoim żołnierzom, że stąd nie ma odwrotu: mają walczyć do końca. Do gorzkiego końca. To ten oddział, na długo przed wojnami z mahdystami i Zulusami, stworzył obraz "prawdziwego brytyjskiego żołnierza", który bez względu na wszystko broni ostatniego posterunku, ufając swemu dowódcy.

"The Charge of the Light Brigade"
Alfred, Lord Tennyson

Half a league, half a league,
Half a league onward,
All in the valley of Death
Rode the six hundred.
"Forward, the Light Brigade!
"Charge for the guns!" he said:
Into the valley of Death
Rode the six hundred.

"Forward, the Light Brigade!"
Was there a man dismay'd?
Not tho' the soldier knew
Someone had blunder'd:
Theirs not to make reply,
Theirs not to reason why,
Theirs but to do and die:
Into the valley of Death
Rode the six hundred.

Cannon to right of them,
Cannon to left of them,
Cannon in front of them
Volley'd and thunder'd;
Storm'd at with shot and shell,
Boldly they rode and well,
Into the jaws of Death,
Into the mouth of Hell
Rode the six hundred.

Flash'd all their sabres bare,
Flash'd as they turn'd in air,
Sabring the gunners there,
Charging an army, while
All the world wonder'd:
Plunged in the battery-smoke
Right thro' the line they broke;
Cossack and Russian
Reel'd from the sabre stroke
Shatter'd and sunder'd.
Then they rode back, but not
Not the six hundred.

Cannon to right of them,
Cannon to left of them,
Cannon behind them
Volley'd and thunder'd;
Storm'd at with shot and shell,
While horse and hero fell,
They that had fought so well
Came thro' the jaws of Death
Back from the mouth of Hell,
All that was left of them,
Left of six hundred.

When can their glory fade?
O the wild charge they made!
All the world wondered.
Honor the charge they made,
Honor the Light Brigade,
Noble six hundred.

piątek, 10 czerwca 2011

Ojcowie Europy

Znowu się zdenerwowałam. Lepsze to jednak, niż smutek ekonomisty.
Jakiś czas temu sięgnęłam po artykuł polecony przez kolegę. Na początku nie zwróciłam uwagi na to, że odnośnik dotyczy prawicowej gazety. W tekście chodziło o potępienie pro-unijnej "propagandy". Ponoć teraz dzieciom wtłacza się do głów, jaka wspaniała Unia Europejska jest, a to przecież nieprawda. Obiektywnie powinno się uczyć dzieci, że Unia jest paskudna.
Skąd ta niechęć? Z niewiedzy a to jest najgorsze. Gdybyż to na faktach oparte było! Można przecież struktur unijnych za biurokrację i wyrzucanie pieniędzy w błoto nie lubić. Ale ze względów ideologicznych?!

Prawie każdy z nas potrafi wymienić Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Może nie wszystkich, ale na pewno głównych: Thomasa Jeffersona, Benjamina Franklina, Alexandra Hamiltona, Jamesa Madisona, Jerzego Waszyngtona. Gorzej sprawa ma się z Ojcami Założycielami wspólnej Europy. A tych ojców zjednoczenia, którego jesteśmy świadkami, było co najmniej kilku. W zależności od tego, czy bierzemy pod uwagę tylko opracowanie koncepcji nowoczesnej Europy, czy też wykonawstwo tego planu, to grono liczy sobie od trzech do kilkunastu osób. Wśród nich wymienić należy przede wszystkim: Józefa Retingera, Jeana Monneta, Roberta Schumana, Alcide De Gasperiego, Konrada Adenauera, Winstona Churchilla, Paula Henriego Spaaka, Waltera Hallsteina, Charlesa de Gaulle’a.

Dlaczego nazwiska amerykańskich polityków i prezydentów są lepiej znane? Historia Ameryki Północnej jest bardziej pociągająca od europejskiej. Wydaje się też znacznie prostsza, bo liczy sobie tylko kilkaset lat. No i nie ukrywajmy, że pociąga nas amerykański sukces i łatwo zapamiętujemy towarzyszące mu nazwiska. Europa w porównaniu z Nowym Światem wydaje się nudna. I właśnie tak traktujemy europejskie zjednoczenie – jako nudne. Zupełnie niesłusznie. Wystarczy tylko wspomnieć, że w dwudziestoleciu międzywojennym niektórzy żałowali, iż kaiserowskie Niemcy nie wygrały I wojny światowej, bo wtedy zjednoczono by Europę. To samo chciał też przecież zrobić Hitler – zjednoczyć kontynent. W nieco inny sposób, bo bez ludobójstwa, do podobnego celu dążył Napoleon. Tyle tylko, że we wszystkich tych próbach chodziło o podbój i dominację jednego kraju nad innymi. Tymczasem najpiękniejsze w idei integracji europejskiej, w której uczestniczymy, jest to, że nie przyniesiono jej na niczyich bagnetach. Można boczyć się na dominację potężnych krajów starej Europy, ale nie da się ukryć, że wszelkie konflikty rozwiązujemy pokojowo i w zasadzie wspólnota przynosi korzyści wszystkim.

Przykładami na pokojowe zjednoczenie były dla polityków Starego Kontynentu Szwajcaria, no i Stany Zjednoczone. Dlatego też w 1929 roku minister spraw zagranicznych Francji Aristide Briand - z poparciem ministra spraw zagranicznych Niemiec Gustawa Stresemanna - zaproponował na forum Ligi Narodów powołanie do życia Stanów Zjednoczonych Europy. Miało to służyć tylko zacieśnieniu współpracy w ramach Ligi Narodów. Ale wtedy w Niemczech powoli dochodzili do władzy naziści, Wielka Brytania nie chciała mieszać się w sprawy kontynentu, a w wielu częściach Europy dominowały rządy autorytarne. W zasadzie nikt nie był jeszcze gotów na porzucenie starego sposobu prowadzenia polityki – dążenia do zdobycia przewagi albo utrzymywania równowagi militarnej. Europa potrzebowała traumatycznego doświadczenia kolejnej wojny. Dopiero wtedy uznano, że wywołanie przez Stary Kontynent dwóch wojen światowych jest wystarczającym powodem do tego, by zapobiec kolejnej katastrofie. Kolonie zaczęły uzyskiwać samodzielność, metropolie się wykrwawiły, skarbce stały puste. Dominującą pozycję w polityce międzynarodowej przejęły Stany Zjednoczone Ameryki Północnej i Związek Radziecki. Europa czekała na pomysł, jak wygrzebać się z zapaści.

Polski działacz emigracyjny, Józef Retinger, w maju 1946 roku wygłosił referat w Królewskim Instytucie Spraw Zagranicznych w Chatham House. Mówił o przyszłości kontynentu. Stwierdził, że najlepszym punktem rozpoczęcia integracji będzie sfera gospodarcza. Wraz ze swymi wpływowymi przyjaciółmi z kręgów liberalnych krajów zachodniej Europy stworzył Niezależną Ligę Współpracy Ekonomicznej. To właśnie na tym forum wypracowano koncepcję Europejskiej Wspólnoty Węgla i Stali. Również w 1946 roku Winston Churchill, który był na bieżąco informowany o tych planach, apelował w Zurychu o niemiecko-francuskie pojednanie i Stany Zjednoczone Europy. Chodziło o pokój, bezpieczeństwo i wolność. To była wizja Churchilla, który utworzył Komitet Zjednoczonej Europy. W 1947 roku we Francji powstała zaś Rada na rzecz Zjednoczonej Europy. Te dwie ostatnie organizacje miały na celu zawiązanie wojskowych sojuszy na czas wojny.

W 1947 roku amerykański sekretarz stanu George Marshall zaproponował pomoc gospodarczą dla Europy. Warunkiem było utworzenie przez państwa mające zostać objęte tym programem organizacji do zarządzania pomocą i planowania odbudowy. Umowy zawarte pomiędzy kilkunastoma krajami i USA zobowiązywały państwa sygnatariuszy do współpracy gospodarczej, liberalizacji rynków i rozwoju handlu. To była Organizacja Europejskiej Współpracy Gospodarczej (OEEC). Jak widać, był to niesamowity okres powstawania wielu związków działających na rzecz integracji. Powstała na przykład organizacja europejskich chadeków: Nowe Ekipy Międzynarodowe. Na tym forum poglądy wymieniali Konrad Adenauer z RFN, Alcide De Gasperi z Włoch i Robert Schuman z Francji.

To wszystko nie było jednak takie proste i spontaniczne. Nadal istniało wiele różnic i ścierały się tendencje narodowe. Nawet federaliści byli podzieleni. Anglicy zaś w ogóle trzymali się na uboczu, chociaż stworzyli militarną Unię Zachodnioeuropejską (Wlk. Brytania, Francja i kraje Beneluksu).

To Polak, Józef Retinger, wpadł na to, że trzeba te wszystkie wysiłki połączyć. W 1947 roku, w czerwcu, doprowadził do powstania Komitetu Koordynacyjnego Ruchów Międzynarodowych na rzecz Jedności Europejskiej. Na czele stanął zięć Winstona Churchilla, Duncan Sandys z Ruchu Zjednoczenia Europy. Retinger został sekretarzem generalnym. To ten Komitet doprowadził do Kongresu w Hadze - kongresu, który miał sformułować zasady polityki jedności europejskiej. 8-10 maja 1948 roku prawie tysiąc polityków, ekonomistów, prawników, naukowców, przedstawicieli świata kultury i biznesmenów z 19 krajów oraz obserwatorów z Kanady i Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zebrało się, by rozmawiać o dalszych losach Starego Kontynentu. Paul-Henri Spaak przedstawił konkretne plany utworzenia Rady Europy, którą to Radę powołano do istnienia w Londynie w maju 1949 roku. Miała ona na celu stanie na straży pokoju i sprawiedliwości, rozwijanie współpracy międzynarodowej i zabezpieczenie wspólnego dziedzictwa europejskiego.
Józef Retinger zdawał już sobie wtedy sprawę z tego, że może przestać martwić się o zjednoczenie. Zajął się opracowywaniem projektów unii celnej, wspólnego rynku europejskiego oraz Europejskiej Konwencji Praw Człowieka.

Ktoś musiał opracować podstawę teoretyczną, a ktoś inny musiał wcielić te pomysły w życie. Ci, którzy pracowali nad samą koncepcją wspólnej Europy popadli już w zapomnienie. Łatwiej zapamiętać premierów, czy ministrów spraw zagranicznych. To dlatego wśród Ojców Integracji wymienia się Churchilla, de Gaulle’a, Adenauera i De Gasperiego. Potem są Schuman i Monnet, a nieliczni znają jeszcze kogoś takiego jak Spaak czy Spinelli. Wśród tych najmniej rozpoznawalnych nazwisk znajdujemy polskiego przedstawiciela zjednoczenia – chodzi o Józefa Retingera.

Przy tej okazji należy powiedzieć coś ważnego. Otóż myślicieli i filozofów traktuje się w najlepszym przypadku z przymrużeniem oka. Wiem, bo sama na początku studiów, po pierwszym kursie z doktryn politycznych, uznałam ich za obiboków i stwierdziłam, że trzeba ich było wszystkich wysłać do kamieniołomów, to wtedy może przydaliby się na coś ludzkości i nie myśleliby o głupotach. A teraz sama jestem jednym z takich obiboków, co to tylko czytają książki, a następnie na ich podstawie piszą artykuły. Na sprawy dotąd przeze mnie wyśmiewane z konieczności patrzę więc inaczej. Być może to niedocenienie zajmowania się myślą polityczną czy ekonomiczną wiąże się też z kompleksem humanisty. Przecież humaniści rzadko kiedy robią coś spektakularnego. Ani nie modyfikują genetycznie, żeby można było wykarmić Afrykę, ani nie opracowują modeli statków międzyplanetarnych, ani nawet zwykle nie rozumieją o co dokładnie chodzi w teorii ewolucji. Nie wszędzie jednak działania humanistów są mało widoczne. Na Zachodzie istnieją zespoły, tzw. think tanki, które na potrzeby rządów czy prywatnych firm opracowują różne koncepcje dotyczące jednostek, społeczeństw, instytucji i organizacji. Koncepcję wspólnej Europy też ktoś musiał obmyślić. Szefowie rządów nie mieli na to czasu. Nie ukrywajmy, że za premierami, ministrami, czy prezydentami, stoją sztaby ludzi, którzy myślą za nich. Politycy mają podejmować decyzje, bardzo ważne decyzje, a następnie przekonać do nich społeczeństwa, ale ich uwagi wymaga tak wiele spraw, że nie mają czasu na szczegółowe roztrząsanie wszystkich za i przeciw. Rozstrzygnięcia następują więc na podstawie materiałów przygotowanych przez zespoły doradców. Dlatego musiało zebrać się grono wykształconych w różnych dziedzinach, inteligentnych i mądrych ludzi: ekonomistów, urzędników, prawników, finansistów, teoretyków polityki i dyplomacji, by w ciągu kilku lat przedyskutować pewne idee dotyczące powojennego ładu europejskiego. Musieli zbijać argumenty, szukać za i przeciw – dokonywać intelektualnego wysiłku, by następnie przeforsować swoje propozycje wśród polityków. To nie żadna teoria spiskowa. Chodzi o mechanizm, według którego działa wielka polityka. W świecie nauki uznaje się, na przykład, że aby Darwin mógł opracować teorię ewolucji, musiało na niego pracować jeśli nie tysiące, to setki innych naukowców, przez kilkaset lat. To taka piramida, na której szczycie stoi Karol Darwin. Podobne porównanie da się zastosować w sferze polityki. Na to, aby de Gaulle, Churchill, Adenauer i De Gasperi mogli triumfalnie ogłosić nową nadzieję dla Europy musiały pracować setki innych umysłów.

Po II wojnie światowej brano pod uwagę różne scenariusze przyszłości Niemiec. Jeśli chodzi o gospodarkę, to Francji zależało na jak największym osłabieniu pokonanego militarnie przeciwnika, natomiast Wielka Brytania i USA z jednej strony przychylały się do wyznaczenia niskich limitów produkcji stali, czy wydobycia węgla, ale z drugiej strony zależało im na szybkiej odbudowie gospodarczej Niemiec, by oddalić widmo komunizmu. Ścierały się więc różne interesy natury politycznej i ekonomicznej. Minister Spraw Zagranicznych Francji, Robert Schuman, mając na uwadze niezaostrzanie konfliktu pomiędzy byłymi aliantami, zwrócił się o pomoc do Jeana Monneta odpowiedzialnego za plan modernizacji francuskiej gospodarki. Wytyczne były takie, by zapewnić pokój Europie i spróbować rozwiązać niemiecko-francuski konflikt o Zagłębie Saary i nadprodukcję stali w Zagłębiu Ruhry. Monnet wyszedł z założenia, że od razu nie da się stworzyć jakiejś potężnej organizacji mającej zjednoczyć Stary Kontynent. Postanowił więc skupić się na tym, co było najbardziej drażliwe: na węglu i przemyśle ciężkim. I to właśnie Monnet i jego ludzie z francuskiej Komisji Planu byli autorami Deklaracji Schumana, ogłoszonej 9 maja 1950 roku. W wystąpieniu ministra spraw zagranicznych Francji ustalono cele przyszłej organizacji, a także przedstawiono mechanizmy podejmowania decyzji w jej instytucjach. Po raz pierwszy od dawna Francja i Niemcy zaczęły pracować wspólnie, mając na uwadze dobro całego regionu. Chodziło o węgiel i stal oraz organizację, która będzie kontrolować ich zasoby i produkcję. Monnet, a za nim Schuman, posługiwali się argumentem zysków materialnych. W ich wypowiedziach znaleźć jednak można także idealizm. Monnet wypowiedział zdanie: "Celem wszystkich naszych wysiłków jest rozwój ludzkości, a nie proklamowanie ojczyzny wielkiej czy małej".

J. Monnet i R. Schuman

Jeśli chodzi o idee zjednoczenia Europy, które ścierały się ze sobą w latach 40., to wyróżniamy wśród nich tendencję federalistyczną, czyli wizję państw związkowych i superpaństwa nad nimi stojącego – coś podobnego jak USA. Za tym opowiadał się między innymi Churchill. Naprzeciwko niej stała koncepcja unii, czy też konfederacji. Chodziło tu o stopniową integrację poprzez współpracę międzynarodową centralnych władz poszczególnych państw. Za tym opowiadali się Retinger czy de Gaulle. Jeśli wyrazem federalizmu było hasło Stanów Zjednoczonych Europy, to konfederalizm ujęty został w haśle "Europy państw". Trzecim ważnym nurtem obecnym w debatach lat 40. był funkcjonalizm. W uproszczeniu można powiedzieć, że nawoływano w nim do scalania poszczególnych sfer aktywności państw. Podstawą miało być zbudowanie więzi gospodarczych. Świetnie podsumowano w tym ostatnim nurcie ideę integracji podkreślając, że scalony gospodarczo kontynent będzie spokojny, ponieważ żadnemu państwu nie będzie zależało na wojnie i podbojach. Każdy konflikt zerwałby bowiem sieć ekonomicznych powiązań i skutkowałby niezadowoleniem obywateli. Funkcjonalistą był na przykład Schuman.

Jeśli chodzi o samych ojców wspólnej Europy, to urodzili się pod koniec XIX wieku. W połowie XX stulecia byli więc już w sile wieku. Widzieli klęskę I wojny światowej, jak i zniszczenie Europy w wyniku II wojny światowej. Mieli określone doświadczenia i nieśli za sobą wartości, które miały połączyć skłócone dotąd mocarstwa. Byli antynacjonalistami, ale szanowali odmienność etniczną, kulturową i historyczną poszczególnych części Europy. Chcieli jednak uchronić swoje ojczyzny przed kolejną katastrofą.
Trzech z nich połączyło to, że pochodzili z obszarów pogranicza, a na scenie politycznej reprezentowali ugrupowania chrześcijańsko-demokratyczne. Chodzi o Adenauera, De Gasperiego i Schumana. Co ciekawe, każdy z nich ma szansę na beatyfikację.

Schuman urodził się we francuskiej rodzinie w Luksemburgu. Uczył się po francusku w niemieckiej szkole, bo rodzina zamieszkała w Lotaryngii, która należała wtedy do Cesarstwa Niemieckiego. Francuskie obywatelstwo dostał dopiero po I wojnie światowej i od razu zajął się polityką. W czasie II wojny światowej, po tym jak rozstał się z rządem Vichy, uciekał przed Niemcami, którzy chcieli nakłonić go do kolaboracji.
Z kolei Niemiec, Konrad Adenauer, pochodził z Nadrenii, a więc również z obszaru, o który Francuzi i Niemcy długo ze sobą walczyli. Tak samo jak Schuman Adenauer zaczynał karierę polityczną po I wojnie światowej. Pomiędzy 1933 a 1945 rokiem kilka razy siedział w więzieniach Gestapo, podejrzany o działalność antynazistowską.
Włoch, De Gasperi, też siedział w więzieniu, tyle że za sprzeciwianie się faszyzmowi Mussoliniego. Również urodził się na pograniczu – w austriackiej części Włoch.

Adenauer jako kanclerz Niemiec chciał powiązać gospodarczo swój kraj z odwiecznym wrogiem – Francją. Był w stanie przekonać do tej idei parlamentarzystów nie tylko z CDU. Nie bał się głośno mówić o tym, że czas już przezwyciężyć historyczne konflikty, a integracja europejska jest najlepszą szansą odbudowy Niemiec. Zjednoczenie miało być też środkiem bezpieczeństwa i tamą dla odradzającego się nacjonalizmu. Adenauer popierał koncepcję funkcjonalistyczną, polegającą na jednoczeniu etapami. W kolejności: gospodarka, obronność, polityka i kultura.
Jako szef francuskiej dyplomacji Schuman postulował odbudowę stosunków francusko-niemieckich. Po utworzeniu Europejskiej Wspólnoty Gospodarczej przez dwa lata (1958-60) był przewodniczącym Europejskiego Zgromadzenia Parlamentarnego, a do 1963 r. - jego członkiem.
Alcide De Gasperi, premier Włoch, był współinicjatorem założonej w 1949 roku Rady Europy, a później także EWWiS. Znany był jako znakomity mówca i negocjator. Przekonywał Włochów do nowej nadziei, jaką miała się stać integracja Europy. Chodziło mu nie tylko o szczytne idee, ale też o zwiększenie potencjału gospodarczego, technologicznego i finansowego kontynentu. Za de Gasperiego Włochy stały się członkiem NATO. Okres jego rządów nazywa się we Włoszech "erą de Gasperiego". Dzięki aktywnemu uczestnictwu w europejskim procesie gospodarczym zdołał on odbudować pozycję Włoch na arenie międzynarodowej.

Badacze podkreślają, że życie Gasperiego, podobnie jak Schumana i Adenauera, można podzielić na dwa okresy. Jeden to czasy młodości, kiedy to sprzeciwiali się faszyzmowi i nazizmowi. Byli więzieni, bądź też musieli się ukrywać przed służbami bezpieczeństwa zbrodniczych systemów. Gasperi swoje ocalenie zawdzięczał osobistej interwencji papieża, który po podpisaniu przez Mussoliniego Traktatów Laterańskich upomniał się o znaczących opozycjonistów.
Drugi ważny etap w życiu tych kilku kluczowych dla europejskiego zjednoczenia postaci to okres od końca II wojny światowej, kiedy to znowu pojawili się na scenie jako dojrzali i doświadczeni politycy.

Ci trzej panowie: Schuman jako minister spraw zagranicznych Francji, Adenauer jako kanclerz Niemiec i Gasperi jako premier Włoch, uzgodnili między sobą plan stopniowego zjednoczenia Europy. Opracowali go jednak inni.

Główny ciężar spoczywał na pragmatycznym Jeanie Monnecie, który musiał gospodarczo pogodzić Niemców i Francuzów po wojnie, tak by uniknąć kolejnych tarć między tymi pełnymi resentymentów narodami. Jako człowiek odpowiedzialny za plan odbudowy i modernizacji gospodarki francuskiej był doskonałym kandydatem do wypracowania struktury organizacji międzynarodowej mającej zarządzać zasobami węgla i produkcją stali we Francji i w Niemczech. To były newralgiczne punkty gospodarki europejskiej. Pracę Monneta popierał Józef Retinger.

Józef Retinger

Retinger urodził się pod koniec XIX wieku w Krakowie. Studiował na Sorbonie, w Monachium, Florencji i Londynie. Kiedy tak jeździł po akademickim świecie zawierał liczne znajomości, które miały zaprocentować w przyszłości. Jego przyjaciele z czasów młodości stawali się bowiem wielkimi finansistami, politykami, czy artystami. Jako polski emigrant zakładał organizacje, mające na celu uzyskanie pomocy dla polskich dążeń niepodległościowych. Przez wiele lat pracował na swoją pozycję niezależnego eksperta i doradcy. Jego kontakty w wielkim świecie podsumowuje się zwykle stwierdzeniem, że dla niego drzwi na Downing Street 10 i do Białego Domu zawsze były otwarte. Nie zawdzięczał tego tylko i wyłącznie swojemu czarowi i elegancji. Chodzi raczej o licznych przyjaciół. Wystarczyło kilka telefonów i spotkań, by mógł swe postulaty kierować do samego Churchilla czy Roosevelta. W czasie II wojny światowej pomagał polskiemu rządowi działającemu na wychodźstwie. Został też cichociemnym, ale z tym wiąże się inna, bardzo dramatyczna historia. Przez ten cały czas odkąd przed I wojną światową wyjechał z Polski kształtowało się w nim przekonanie, że jedyną szansą Europy na rozwój jest pokój. Stał się więc rzecznikiem zjednoczenia Starego Kontynentu. Korzystając ze swoich kontaktów i zdolności dyplomatycznych doprowadził do powstania w 1946 roku Międzynarodowego Komitetu Ruchów Jedności Europy, który współorganizował Kongres Europy w Hadze. Na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ powstała niezła praca doktorska: Andrzej Pieczewski, "Działalność Józefa Hieronima Retingera na rzecz integracji europejskiej".

Co do pozostałych Ojców Integracji, to warto wymienić Winstona Churchilla, który to po przegraniu wyborów parlamentarnych zaraz po wojnie, zaczął jeździć po świecie i wygłaszać różne odczyty. To z tamtego okresu pochodzi zdanie o tym, że w Europie spadła żelazna kurtyna – od Szczecina nad Bałtykiem do Triestu nad Adriatykiem. Z tego też okresu pochodzi wypowiedź o potrzebie stworzenia Stanów Zjednoczonych Europy. W czasie wojny Churchill zetknął się z Retingerem. Retinger z kolei wpłynął bezpośrednio także na Paula-Henriego Spaaka, belgijskiego polityka działającego w Londynie. To Spaak zapoczątkował ścisłą współpracę pomiędzy krajami Beneluksu. Wśród Ojców wspólnej Europy znajdujemy także takie nazwiska jak de Gaulle, Altiero Spinelli, Walter Hallsteina, czy Jaques Delors.

Oficjele po podpisaniu układu o EWWiS

18 kwietnia 1951 roku, w Paryżu, przedstawiciele sześciu krajów zachodniej Europy podpisali układ o Europejskiej Wspólnocie Węgla i Stali i ich też zaliczamy do grona Ojców Europy (tak jak sygnatariuszy Deklaracji Niepodległości i Konstytucji Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej zalicza się do amerykańskich Ojców Założycieli). Pod Traktatem paryskim podpisali się: Paul van Zeeland i Joseph Meurice (Belgia), Joseph Bech (Luksemburg), Carlo Sforza (Włochy), Dirk Stikker i Johannes van den Brink (Holandia), Robert Schuman (Francja) oraz Konrad Adenauer (RFN).

Historia integracji europejskiej wcale nie jest nudna, a nazwiska, które za nią stoją są naprawdę wielkie. Wspólna Europa to coś, czego doświadczamy właściwie na co dzień, korzystając ze stworzonego przez nią okienka pogodowego, w czasie którego cieszymy się wolnością i pokojem. Ojcowie Założyciele zdawali sobie sprawę z różnic dzielących poszczególne narody i państwa. Byli ludźmi niemłodymi, pragmatykami, którzy do wielkiej idei zjednoczenia przekonywali poprzez argumenty ekonomiczne. Każdy z nich jednak marzył o tym, by Stary Kontynent zintegrował się nie tylko gospodarczo, ale też politycznie i kulturowo. Echa tego idealizmu odnajdujemy w Traktacie paryskim i Traktatach rzymskich, a w ostatnim czasie w Traktacie reformującym z Lizbony. Niezależnie od tego, jak potoczą się dalsze dzieje Europy, trzeba przyznać tym kilku wielkim myślicielom i politykom, którzy zapoczątkowali integrację, że odwalili kawał dobrej roboty.